14.08.2025, 15:05 ✶
Czy rozwydrzony sierściuch wypowiedział mu właśnie wojnę, czy też nie - dla Anthony'ego liczył się tylko efekt, a ten został spełniony - nie siedziała na łóżku przed nim "wredna biurwa" czy "dementor w spódnicy", nawet jeśli mężczyzna zdawał sobie, jak te przydomki niekiedy przyjemnie łaskotały ego jego drobnej przyjaciółki. Zobaczył dokładnie to co chciał zobaczyć, w czym chciał się upewnić - dłonie zatapiające się w futrze, wargi ściągnięte w całusie posłanym między postrzępione uszy, słodki głos brzmiący w uszach rozczulonym flażoletem.
W tym dziwnym sterylnym miejscu, pośród jęków i zawodzeń, w bieli pośrodku pożogi Anthony zdał sobie sprawę, że kiedy ten koszmar się uspokoi to kupi Lorien kozę. Albo dwie. Tylko po to, aby zobaczyć jej uśmiech nie na zdjęciu, ale samemu, w doświadczeniu szczęścia kogoś, komu szczęście nigdy nie było zapisane w gwiazdach.
Gdy zapytała, już nabrał powietrza by odpowiedzieć na pytanie, ale powstrzymał się zdając sobie sprawę z tego, że przecież to nie do niego było ono kierowane. Zaraz jednak nastrój zmienił się, gdy przez gardło przeszła informacja, której mógłby się spodziewać, gdyby wszystkie sznurki nie zostały pożarem wyrwane z jego dłoni.
Pospiesznie skinął głową, w niemym zrozumieniu, dając sobie ten moment na bardzo świadome rozluźnienie gardła, by nie dać emocjom kontroli nad miękkim barytonem, kojącym głosem, którego teraz potrzebowała bardziej niż on walidacji tego, że jeszcze do czegokolwiek w jej życiu jest potrzebny. Bo przecież mieli wzajemne zrozumienie. Aleksander, Morpheus, szaleni profeci, którzy przez nadmiar oczu tracili z widoku rzeczywistość, sens, ład, poczucie celu. Niewymowni... zawód z terminem ważności.
Nabrał znów powietrza. Głębiej, wypełnił nim całe swoje płuca i po trwającej dłuższą chwilę pauzie skinął głową ponownie.
– Rozumiem – jego głos zabrzmiał dziwnie, jakby nie należał do niego. – To dla mnie był zaszczyt Cię gościć i cieszyć się Twoim towarzystwem. – Dodał z większym przekonaniem, uśmiechając się wciąż smutno, ale z pewnością szczerze. Przez moment wahał się czy nie ująć jej dłoni, podobnie jak sięgał po nią tak zachłannie gdy na moment przed tragedią cieszyli się lśniącym zorzą zaciszem. Futrzasty strażnik sędziny powstrzymał go przed tym jednak pojedynczym spojrzeniem lśniących złowieszczo ślepi, a rana na nadgarstku zaszczypała ostrzagawczo, gdy poruszył ręką.
Jeszcze będzie okazja – pocieszał się, nie dając się porwać temu podwójnemu gestowi imitującemu rozpostarcie skrzydeł. Będzie, jeszcze okazja...
– U mnie tymczasem zamieszka najprawdopodobniej Morpheus. W apartamencie. Nie wiem czy wiesz, ale wczorajszej nocy Warownia upadła, Dolina Godryka też została nawiedzona przez tę chmurę... – próbował podążyć za tokiem rozmowy, gniotąc niepotrzebny obecnie ładunek emocjonalny. Niepotrzebny nikomu. Bo przecież racjonalnie ujmując, obecność Lorien w Mulciber Manor miała jak najwięcej sensu, szczególnie gdy w Little Hangleton nie było warunków do mieszkania z powodu okien, a na Horyzontalnej... pozostając człowiekiem honoru nabawił się całkiem sporego rozmnożenia lokatorów. No i Lorien... Poczucie misji, troska o kogo innego, bezpieczne środowisko - to dawało komfort, przekonanie o odpowiednim zabezpieczeniu jej dobrostanu, a jemu coś na kształt przeświadczenia, że nikt jej nie skrzywdzi, gdy odwróci głowę. Z resztą, czuł podobne szarpnięcie odpowiedzialności wobec własnego profety. Powinien to rozumieć. Chciał to rozumieć.
Rozumiał to.
– Zaatakował? To... Bardzo mi przykro, ludzie w obliczu katastrofy totalnie tracili jakiekolwiek rozeznanie w tym co racjonalne, a co nie. – wciąż pamiętał piskliwy głos ich kolegi z roku, spanikowanego aptekarza zarzucającego Jonathanowi podpalenie jego przybytku. Czarna magia... nie była tej koszmarnej nocy domentą li tylko zamaskowanych terrorystów. – Czy agresor został złapany? Kto prowadzi śledztwo? – dopytywał dalej, żywo przejęty jej opowieścią.
W tym dziwnym sterylnym miejscu, pośród jęków i zawodzeń, w bieli pośrodku pożogi Anthony zdał sobie sprawę, że kiedy ten koszmar się uspokoi to kupi Lorien kozę. Albo dwie. Tylko po to, aby zobaczyć jej uśmiech nie na zdjęciu, ale samemu, w doświadczeniu szczęścia kogoś, komu szczęście nigdy nie było zapisane w gwiazdach.
Gdy zapytała, już nabrał powietrza by odpowiedzieć na pytanie, ale powstrzymał się zdając sobie sprawę z tego, że przecież to nie do niego było ono kierowane. Zaraz jednak nastrój zmienił się, gdy przez gardło przeszła informacja, której mógłby się spodziewać, gdyby wszystkie sznurki nie zostały pożarem wyrwane z jego dłoni.
Pospiesznie skinął głową, w niemym zrozumieniu, dając sobie ten moment na bardzo świadome rozluźnienie gardła, by nie dać emocjom kontroli nad miękkim barytonem, kojącym głosem, którego teraz potrzebowała bardziej niż on walidacji tego, że jeszcze do czegokolwiek w jej życiu jest potrzebny. Bo przecież mieli wzajemne zrozumienie. Aleksander, Morpheus, szaleni profeci, którzy przez nadmiar oczu tracili z widoku rzeczywistość, sens, ład, poczucie celu. Niewymowni... zawód z terminem ważności.
Nabrał znów powietrza. Głębiej, wypełnił nim całe swoje płuca i po trwającej dłuższą chwilę pauzie skinął głową ponownie.
– Rozumiem – jego głos zabrzmiał dziwnie, jakby nie należał do niego. – To dla mnie był zaszczyt Cię gościć i cieszyć się Twoim towarzystwem. – Dodał z większym przekonaniem, uśmiechając się wciąż smutno, ale z pewnością szczerze. Przez moment wahał się czy nie ująć jej dłoni, podobnie jak sięgał po nią tak zachłannie gdy na moment przed tragedią cieszyli się lśniącym zorzą zaciszem. Futrzasty strażnik sędziny powstrzymał go przed tym jednak pojedynczym spojrzeniem lśniących złowieszczo ślepi, a rana na nadgarstku zaszczypała ostrzagawczo, gdy poruszył ręką.
Jeszcze będzie okazja – pocieszał się, nie dając się porwać temu podwójnemu gestowi imitującemu rozpostarcie skrzydeł. Będzie, jeszcze okazja...
– U mnie tymczasem zamieszka najprawdopodobniej Morpheus. W apartamencie. Nie wiem czy wiesz, ale wczorajszej nocy Warownia upadła, Dolina Godryka też została nawiedzona przez tę chmurę... – próbował podążyć za tokiem rozmowy, gniotąc niepotrzebny obecnie ładunek emocjonalny. Niepotrzebny nikomu. Bo przecież racjonalnie ujmując, obecność Lorien w Mulciber Manor miała jak najwięcej sensu, szczególnie gdy w Little Hangleton nie było warunków do mieszkania z powodu okien, a na Horyzontalnej... pozostając człowiekiem honoru nabawił się całkiem sporego rozmnożenia lokatorów. No i Lorien... Poczucie misji, troska o kogo innego, bezpieczne środowisko - to dawało komfort, przekonanie o odpowiednim zabezpieczeniu jej dobrostanu, a jemu coś na kształt przeświadczenia, że nikt jej nie skrzywdzi, gdy odwróci głowę. Z resztą, czuł podobne szarpnięcie odpowiedzialności wobec własnego profety. Powinien to rozumieć. Chciał to rozumieć.
Rozumiał to.
– Zaatakował? To... Bardzo mi przykro, ludzie w obliczu katastrofy totalnie tracili jakiekolwiek rozeznanie w tym co racjonalne, a co nie. – wciąż pamiętał piskliwy głos ich kolegi z roku, spanikowanego aptekarza zarzucającego Jonathanowi podpalenie jego przybytku. Czarna magia... nie była tej koszmarnej nocy domentą li tylko zamaskowanych terrorystów. – Czy agresor został złapany? Kto prowadzi śledztwo? – dopytywał dalej, żywo przejęty jej opowieścią.