15.08.2025, 19:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.08.2025, 19:54 przez Oleander Crouch.)
Czas nie był istotną walutą - szczęśliwi go nie liczą, a Oleander za takiego się uważał. Przesuwająca się w zatrważającym pędzie najcieńsza ze wskazówek zegara zataczała błędne koło, wiecznie śledzona przez większych i wolniejszych towarzyszy syzyfowej pracy; szybka śmierć sekund przywodziła na myśl cykl życia muszki owocówki, której istnienie było dla Crouch tak samo istotne jak punktualność.
Zaczesane w niesfornym nieładzie loki miał spięte, zwieńczoną wylewem z masy perłowej, spinką; upinała luźno kosmyki, odsłaniając młodą, naznaczoną piegami twarz, wraz z wyraźnie zarysowującą się linią szczęki. Luźny materiał koszuli, która miał na sobie spływał głębokim dekoltem w zagięcia mięśni klatki piersiowej; z szyi zwisał długi rząd rubinów w specyficznym kształcie nasion granatu, ich głębię zwieńczał blady stop złota wraz z mniejszymi, ukrytymi między obojczykami łańcuszkami. Przyozdobione sygnetami i pierścionkami palce przesuwały się mozolnie po klawiszach z kości słoniowej, błyskały w półmroku promieni słonecznych odgrodzonych ciężkim materiałem czarnej zasłony teatru; tempo muzyki było wolniejsze niż wszystkie trzy wskazówki zegara, jakby w sprzeczności do ich istnienia, nuty stawały okoniem, chcąc utrudnić urządzeniu pracę, nawet jeżeli to odpowiadało jedynie martwym zirytowaniem tykania.
Słuch był jego wielkim atutem. Szalenie skruszone w przeświadczeniu swego grzechu, nieśmiałe i ciche skrzypnięcie drzwi i kroki nie umknęły jego uwadze; wraz z dźwiękiem słów przesuwały się w towarzystwie wygrywanej melodii, nakreślając symfonię chwili. Nie przerwał gry, choć spojrzeniem podążał za tancerką, jej wdzięcznymi ruchami zarysowanymi pełnią bioder, miarowo opinających i rozluźniających materiał mięśniami brzucha, dumnie otwartą klatką piersiową, tkaniną okalającą smukłe ramiona, przez granicę dekoltu, gdzie cienie wyraźnie rysowały wyćwiczone ciało, po delikatne rysy twarzy i podkreślone wizażem powieki. Nienaturalnie jaskrawe, zielone oczy Oleandra kontrastowały z przygaszonymi barwami sali, wzbudzały pewien rodzaj niepokoju, choć trudno było określić czy jest to pozytywne, czy też negatywne uczucie; wzmagały chęć bycia dostrzeżonym prowadzącą wieczną walkę z lękiem konsekwencji, drapieżnej nieprzewidywalności.
- Mathilde, my perfect black swan - pierwsze słowa, które przesunęły się jedwabiście pomiędzy wargami, brzmiały jak łaskoczące ramiona łabędzie pióra; piękno ptaka było przyciągające, acz jego temperament pozostawiał wiele do życzenia.
Dotyk był elektryzujący, nie mógł oprzeć się pokusie, nie potrafił sobie odmawiać. Wiedziony głosem, przyprószony filuternością kosmyków włosów, odchylił głowę w jej stronę, spoglądając z bliska w zwierciadła duszy oplecione długimi rzęsami. Uśmiechnął się perliście ukazując rządek zębów, jego dłonie wciąż przesuwały się po klawiszach, choć melodia, jak wcześniej wolna, tak teraz przelewała się w tempie opadającego na talerz, gęstego miodu.
- Uroki? Tą melodią? Jeżeli tak, to nie mogę się doczekać twojej reakcji na coś, co faktycznie miałoby cię trzymać pod moim zaklęciem - mrugnął do niej, delikatnie zmarszczona skóra w kącikach ust napierała na wargi, gdy przycisnął klawisze mocniej; głośny dźwięk zakończył melodię gwałtownie, bez litości. Zamknięty w bliskości z drugim ciałem, wyczekiwał dreszczy, chciał je wywoływać. W zachłanności nie znał granic, potrafił jedynie wyciągać rękę po więcej; wiedziony przez węża, ugryzłby edeńskie jabłko, nie zostawiając dla Adama i Ewy nawet ogryzków.
Zakończywszy melodie, zwolnił ręce z wyznaczonych obowiązków; prawą dłonią sięgnął w gorę, odgarniając brązowe włosy za ucho kobiety, ich przyjemny chłód współgrał z rozgrzanymi od ruchu opuszkami palców. Musnął skórę jej twarzy dłonią, jak i chłodem przywdzianej biżuterii i filuternie wysmyknął się z jej objęć, wstając od instrumentu, naciskając na podłogę ciężarem, nie poruszając się nawet w połowie tak cicho jak towarzyszka.
- Czas mnie nie interesuje nawet w połowie tak bardzo jak ty. Jeżeli uważasz, że w czasie, który nam pozostał jesteś w stanie zauroczyć mnie równie silnie, co ja ciebie, nie będę miał pretensji. Jeżeli, natomiast będziesz potrzebowała więcej czasu... - zrobił dramatyczną pauzę, wzdychając teatralnie - będę musiał wyciągnąć konsekwencje - ostatnie ze słów zabrzmiało w jego ustach jak zwiastun dobrej zabawy, najprzyjemniejszej czynności, jaką przyszło im razem wykonywać; nie ukrywał swoich pragnień, choć trudno było stwierdzić czy flirt jest dla niego rzeczą tak naturalną jak oddychanie, czy też stara się specjalnie na tą okazję.
Wyciągnął do niej dłoń.
- Pokaż mi jak tańczysz. Bez muzyki. Ze mną. Nie jestem tancerzem, ale dobrze znam mięśnie swojego ciała - zaproponował - Tak będzie mi łatwiej zrozumieć jak ułożyć dźwięki, aby podkreślić twoje atuty - przekrzywił głowę, pozwalając lokom opaść na materiał koszuli.
Zaczesane w niesfornym nieładzie loki miał spięte, zwieńczoną wylewem z masy perłowej, spinką; upinała luźno kosmyki, odsłaniając młodą, naznaczoną piegami twarz, wraz z wyraźnie zarysowującą się linią szczęki. Luźny materiał koszuli, która miał na sobie spływał głębokim dekoltem w zagięcia mięśni klatki piersiowej; z szyi zwisał długi rząd rubinów w specyficznym kształcie nasion granatu, ich głębię zwieńczał blady stop złota wraz z mniejszymi, ukrytymi między obojczykami łańcuszkami. Przyozdobione sygnetami i pierścionkami palce przesuwały się mozolnie po klawiszach z kości słoniowej, błyskały w półmroku promieni słonecznych odgrodzonych ciężkim materiałem czarnej zasłony teatru; tempo muzyki było wolniejsze niż wszystkie trzy wskazówki zegara, jakby w sprzeczności do ich istnienia, nuty stawały okoniem, chcąc utrudnić urządzeniu pracę, nawet jeżeli to odpowiadało jedynie martwym zirytowaniem tykania.
Słuch był jego wielkim atutem. Szalenie skruszone w przeświadczeniu swego grzechu, nieśmiałe i ciche skrzypnięcie drzwi i kroki nie umknęły jego uwadze; wraz z dźwiękiem słów przesuwały się w towarzystwie wygrywanej melodii, nakreślając symfonię chwili. Nie przerwał gry, choć spojrzeniem podążał za tancerką, jej wdzięcznymi ruchami zarysowanymi pełnią bioder, miarowo opinających i rozluźniających materiał mięśniami brzucha, dumnie otwartą klatką piersiową, tkaniną okalającą smukłe ramiona, przez granicę dekoltu, gdzie cienie wyraźnie rysowały wyćwiczone ciało, po delikatne rysy twarzy i podkreślone wizażem powieki. Nienaturalnie jaskrawe, zielone oczy Oleandra kontrastowały z przygaszonymi barwami sali, wzbudzały pewien rodzaj niepokoju, choć trudno było określić czy jest to pozytywne, czy też negatywne uczucie; wzmagały chęć bycia dostrzeżonym prowadzącą wieczną walkę z lękiem konsekwencji, drapieżnej nieprzewidywalności.
- Mathilde, my perfect black swan - pierwsze słowa, które przesunęły się jedwabiście pomiędzy wargami, brzmiały jak łaskoczące ramiona łabędzie pióra; piękno ptaka było przyciągające, acz jego temperament pozostawiał wiele do życzenia.
Dotyk był elektryzujący, nie mógł oprzeć się pokusie, nie potrafił sobie odmawiać. Wiedziony głosem, przyprószony filuternością kosmyków włosów, odchylił głowę w jej stronę, spoglądając z bliska w zwierciadła duszy oplecione długimi rzęsami. Uśmiechnął się perliście ukazując rządek zębów, jego dłonie wciąż przesuwały się po klawiszach, choć melodia, jak wcześniej wolna, tak teraz przelewała się w tempie opadającego na talerz, gęstego miodu.
- Uroki? Tą melodią? Jeżeli tak, to nie mogę się doczekać twojej reakcji na coś, co faktycznie miałoby cię trzymać pod moim zaklęciem - mrugnął do niej, delikatnie zmarszczona skóra w kącikach ust napierała na wargi, gdy przycisnął klawisze mocniej; głośny dźwięk zakończył melodię gwałtownie, bez litości. Zamknięty w bliskości z drugim ciałem, wyczekiwał dreszczy, chciał je wywoływać. W zachłanności nie znał granic, potrafił jedynie wyciągać rękę po więcej; wiedziony przez węża, ugryzłby edeńskie jabłko, nie zostawiając dla Adama i Ewy nawet ogryzków.
Zakończywszy melodie, zwolnił ręce z wyznaczonych obowiązków; prawą dłonią sięgnął w gorę, odgarniając brązowe włosy za ucho kobiety, ich przyjemny chłód współgrał z rozgrzanymi od ruchu opuszkami palców. Musnął skórę jej twarzy dłonią, jak i chłodem przywdzianej biżuterii i filuternie wysmyknął się z jej objęć, wstając od instrumentu, naciskając na podłogę ciężarem, nie poruszając się nawet w połowie tak cicho jak towarzyszka.
- Czas mnie nie interesuje nawet w połowie tak bardzo jak ty. Jeżeli uważasz, że w czasie, który nam pozostał jesteś w stanie zauroczyć mnie równie silnie, co ja ciebie, nie będę miał pretensji. Jeżeli, natomiast będziesz potrzebowała więcej czasu... - zrobił dramatyczną pauzę, wzdychając teatralnie - będę musiał wyciągnąć konsekwencje - ostatnie ze słów zabrzmiało w jego ustach jak zwiastun dobrej zabawy, najprzyjemniejszej czynności, jaką przyszło im razem wykonywać; nie ukrywał swoich pragnień, choć trudno było stwierdzić czy flirt jest dla niego rzeczą tak naturalną jak oddychanie, czy też stara się specjalnie na tą okazję.
Wyciągnął do niej dłoń.
- Pokaż mi jak tańczysz. Bez muzyki. Ze mną. Nie jestem tancerzem, ale dobrze znam mięśnie swojego ciała - zaproponował - Tak będzie mi łatwiej zrozumieć jak ułożyć dźwięki, aby podkreślić twoje atuty - przekrzywił głowę, pozwalając lokom opaść na materiał koszuli.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦