16.08.2025, 19:09 ✶
I nastała chwila, gdy każdy jak równy z równym stanęli ramie w ramie, aby oddać ostatni pokłon. Dźwięk oklasków odbijały się echem w jej uszach, mieszając się z przyśpieszonym stukotem serca.
Płytki oddech zdawał się z każdą chwilą wydłużać, a adrenalina opadać. Uśmiechnęła się radośnie, czując jak szklą jej się oczy z napływu emocji. Za każdym razem czuła w takich chwilach coś na wzór wzruszenia.
Oto spełniają się twoje marzenia - szeptało każde brawo, które utwierdzało ją w tym, że była częścią czegoś większego, że to już nie są jedynie dziecięce fantazje. To uczucie powracało za każdym razem, wraz z każdym występem, wraz z każdą chwilą triumfu, gdy czuła, że jest w stanie latać.
Ludzie zaczęli sobie gratulować. Bardziej lub mniej oficjalnie - wesołe chichoty, niewidoczne dygnięcia, uścisk dłoni - to te krótkie momenty zbliżały do siebie obecnych jak nic innego. I chociaż jutro powrócą do szarej rzeczywistości, dziś mogli świętować.
Wodziła spojrzeniem za sylwetkami do momentu, gdy jej oczy pochwyciły wzrok rozweselonego Hannibala.
A myślami powróciła do scen dla których mogłaby pożałować, że nie siedziała wśród widowni, która miała lepszy widok na całość niż obsada.
Zrobiliśmy to! - jej usta rozpromienił uśmiech, a Mathilda poczuła jakoby na powrót stała się małą dziewczynką.
-Udało! - pisnęła wesoło, rzucając chłopakowi w ramiona, a jej radosny śmiech rozdźwięczał niczym dzwoneczki. Może zbyt gwałtownie, może za bardzo dała ponieść się entuzjazmowi Hannibala, który okazał się nadto zaraźliwy, może nie powinna - byli wszak dorośli i nie przystało im, ale kogo to obchodziło. Nie ją, nie teraz.
Mathilda, twój kostium - ktoś upomniał, widząc, że Selwyn jest cały umorusany we krwi - Ale to też nie miało znaczenia. Dzisiejszego dnia kurtyna już opadła, a do kolejnego razu zdąży się uporać ze sztuczna krwią.
Zadarła spojrzenie ku górze, a błękitne ślepia wyłapały ciemne tęczówki chłopaka
-Hannibalu Selwyn.. - zaczęła miękko, a jej dłonie przesunęły się z pleców Hannibala na jego policzki - Jestem z Ciebie dumna... Byłeś fantastyczny... - oświadczyła cicho, niemal szeptem, ani na moment nie gubiąc kontaktu wzrokowego, pozwalając utopić im się wzajemnie w zwierciadłach dusz. Była. Mogła być dumna, bo przyszło jej pracować z kimś takim jak On. Kimś, kto nie tylko błyszczał jako człowiek, ale lśnił również jako aktor. A mimo tego blasku - nie spłonął w nim, a zdawał się rozkwitać, nie gubiąc wartości, które przez tak wielu były gubione wraz z oklaskami publiki. I żywiła nadzieje, że tych wartości nie zgubi.
I była pewna, że Mona również była dumna... z ich obojga. I że razem, gdy to wszystko się skończy, może pójdą to opić bardziej wylewnie. Gdzieś, gdzie ciekawskie spojrzenia nie docierały, a maniery nie były aż tak potrzebne.
Powoli zsunęła ręce na jego ramiona, obserwując przez krótką chwilę szkarłatne odciski własnych dłoni które przyozdobiły jego policzki sztuczną krwią.
-Chyba powinniśmy się przebrać na bankiet - stwierdziła, nie odrywając od niego spojrzenia- I doprowadzić Cię do porządku - dodała z niejakim rozbawieniem, kreśląc opuszkiem palca znak na jego skroni. Chociaż w szkarłacie było mu do twarzy i to nie podlegało dyskusji.
Płytki oddech zdawał się z każdą chwilą wydłużać, a adrenalina opadać. Uśmiechnęła się radośnie, czując jak szklą jej się oczy z napływu emocji. Za każdym razem czuła w takich chwilach coś na wzór wzruszenia.
Oto spełniają się twoje marzenia - szeptało każde brawo, które utwierdzało ją w tym, że była częścią czegoś większego, że to już nie są jedynie dziecięce fantazje. To uczucie powracało za każdym razem, wraz z każdym występem, wraz z każdą chwilą triumfu, gdy czuła, że jest w stanie latać.
Ludzie zaczęli sobie gratulować. Bardziej lub mniej oficjalnie - wesołe chichoty, niewidoczne dygnięcia, uścisk dłoni - to te krótkie momenty zbliżały do siebie obecnych jak nic innego. I chociaż jutro powrócą do szarej rzeczywistości, dziś mogli świętować.
Wodziła spojrzeniem za sylwetkami do momentu, gdy jej oczy pochwyciły wzrok rozweselonego Hannibala.
A myślami powróciła do scen dla których mogłaby pożałować, że nie siedziała wśród widowni, która miała lepszy widok na całość niż obsada.
Zrobiliśmy to! - jej usta rozpromienił uśmiech, a Mathilda poczuła jakoby na powrót stała się małą dziewczynką.
-Udało! - pisnęła wesoło, rzucając chłopakowi w ramiona, a jej radosny śmiech rozdźwięczał niczym dzwoneczki. Może zbyt gwałtownie, może za bardzo dała ponieść się entuzjazmowi Hannibala, który okazał się nadto zaraźliwy, może nie powinna - byli wszak dorośli i nie przystało im, ale kogo to obchodziło. Nie ją, nie teraz.
Mathilda, twój kostium - ktoś upomniał, widząc, że Selwyn jest cały umorusany we krwi - Ale to też nie miało znaczenia. Dzisiejszego dnia kurtyna już opadła, a do kolejnego razu zdąży się uporać ze sztuczna krwią.
Zadarła spojrzenie ku górze, a błękitne ślepia wyłapały ciemne tęczówki chłopaka
-Hannibalu Selwyn.. - zaczęła miękko, a jej dłonie przesunęły się z pleców Hannibala na jego policzki - Jestem z Ciebie dumna... Byłeś fantastyczny... - oświadczyła cicho, niemal szeptem, ani na moment nie gubiąc kontaktu wzrokowego, pozwalając utopić im się wzajemnie w zwierciadłach dusz. Była. Mogła być dumna, bo przyszło jej pracować z kimś takim jak On. Kimś, kto nie tylko błyszczał jako człowiek, ale lśnił również jako aktor. A mimo tego blasku - nie spłonął w nim, a zdawał się rozkwitać, nie gubiąc wartości, które przez tak wielu były gubione wraz z oklaskami publiki. I żywiła nadzieje, że tych wartości nie zgubi.
I była pewna, że Mona również była dumna... z ich obojga. I że razem, gdy to wszystko się skończy, może pójdą to opić bardziej wylewnie. Gdzieś, gdzie ciekawskie spojrzenia nie docierały, a maniery nie były aż tak potrzebne.
Powoli zsunęła ręce na jego ramiona, obserwując przez krótką chwilę szkarłatne odciski własnych dłoni które przyozdobiły jego policzki sztuczną krwią.
-Chyba powinniśmy się przebrać na bankiet - stwierdziła, nie odrywając od niego spojrzenia- I doprowadzić Cię do porządku - dodała z niejakim rozbawieniem, kreśląc opuszkiem palca znak na jego skroni. Chociaż w szkarłacie było mu do twarzy i to nie podlegało dyskusji.