13.08.2025, 17:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2025, 18:23 przez Aaron Andrew Moody.
Powód edycji: ZAPOMNIAŁAM AVATARA.
)
Po pierwszym "jesteś gotowa? Lorien zapewniła go, że wyjdą już za chwilę, chwileczkę – wystarczy mu w sam raz czasu, żeby zebrał porządnie sierść z munduru, po tym jak kot wpakował mu się na kolana. Po drugim obdarzyła go morderczym spojrzeniem, a po trzecim... Po trzecim Aaron po prostu przestał pytać. Powrócił do przeglądania planów teatru Selwynów, które wydębił z biura, po tym jak dobre pięć dni chodził zdenerwowany, wypytując w miarę dyskretnie wydelegowanych do ochrony funkcjonariuszy o postępy w przygotowaniach. Na oficjalnym bankiecie miała pojawić się przecież sama Ministra Magii, co nadawało wydarzeniu wyjątkową rangę. Mogłoby się wydawać, że Moody pretenduje do pozycji szefa ochrony, ze wszystkimi pytaniami, jakie zadawał brygadzistom i detektywom odpowiedzialnym za właściwe zabezpieczenie obiektu. "A sprawdziliście piwnice?", spytał po raz setny pilnujących wejścia kolegów z biura, zamiast odpowiedzieć pozdrowieniem na rzucone w stronę jego i jego towarzyszki "dobry wieczór". Dobry to będzie dopiero, jak się skończy, pomyślał zrzędliwie, omiatając swym czujnym spojrzeniem każdy kąt. Ledwie miesiąc temu w podziemiach teatru zaatakowano jednego z dostojników państwowych, Anthony'ego Shafiqa, o czym Lorien napomknęła mu dopiero wczoraj nad ranem, i, sądząc po jej minie, natychmiast tego pożałowała. Jak już Aaron wchodził w tryb przesłuchania, żyć się z nim po prostu nie dało. Oczywiście, za jego namową, przybyli stosownie wcześniej, żeby mógł się rozejrzeć przynajmniej w ich loży, powściubiać trochę nosa w przygotowanie odpowiednich planów ewakuacyjnych, sprawdzić, czy obstawiono wszystkie wyjścia... Niektórzy nazywali to zboczeniem zawodowym, inni paranoją. Mimo że był tutaj jako osoba prywatna, czuł się jak na służbie, cały czas w stanie gotowości: wszyscy inni na widok galowego munduru aurora musieli zresztą podejrzewać, że wysłano go z ramienia Biura Aurorów, a Aaron nie zamierzał tych podejrzeń rozwiewać. Nie gdy chodziło o kwestie bezpieczeństwa, a przecież tylko z tego powodu siedział w loży u boku sędzi Mulciber. Nikt nie powinien mieć co do tego wątpliwości, bo zarówno on, jak i Lorien, zachowywali profesjonalizm właściwy swym stanowiskom.
Cichą rozmowę w zajętej przez nich loży (położonej w strategicznym miejscu, odpowiadającym zarówno gustowi jego towarzyszki, jak i spełniającym bardzo wymyślne kryteria bezpieczeństwa narzucone przez Aarona) przerwało dopiero wejście Philomeny Mulciber, wspierającej się na ramieniu syna byłego Ministra Magii, Fortinbrasa Malfoya. Aaron skłonił się damie, z odpowiednią kurtuazją przywitał się również z towarzyszącym jej kanclerzem skarbu, Elliottem Malfoyem. Niezobowiązujących rozmów towarzystkich nie przerwało nawet na odsłonięcie kurtyny.
Gdy przedstawienie się rozpoczęło, Aaron patrzył wszędzie, tylko nie na scenę. Obserwował widownię, szukał wzrokiem przesuwających się po sali sylwetek ochroniarzy, cicho wymieniających się informacjami, patrzył, kto wchodzi, a kto wychodzi... Licząc na to, że nie wydarzy się nic, co by go nie zaniepokoiło.
Niespecjalnie zajmowało go to, co działo się w przedstawieniu, bo bardzo skupiał się na powtarzaniu w myślach misternie skonstruowanych planów ewakuacji. W ramach przygotowań do misji, przeczytał zresztą kilka razy programową broszurkę. Przynajmniej zawierała wszystko, co powinien wiedzieć na temat oglądanego spektaklu. Nie spodziewał się, aby zadufani w sobie ważniacy obsiadający wysokie loże oczekiwali popisów elokwencji ze strony "prostego aurora", i w pełni mu to odpowiadało. Zawsze mógł dla pozoru pochwalić muzykę, bo nawet ładnie rzępolili na tych skrzypcach, altówkach, wiolonczelach, i innych takich, których nazw nie znał. Przypominało to trochę smutne piosenki, które przygrywał czasem na widmowej lutni Enjorlas, duch trubadura nawiedzający Rejwach... Przynajmniej dopóki pijany Aaron nie groził mu egzorcyzmem. W końcu piwo najlepiej pieniło się przy dźwiękach bluesa, nie? Ostatecznie stwierdził, że nawet buja, ale w wolnych chwilach wolałby posłuchać czego innego.
Nie wiedział, co wyrwało go z zamyślenia. W pewnym momencie mimowolnie wyciągnął jednak rękę w stronę Lorien – ledwie drgnęła w fotelu obok – jakby intynktownie wyczuwając jej niepokój. Nie wiedział, co ją zaniepokoiło, bo nie patrzył na scenę. Patrzył cały czas na twarz siedzącej obok kobiety, bez słowa przesuwając dłoń na współdzielony podłokietnik obity pluszem, szukając jej dłoni, która była tak blisko, a jednak tak daleko. W ciemności teatralnej loży tylko towarzyszący im goście mogli dojrzeć ten gest, mimo wszystko, nie pozwolił sobie na więcej: nie chciał wszak narażać na szwank reputacji swojej towarzyszki. Wystarczył przecież rzut okiem na tancerkę przyobleczoną w czarne pióra, aby zrozumiał. Zamaskował swój wcześniejszy ruch, nachylając się lekko nad uchem Lorien, jak gdyby czekał na odpowiedni moment, aby jej coś powiedzieć. Przysłonił usta, aby nikt, kto przypadkiem zajrzał do ich loży, nie mógł niczego wyczytać z ruchu jego warg.
– Nie wygląda, jakby potrafiła latać.
Tak naprawdę chciał jej powiedzieć, że w każdej chwili mogą stąd wyjść. Że portier powiedział mu o mało używanym, bocznym wyjściu, które dzisiaj, co prawda, było zamknięte, ale gdzie nie działał wytrych albo zaklęcie, działała odznaka aurora. A jednak nie zaproponował ucieczki. Nie sądził, żeby przystała na takie rozwiązanie. Wiedział, że on by na jej miejscu nie przystał.
Trudno nazwać było to lekkie drgnienie kącika ust Aarona uśmiechem, a jednak uśmiechnął się lekko do kobiety, zanim odsunał się z powrotem na stosowną odległość. Odprowadził wzrokiem schodzącą ze sceny tancerkę, mając szczerą nadzieję, że na tym skończy się jej rola w przedstawieniu. Zdecydowanie nie wyglądał na zachwyconego występem. Po co miałby się zresztą przyglądać jakimś dziwacznym wygibasom młodych dzierlatek, skoro obok niego siedział o wiele wdzięczniejszy obiekt obserwacji? Równie niespecjalnie palił się do oklaskiwania młodzieńca, który wyszedł na scenę z czymś co przypominało bicz. A tak, w programie miało być biczowanie, przetarł niemal oczy ze zdziwienia, gdy to przeczytał. Aaron Moody był święcie przekonany, że Merlin nigdy nie zrobiłby czegoś tak głupiego. A już na pewno słynąca ze swej mądrości Morgana, bez której bitwa pod Camlann zakończyłaby się klęską, nie powinna być sprowadzana do roli byle kurewki, pomyślał zgorszony.
Klaskał oszczędnie tylko dlatego, że inni klaskali, nie przestając sondować wzrokiem sali.
Cichą rozmowę w zajętej przez nich loży (położonej w strategicznym miejscu, odpowiadającym zarówno gustowi jego towarzyszki, jak i spełniającym bardzo wymyślne kryteria bezpieczeństwa narzucone przez Aarona) przerwało dopiero wejście Philomeny Mulciber, wspierającej się na ramieniu syna byłego Ministra Magii, Fortinbrasa Malfoya. Aaron skłonił się damie, z odpowiednią kurtuazją przywitał się również z towarzyszącym jej kanclerzem skarbu, Elliottem Malfoyem. Niezobowiązujących rozmów towarzystkich nie przerwało nawet na odsłonięcie kurtyny.
Gdy przedstawienie się rozpoczęło, Aaron patrzył wszędzie, tylko nie na scenę. Obserwował widownię, szukał wzrokiem przesuwających się po sali sylwetek ochroniarzy, cicho wymieniających się informacjami, patrzył, kto wchodzi, a kto wychodzi... Licząc na to, że nie wydarzy się nic, co by go nie zaniepokoiło.
Rzut na percepcję.
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
Niespecjalnie zajmowało go to, co działo się w przedstawieniu, bo bardzo skupiał się na powtarzaniu w myślach misternie skonstruowanych planów ewakuacji. W ramach przygotowań do misji, przeczytał zresztą kilka razy programową broszurkę. Przynajmniej zawierała wszystko, co powinien wiedzieć na temat oglądanego spektaklu. Nie spodziewał się, aby zadufani w sobie ważniacy obsiadający wysokie loże oczekiwali popisów elokwencji ze strony "prostego aurora", i w pełni mu to odpowiadało. Zawsze mógł dla pozoru pochwalić muzykę, bo nawet ładnie rzępolili na tych skrzypcach, altówkach, wiolonczelach, i innych takich, których nazw nie znał. Przypominało to trochę smutne piosenki, które przygrywał czasem na widmowej lutni Enjorlas, duch trubadura nawiedzający Rejwach... Przynajmniej dopóki pijany Aaron nie groził mu egzorcyzmem. W końcu piwo najlepiej pieniło się przy dźwiękach bluesa, nie? Ostatecznie stwierdził, że nawet buja, ale w wolnych chwilach wolałby posłuchać czego innego.
Nie wiedział, co wyrwało go z zamyślenia. W pewnym momencie mimowolnie wyciągnął jednak rękę w stronę Lorien – ledwie drgnęła w fotelu obok – jakby intynktownie wyczuwając jej niepokój. Nie wiedział, co ją zaniepokoiło, bo nie patrzył na scenę. Patrzył cały czas na twarz siedzącej obok kobiety, bez słowa przesuwając dłoń na współdzielony podłokietnik obity pluszem, szukając jej dłoni, która była tak blisko, a jednak tak daleko. W ciemności teatralnej loży tylko towarzyszący im goście mogli dojrzeć ten gest, mimo wszystko, nie pozwolił sobie na więcej: nie chciał wszak narażać na szwank reputacji swojej towarzyszki. Wystarczył przecież rzut okiem na tancerkę przyobleczoną w czarne pióra, aby zrozumiał. Zamaskował swój wcześniejszy ruch, nachylając się lekko nad uchem Lorien, jak gdyby czekał na odpowiedni moment, aby jej coś powiedzieć. Przysłonił usta, aby nikt, kto przypadkiem zajrzał do ich loży, nie mógł niczego wyczytać z ruchu jego warg.
– Nie wygląda, jakby potrafiła latać.
Tak naprawdę chciał jej powiedzieć, że w każdej chwili mogą stąd wyjść. Że portier powiedział mu o mało używanym, bocznym wyjściu, które dzisiaj, co prawda, było zamknięte, ale gdzie nie działał wytrych albo zaklęcie, działała odznaka aurora. A jednak nie zaproponował ucieczki. Nie sądził, żeby przystała na takie rozwiązanie. Wiedział, że on by na jej miejscu nie przystał.
Trudno nazwać było to lekkie drgnienie kącika ust Aarona uśmiechem, a jednak uśmiechnął się lekko do kobiety, zanim odsunał się z powrotem na stosowną odległość. Odprowadził wzrokiem schodzącą ze sceny tancerkę, mając szczerą nadzieję, że na tym skończy się jej rola w przedstawieniu. Zdecydowanie nie wyglądał na zachwyconego występem. Po co miałby się zresztą przyglądać jakimś dziwacznym wygibasom młodych dzierlatek, skoro obok niego siedział o wiele wdzięczniejszy obiekt obserwacji? Równie niespecjalnie palił się do oklaskiwania młodzieńca, który wyszedł na scenę z czymś co przypominało bicz. A tak, w programie miało być biczowanie, przetarł niemal oczy ze zdziwienia, gdy to przeczytał. Aaron Moody był święcie przekonany, że Merlin nigdy nie zrobiłby czegoś tak głupiego. A już na pewno słynąca ze swej mądrości Morgana, bez której bitwa pod Camlann zakończyłaby się klęską, nie powinna być sprowadzana do roli byle kurewki, pomyślał zgorszony.
Klaskał oszczędnie tylko dlatego, że inni klaskali, nie przestając sondować wzrokiem sali.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.