13.08.2025, 23:36 ✶
W powietrzu unosił się już subtelny, choć wyczuwalny zapach z dymu w kominkach i ognisk rozpalanych w sadach na sam koniec sezonu, nawet jeśli coroczne palenie suchych liści było jeszcze przed nimi. Drzewa chwilowo dopiero co zaczęły mienić się kolorami, zmieniając barwy koron na bardziej jesienną szatę. Chłodne wiatry niosły ze sobą pojedyncze uschnięte listki, jednak już wkrótce trawniki miały zacząć okrywać się czerwonymi, bordowymi i złocistymi dywanami skrzypiącymi pod podeszwami butów.
Nadchodził czas, gdy dzień na nowo miał zrównać się z nocą, a następnie stopniowo ustępować miejsca przewadze ciemności nad światłem. Miało być zimniej i bardziej deszczowo, i nawet jeśli Ambroise nauczył się już niespecjalnie ufać długoterminowym prognozom nadawanym w magicznym radiu, zaś bardziej swoim własnym doświadczeniom związanym z naturą, tego roku był wyjątkowo zgodny z synoptykami. Nie mieli doświadczyć łagodnego przejścia między jedną porą a drugą.
Lato odeszło zupełnie nagle, niemalże z dnia na dzień. Chociaż pozostały im jeszcze dwa tygodnie do Mabon, jesienna aura na stałe zagościła nad polami, lasami i okolicznymi wrzosowiskami, po których spacerowali przez ostatnie godziny. To była dobra noc. Wbrew wszystkiemu, co wydarzyło się na początku wieczoru, kolejne chwile malowały się już tylko coraz bardziej spokojnie, nawet jeśli trudno byłoby nazwać je sennymi. Nie. Miniona noc była naprawdę malownicza, szczególnie ta jej część, którą spędzili na klifach i przy plaży, obserwując perseidy, lecz z pewnością nie przepełniona ospałością.
Nawet teraz, gdy wreszcie podjęli decyzję o tym, by kierować się w stronę rezydencji, wreszcie docierając w okolice tarasu na parterze, Roise nie czuł się całkowicie wyczerpany. Być może miał zmęczone nogi. Możliwe, że ziewnął raz czy dwa razy, wtórując tym psom. Jednakże jednocześnie nie czuł się na tyle śpiący, aby wnioskować za jak najszybszym udaniem się do sypialni.
Geraldine nie musiała powtarzać mu nic dwa razy. Gdy tylko usłyszał jej słowa, przez dłuższy moment wsłuchany w świerkot ptaków w oddali, podświadomie kiwnął głową. Być może nie było już ciepło, ale lubił tę część roku. Jesień należała do jednej z jego ulubionych pór roku, nawet jeśli nie stanowiła przedłużenia wyjątkowo gorącego lata.
Zostało im jeszcze kilkadziesiąt kroków do drzwi frontowych budynku. Znacznie mniej, jeżeli rzeczywiście chcieli pozostać na zewnątrz. A był to wyjątkowo dobry pomysł. Przynajmniej on jak najbardziej zgadzał się, co do tego, że mogli jeszcze chwilę posiedzieć na zewnątrz.
- Zostańmy - przytaknął również werbalnie, jednocześnie posyłając spojrzenie w kierunku rezydencji. - Przynieść pledy? - Jak do tej pory, przez większość czasu pozostawali w ruchu, a choć taras był osłonięty od wiatru, poranek należał do chłodnych.
Oczywiście, mogli skorzystać ze wsparcia skrzatów, które z pewnością miały odnotować ich powrót do domu, ale równie dobrze mógł to załatwić swoimi własnymi rękami. Szczególnie, że nie zajęłoby mu to dłużej niż dwie minuty. Potem mogli wygodniej usiąść na fotelach albo kanapie, jeszcze przez kilka chwil rozkoszując się początkiem dnia.
Nadchodził czas, gdy dzień na nowo miał zrównać się z nocą, a następnie stopniowo ustępować miejsca przewadze ciemności nad światłem. Miało być zimniej i bardziej deszczowo, i nawet jeśli Ambroise nauczył się już niespecjalnie ufać długoterminowym prognozom nadawanym w magicznym radiu, zaś bardziej swoim własnym doświadczeniom związanym z naturą, tego roku był wyjątkowo zgodny z synoptykami. Nie mieli doświadczyć łagodnego przejścia między jedną porą a drugą.
Lato odeszło zupełnie nagle, niemalże z dnia na dzień. Chociaż pozostały im jeszcze dwa tygodnie do Mabon, jesienna aura na stałe zagościła nad polami, lasami i okolicznymi wrzosowiskami, po których spacerowali przez ostatnie godziny. To była dobra noc. Wbrew wszystkiemu, co wydarzyło się na początku wieczoru, kolejne chwile malowały się już tylko coraz bardziej spokojnie, nawet jeśli trudno byłoby nazwać je sennymi. Nie. Miniona noc była naprawdę malownicza, szczególnie ta jej część, którą spędzili na klifach i przy plaży, obserwując perseidy, lecz z pewnością nie przepełniona ospałością.
Nawet teraz, gdy wreszcie podjęli decyzję o tym, by kierować się w stronę rezydencji, wreszcie docierając w okolice tarasu na parterze, Roise nie czuł się całkowicie wyczerpany. Być może miał zmęczone nogi. Możliwe, że ziewnął raz czy dwa razy, wtórując tym psom. Jednakże jednocześnie nie czuł się na tyle śpiący, aby wnioskować za jak najszybszym udaniem się do sypialni.
Geraldine nie musiała powtarzać mu nic dwa razy. Gdy tylko usłyszał jej słowa, przez dłuższy moment wsłuchany w świerkot ptaków w oddali, podświadomie kiwnął głową. Być może nie było już ciepło, ale lubił tę część roku. Jesień należała do jednej z jego ulubionych pór roku, nawet jeśli nie stanowiła przedłużenia wyjątkowo gorącego lata.
Zostało im jeszcze kilkadziesiąt kroków do drzwi frontowych budynku. Znacznie mniej, jeżeli rzeczywiście chcieli pozostać na zewnątrz. A był to wyjątkowo dobry pomysł. Przynajmniej on jak najbardziej zgadzał się, co do tego, że mogli jeszcze chwilę posiedzieć na zewnątrz.
- Zostańmy - przytaknął również werbalnie, jednocześnie posyłając spojrzenie w kierunku rezydencji. - Przynieść pledy? - Jak do tej pory, przez większość czasu pozostawali w ruchu, a choć taras był osłonięty od wiatru, poranek należał do chłodnych.
Oczywiście, mogli skorzystać ze wsparcia skrzatów, które z pewnością miały odnotować ich powrót do domu, ale równie dobrze mógł to załatwić swoimi własnymi rękami. Szczególnie, że nie zajęłoby mu to dłużej niż dwie minuty. Potem mogli wygodniej usiąść na fotelach albo kanapie, jeszcze przez kilka chwil rozkoszując się początkiem dnia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down