Gdyby ludzie byli nieśmiertelni, czy ich bogowie byliby zrobieni ze śmiertelnego ciała? Morpheus wielokrotnie zauważył w swoim życiu, że ludzie wielbią tylko to, czego im brakuje i że nie ma niczego bardziej ludzkiego, niż klęczenie przed tym, co nigdy nie będzie twoje.
Wbrew powszechnej opinii Morpheus Longbottom nie wierzył w bogów, nie wyznawał Matki z bogobojną czcią, a wszelkie dewocjonalia, których używał, nosiły inne znamiona, niż tylko i wyłącznie miłości owieczki do jej pasterza. Morpheus Longbottom wierzył w nieokrzesaną moc energii, która przybiera archetypiczny nurt zgodny z tym, czym jest karmiona. Dlatego Matka, Hathor, Izyda, Hera, Junona, tworzyły bóstwo głównie łagodne, domowe, ale pełne dzikości krwi, która czyni ich rodzicielkami. On uważał, że każda z nich była kiedyś czarodziejką, wyniesioną na piedestał i uczynioną bogiem, a gdy ciało obumarło, energia jeszcze się rozrosła, tracąc połączenie z ziemią i z człowieczeństwem.
W sumie nie wiedział, dlaczego się zgodził. Wcale nie chciał iść na sztukę, która przypominała mu młodość, którą czytał Jonathanowi przez ramię, będąc ciekawskim jajem. Ostatecznie, sztuka mu się nie podobała. Nie dlatego, że z występem było coś nie tak, zarówno odtwórca głównej roli, pan Hannibal, wykazywał się kunsztem, tak i tancerka Ekstazy wspaniale się prezentowała. Longbottom po prostu uważał, że historia była głupia. Kolejny Dionizos, Jeshua z Nazaretu i Mithras. A może uwydatnione magicznym makijażem rysy twarzy Hannibala, za bardzo zaczęła przypominać mu jego własną twarz.
Zwłaszcza, gdy bicz trzeszczał znajomo i smagał ciało. Chociaż wiedział, że Selwynowi nic nie jest, że krew jest sztuczna, wzdrygał się z jakiegoś powodu za każdym razem, gdy dźwięk docierał do jego uszu. Nie było sensu, aby zanurzać się w te przemyślenia, aby mówić o tym, co działo się w jego środku. Kir jego odzienia mówił wystarczająco, konserwatywna szata uszyta z czarnego jedwabiu, żałobna również w formie, niemal militarna w sztywnym kroju, stójka utrzymująca jego szyję prosto, jak do defilady, jak hołd poległym. Brzytwa ścięła nierówny od płomieni zarost, loki zostały opanowane na tę jedną noc w musztrze starych ideałów.
Bo nocą koszmary sięgały jego gardła. Dlatego na palcu lśnił pierścień ze skrytym magią rapierem, dlatego był napięty, jak struna w instrumentach muzyków, czarne źrenice przesuwały się po lożach, po tych, którzy mają znaczenie. Zawiesił spojrzenie na Ministrze Magii, na chwilę, ale wziął wdech i wydech i zrezygnował. Po co mu wizje, które nikogo nie ratują? Po co mu dar, który niczego nie zmienia? Nie miał już dwudziestu paru lat, nie żył mrzonkami i marzeniami. One spłonęły wszystkie, wraz z Londynem. Miał nadzieję, że siedzący w lożach Śmierciożercy byli z siebie dumni.
Nie zauważył, kiedy spektakl się zakończył. Zaczął klaskać, gdy zrobili to inni, otumaniony dźwiękiem. Spłoszona ptaszyna.
!Trauma Ognia