16.08.2025, 03:07 ✶
Zmęczonym spojrzeniem śledził ruchy dłoni grającego na fortepianie Oleandra, dziwnie gorączkowo odkręcając pustą już do połowy piersiówkę, którą skrzętnie ukrywał w cieniu balustrady. Przez kilkanaście sekund obracał w palcach korek ze stali szlachetnej, który łszczył nieprzyjemnie w ciepłym, przygaszonym świetle teatru. Wiśniowy, ciężki posmak Glenfarclasa świetnie harmonizował z basowym, melancholijnym nastrojem otwarcia kompozycji przyjaciela. Nie zdążył jeszcze opróżnić buteleczki, gdy melodia stała się znacznie bardziej... niepokojąca. Nie potrafił precyzyjnie określić, kiedy muzyka, miast go uspokajać, zaczęła przyśpieszać bicie jego serca. Patrzył nieprzytomnie na wirujące na scenie tancerki; wszystko zlewało mu się w nieczytelny szum, kiedy przy akompaniamencie zaskakująco łagodnych fletów i zwalniających klawiszy zduszał natrętne wspomnienia sprzed ledwo trzech tygodni. Co zrobiłby teraz, w tym stanie, gdyby znowu ich zaatakowano...? Skrzywił się z obrzydzeniem. Z obrzydzeniem do siebie.
Naraz wilgotnymi oczami przesunął po orkiestrze; nie dostrzegł wśród niej białej marynarki. Nagła trwoga zakłuła go w piersi, później zorientował się jednak, że była irracjonalna - Oleander musiał wspinać się właśnie po schodach. Pośpiesznie wsunął piersiówkę za pazuchę i ujął w lewą dłoń kieliszek musującego wina, które dotąd czekało na niego na stoliku u boku kanapy. W porównaniu do whisky smakowało mdło i słodko. Delikatnie. Westchnął ciężko, obserwując dramatyczną klęskę Merlina w walce ze zdradziecką kobietą, która niegdyś była mu bliska. Czy Oleander wybrał to wino, żeby nie mógł się nim upić? Niemożliwe; on nie był osobą tego rodzaju.
Mierzył się niemrawo z nierozsądną frustracją, kiedy poczuł ciężar ciała przyjaciela na kanapie tuż obok niego. Na krótką chwilę oderwał wzrok od sceny, starając się wymusić uśmiech. Przez to parę sekund nie tylko próbował wyglądać, jakby zostało w nim jeszcze trochę życia, ale również faktycznie w to uwierzyć. Napawający nadzieją tryumf umysłu ponad ciałem - faktycznie poczuł nagłe podrygi wigoru gdzieś na końcach członków.
- Jak się masz - absurdalne pytanie wypowiedziane było szeptem na tyle cichym, że równie dobrze mogło kompletnie utonąć w muzyce orkiestry. I lepiej, żeby utonęło.
Nieporadnie przeciągnął nieprzyjemnie ciepłą dłonią po rękawie Oleandra, żeby ostatecznie spełznąć na udo, ale bliżej kolana, niż...
Gdy znów spojrzał na scenę, była niemal pusta - ostre światło padało na samotną postać młodego Merlina, który w dłoni ściskał... bicz. Bezwiednie zacisnął zęby, z dziwnym lękiem oczekując na to, co nadejdzie za chwilę. Gdy bat opadł na plecy mężczyzny, drgnął w szoku, jakby to jego samego uderzono. Dostrzegłszy pierwszy przebłysk czerwieni, natychmiast oderwał oczy od sceny i rękę od spodni przyjaciela. Nie był w stanie wytrzymać wstydu związanego ze znajomą, ekscytującą falą wzburzenia, którą przeżywać musiał w miejscu odrażająco publicznym.
Następne razy nie widział, lecz słyszał. Raz. Dwa. Trzy. Powoli wracał na pantałyk, choć coraz bardziej był zbity. Nie, nie on sam - aktor. Nie, nie aktor - to było na niby. Gra aktorska. Magia teatru.
Spojrzał znów, teraz ze zbolałym uśmiechem. Cztery. Pięć. Sześć. Jakież to było zdrożne, że teatr postanowił wystawić coś takiego. Czysta dewiacja. To byłoby znacznie, znacznie bardziej zrozumiałe, gdyby biczować miała się Morgana. Była piękną kobietą. Piękną i złą kobietą, która faktycznie powinna odpokutować.
Siedem. Dziesięć. Piętnaście. Obmierzłe uczucie wilgoci przesiąkającej przez lniane spodnie przyciągnęły jego uwagę - oblał się winem.
- Przepraszam - mruknął bezbarwnie, dusząc w sobie złość.
Nerwowo tarł plamy chusteczką, chociaż był absolutnie świadomy, że mógłby pozbyć się ich jednym zaklęciem.
Trzydzieści sześć. Trzydzieści siedem. Trzydzieści osiem. Z żenującym, podbitym alkoholem rumieńcem śledził zbliżającą się Ekstazę. Otulający ją oranż wydał mu się wyjątkowo niepokojący, ale dzięki jej obecności mógł skupić się na czymś innym, niż rozerwana koszula, która zsuwała się właśnie z pleców Hannibala Selwyna.
Z trzydziestym dziewiątym uderzeniem Merlin wpadł w objęcia Ekstazy, acz jedynie metaforycznie. W rzeczywistości pokornie klęczał na twardych deskach. Z głową pochyloną, uniżenie czekał na łaskę. Na odkupienie. Desmond skrzywił się z politowaniem, parsknął z przekąsem... ale zbawienie faktycznie nadeszło.
Per aspera ad astra. Per aspera ad voluptatem.
Asperum est voluptas. Voluptas aspera est.
Przez krótką chwilę zapragnął, żeby to wszystko było prawdziwe. Jednak wystarczyła sekunda, żeby przestał rozumieć, co to w ogóle miało znaczyć. Oderwał kurczowo zaciśnięte palce od barierki i osunął się na oparcie kanapy. Nalał sobie kolejny kieliszek wina i przekazał butelkę Oleandrowi zaskakująco płynnym i rozluźnionym ruchem. Z następującego później antraktu nie dane było mu zapamiętać niczego.
Kończącą spektakl walkę oglądał półświadomie, z dziwnie nieobecnym spojrzeniem raz po raz ginącym pod opadającymi powiekami. Nie mógł zdusić palącego wstydu, który zdawał się tylko narastać. Ekstaza triumfalnie wirowała ponad Ambicją, jednak on czuł przede wszystkim gorzki gniew. Obiecał Oleandrowi, że pojawi się tutaj, żeby słuchać jego występu. Teraz nabierał podejrzeń, że muzyk zdecydował się udzielać przy tym spektaklu tylko dlatego, aby zmusić go do oglądania tej sceny. Bawiło go to? Kątem oka spojrzał na niego i zorientował się, że Oleander zrobiłby coś takiego tylko, jeżeli sam grałby główną rolę. Jego podejrzenia były idiotyczne, ale nie potrafił się od nich uwolnić.
Niepewnie przyglądał się, jak Ekstaza składała pocałunek na czole Merlina. Czuł się przede wszystkim... skonfundowany. Tuż przed oklaskami, li-tylko mgnienie oka, spróbował odszukać balkon, na którym siedziała Philemona Mulciber, wybitna pisarka polityczna, której dorobek dołączył do klasyki literatury jeszcze za jej życia. Z daleka widział jej imponującą kreację (czerń świetnie wykrojonej sukni gustownie komponowała się z licznymi perłami), jednak najbardziej interesował go wyraz jej twarzy... Co sądziła o tej sztuce?
Rzut na Percepcję (podglądanie reakcji Philomeny):
Naraz wilgotnymi oczami przesunął po orkiestrze; nie dostrzegł wśród niej białej marynarki. Nagła trwoga zakłuła go w piersi, później zorientował się jednak, że była irracjonalna - Oleander musiał wspinać się właśnie po schodach. Pośpiesznie wsunął piersiówkę za pazuchę i ujął w lewą dłoń kieliszek musującego wina, które dotąd czekało na niego na stoliku u boku kanapy. W porównaniu do whisky smakowało mdło i słodko. Delikatnie. Westchnął ciężko, obserwując dramatyczną klęskę Merlina w walce ze zdradziecką kobietą, która niegdyś była mu bliska. Czy Oleander wybrał to wino, żeby nie mógł się nim upić? Niemożliwe; on nie był osobą tego rodzaju.
Mierzył się niemrawo z nierozsądną frustracją, kiedy poczuł ciężar ciała przyjaciela na kanapie tuż obok niego. Na krótką chwilę oderwał wzrok od sceny, starając się wymusić uśmiech. Przez to parę sekund nie tylko próbował wyglądać, jakby zostało w nim jeszcze trochę życia, ale również faktycznie w to uwierzyć. Napawający nadzieją tryumf umysłu ponad ciałem - faktycznie poczuł nagłe podrygi wigoru gdzieś na końcach członków.
- Jak się masz - absurdalne pytanie wypowiedziane było szeptem na tyle cichym, że równie dobrze mogło kompletnie utonąć w muzyce orkiestry. I lepiej, żeby utonęło.
Nieporadnie przeciągnął nieprzyjemnie ciepłą dłonią po rękawie Oleandra, żeby ostatecznie spełznąć na udo, ale bliżej kolana, niż...
Gdy znów spojrzał na scenę, była niemal pusta - ostre światło padało na samotną postać młodego Merlina, który w dłoni ściskał... bicz. Bezwiednie zacisnął zęby, z dziwnym lękiem oczekując na to, co nadejdzie za chwilę. Gdy bat opadł na plecy mężczyzny, drgnął w szoku, jakby to jego samego uderzono. Dostrzegłszy pierwszy przebłysk czerwieni, natychmiast oderwał oczy od sceny i rękę od spodni przyjaciela. Nie był w stanie wytrzymać wstydu związanego ze znajomą, ekscytującą falą wzburzenia, którą przeżywać musiał w miejscu odrażająco publicznym.
Następne razy nie widział, lecz słyszał. Raz. Dwa. Trzy. Powoli wracał na pantałyk, choć coraz bardziej był zbity. Nie, nie on sam - aktor. Nie, nie aktor - to było na niby. Gra aktorska. Magia teatru.
Spojrzał znów, teraz ze zbolałym uśmiechem. Cztery. Pięć. Sześć. Jakież to było zdrożne, że teatr postanowił wystawić coś takiego. Czysta dewiacja. To byłoby znacznie, znacznie bardziej zrozumiałe, gdyby biczować miała się Morgana. Była piękną kobietą. Piękną i złą kobietą, która faktycznie powinna odpokutować.
Siedem. Dziesięć. Piętnaście. Obmierzłe uczucie wilgoci przesiąkającej przez lniane spodnie przyciągnęły jego uwagę - oblał się winem.
- Przepraszam - mruknął bezbarwnie, dusząc w sobie złość.
Nerwowo tarł plamy chusteczką, chociaż był absolutnie świadomy, że mógłby pozbyć się ich jednym zaklęciem.
Trzydzieści sześć. Trzydzieści siedem. Trzydzieści osiem. Z żenującym, podbitym alkoholem rumieńcem śledził zbliżającą się Ekstazę. Otulający ją oranż wydał mu się wyjątkowo niepokojący, ale dzięki jej obecności mógł skupić się na czymś innym, niż rozerwana koszula, która zsuwała się właśnie z pleców Hannibala Selwyna.
Z trzydziestym dziewiątym uderzeniem Merlin wpadł w objęcia Ekstazy, acz jedynie metaforycznie. W rzeczywistości pokornie klęczał na twardych deskach. Z głową pochyloną, uniżenie czekał na łaskę. Na odkupienie. Desmond skrzywił się z politowaniem, parsknął z przekąsem... ale zbawienie faktycznie nadeszło.
Per aspera ad astra. Per aspera ad voluptatem.
Asperum est voluptas. Voluptas aspera est.
Przez krótką chwilę zapragnął, żeby to wszystko było prawdziwe. Jednak wystarczyła sekunda, żeby przestał rozumieć, co to w ogóle miało znaczyć. Oderwał kurczowo zaciśnięte palce od barierki i osunął się na oparcie kanapy. Nalał sobie kolejny kieliszek wina i przekazał butelkę Oleandrowi zaskakująco płynnym i rozluźnionym ruchem. Z następującego później antraktu nie dane było mu zapamiętać niczego.
Kończącą spektakl walkę oglądał półświadomie, z dziwnie nieobecnym spojrzeniem raz po raz ginącym pod opadającymi powiekami. Nie mógł zdusić palącego wstydu, który zdawał się tylko narastać. Ekstaza triumfalnie wirowała ponad Ambicją, jednak on czuł przede wszystkim gorzki gniew. Obiecał Oleandrowi, że pojawi się tutaj, żeby słuchać jego występu. Teraz nabierał podejrzeń, że muzyk zdecydował się udzielać przy tym spektaklu tylko dlatego, aby zmusić go do oglądania tej sceny. Bawiło go to? Kątem oka spojrzał na niego i zorientował się, że Oleander zrobiłby coś takiego tylko, jeżeli sam grałby główną rolę. Jego podejrzenia były idiotyczne, ale nie potrafił się od nich uwolnić.
Niepewnie przyglądał się, jak Ekstaza składała pocałunek na czole Merlina. Czuł się przede wszystkim... skonfundowany. Tuż przed oklaskami, li-tylko mgnienie oka, spróbował odszukać balkon, na którym siedziała Philemona Mulciber, wybitna pisarka polityczna, której dorobek dołączył do klasyki literatury jeszcze za jej życia. Z daleka widział jej imponującą kreację (czerń świetnie wykrojonej sukni gustownie komponowała się z licznymi perłami), jednak najbardziej interesował go wyraz jej twarzy... Co sądziła o tej sztuce?
Rzut na Percepcję (podglądanie reakcji Philomeny):
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!