17.08.2025, 10:55 ✶
Baldwin był doskonałym przykładem dziecka, które otrzymało najwyżej klasy czystokrwiste wychowanie. Był Malfoyem for fuck sake.
Wiedział jak się powinno siedzieć przy stole, jakich tematów do rozmów unikać, jak odpowiadać, żeby po kolacji nie dostać od matki linijką po łapskach. To raczej on powinien być w większym szoku, że u tak szanującej się rodziny jak Mulciberowie nie odmawiano modlitw przed posiłkiem, prawda? Odrażające zaniedbanie. Bluźnierstwo.
No cóż.
Pogańskie pochodzenie, pogańskie obyczaje - uznał już pierwszego dnia, kiedy Scarlettka zapytała go o modlitwę i kowen. Teraz przynajmniej wiedział kto ponosi pełną odpowiedzialność za tak przerażające zaniedbanie.
Ale im więcej było zrozumienia w tych zasadach, tych chętniej chłopak je naginał dla własnej przyjemności. Bardziej skupił się na zmarszczonym nosku dziewczyny niż jakichś krzywych minach Richarda, szczerze powiedziawszy.
Słuchał jej opowieści o ich poznaniu, nie dając po sobie poznać, że on zapamiętał to odrobinę inaczej. A przynajmniej końcówkę spotkania. Cóż mógł powiedzieć? Był fantastycznym pięciosekundowym narzeczonym, nie mówiąc już o tej aurze, która odstraszała wszystkich natrętów.
- Obawiam się, że niewiele by z niego zostało, gdyby do konfrontacji doszło. A po co robić sobie wrogów w tak intratnym miejscu jak Nokturn. Ale Pańska rodzina powinna o tym wiedzieć najlepiej, prawda sir? - Uniósł kąciki ust w imitacji tego naiwnego, wdzięcznego uśmieszku. Przechylił głowę i przez moment, dosłownie moment Baldwin Malfoy przypominał swojego prawdziwego ojca - Orfeusza. Człowieka, którego znało całe Podziemie.- Świece najpiękniej płoną w kompletnej ciemności, oświetlając podziemne ścieżki naszego miasta.
Wiedział. Oczywiście, że wiedział o Olibanum.
Wrażenie, że przy stole nie siedzi zbyt pewny jak dla własnego dobra smarkacz, a syn Poety Podziemia minęło tak szybko jak się pojawiło, a on sam wrócił do jedzenia śniadania jak gdyby nigdy nic.
Zapytany o swój zawód zawahał się przez moment.
Jakiś mały, cichy, brzmiący dokładnie jak Lorraine głosik z tyłu głowy szepnął mu tylko “Baldwinie nie. Nie rób tego. Nawet nie próbuj!”. Ale było już za późno. Twarz chłopaka rozjaśnił szeroki uśmiech. Potrząsnął blond czupryną.
- Och nie, skądże znowu sir.- Powiedział lekko, jakby sama myśl o byciu aktorem była dla niego wręcz zabawna; uwłaczająca, acz szalenie zabawna.- Jestem tam księgowym.- Odparł z pewnością siebie godną albo fenomenalnego kłamcy albo osoby, która nie skłamałaby nawet za cenę własnego życia.- Ale zatrudnili mnie z początku jako plakacistę i scenografa. Miłość do.. y… cyferek i liczb, przyszła odrobinę później.
Księgowy. Tak. To był z pewnością bardzo respektowany zawód. Pierwszy jaki przychodził mu na myśl w topce “zawodów, które Baldwin Malfoy w życiu nie chciałby wykonywać”, zaraz zresztą obok poborcy podatkowego i psa ha tfu aurora czy brygadzisty.
Ale nie trzeba było przecież daleko szukać - jego kuzyn był Kanclerzem Skarbu, wuj emerytowanym Ministrem Magii. Książki jego ojca pewnie zalegały też pewnie w tutejszej kamienicy, wepchnięte gdzieś na najwyższą, zakurzoną półkę, bo takiej ilości pierdolenia o czystości krwi i religii po prostu nie dało się czytać. A już na pewno nie na trzeźwo.
Spojrzał na zegar wiszący na ścianie (w każdym domu był taki zegar). Otarł usta chusteczką; przez chwilę składał ją metodycznie, by na koniec odłożyć na pusty talerz.
- Pan wybaczy sir.- Podniósł się od stołu.- Późno już, powinniśmy się zbierać.- Obszedł krzesło blondynki. Stanął za nim. Ostrożnie zacisnął palce na jej ramionach, pozwalając błysnąć sygnetowi, który nosił na palcu. Ale wzrok Baldwina przez cały czas był utkwiony w ojcu Mulciberówny.- Scar…?
@Richard Mulciber
Wiedział jak się powinno siedzieć przy stole, jakich tematów do rozmów unikać, jak odpowiadać, żeby po kolacji nie dostać od matki linijką po łapskach. To raczej on powinien być w większym szoku, że u tak szanującej się rodziny jak Mulciberowie nie odmawiano modlitw przed posiłkiem, prawda? Odrażające zaniedbanie. Bluźnierstwo.
No cóż.
Pogańskie pochodzenie, pogańskie obyczaje - uznał już pierwszego dnia, kiedy Scarlettka zapytała go o modlitwę i kowen. Teraz przynajmniej wiedział kto ponosi pełną odpowiedzialność za tak przerażające zaniedbanie.
Ale im więcej było zrozumienia w tych zasadach, tych chętniej chłopak je naginał dla własnej przyjemności. Bardziej skupił się na zmarszczonym nosku dziewczyny niż jakichś krzywych minach Richarda, szczerze powiedziawszy.
Słuchał jej opowieści o ich poznaniu, nie dając po sobie poznać, że on zapamiętał to odrobinę inaczej. A przynajmniej końcówkę spotkania. Cóż mógł powiedzieć? Był fantastycznym pięciosekundowym narzeczonym, nie mówiąc już o tej aurze, która odstraszała wszystkich natrętów.
- Obawiam się, że niewiele by z niego zostało, gdyby do konfrontacji doszło. A po co robić sobie wrogów w tak intratnym miejscu jak Nokturn. Ale Pańska rodzina powinna o tym wiedzieć najlepiej, prawda sir? - Uniósł kąciki ust w imitacji tego naiwnego, wdzięcznego uśmieszku. Przechylił głowę i przez moment, dosłownie moment Baldwin Malfoy przypominał swojego prawdziwego ojca - Orfeusza. Człowieka, którego znało całe Podziemie.- Świece najpiękniej płoną w kompletnej ciemności, oświetlając podziemne ścieżki naszego miasta.
Wiedział. Oczywiście, że wiedział o Olibanum.
Wrażenie, że przy stole nie siedzi zbyt pewny jak dla własnego dobra smarkacz, a syn Poety Podziemia minęło tak szybko jak się pojawiło, a on sam wrócił do jedzenia śniadania jak gdyby nigdy nic.
Zapytany o swój zawód zawahał się przez moment.
Jakiś mały, cichy, brzmiący dokładnie jak Lorraine głosik z tyłu głowy szepnął mu tylko “Baldwinie nie. Nie rób tego. Nawet nie próbuj!”. Ale było już za późno. Twarz chłopaka rozjaśnił szeroki uśmiech. Potrząsnął blond czupryną.
- Och nie, skądże znowu sir.- Powiedział lekko, jakby sama myśl o byciu aktorem była dla niego wręcz zabawna; uwłaczająca, acz szalenie zabawna.- Jestem tam księgowym.- Odparł z pewnością siebie godną albo fenomenalnego kłamcy albo osoby, która nie skłamałaby nawet za cenę własnego życia.- Ale zatrudnili mnie z początku jako plakacistę i scenografa. Miłość do.. y… cyferek i liczb, przyszła odrobinę później.
Księgowy. Tak. To był z pewnością bardzo respektowany zawód. Pierwszy jaki przychodził mu na myśl w topce “zawodów, które Baldwin Malfoy w życiu nie chciałby wykonywać”, zaraz zresztą obok poborcy podatkowego i psa ha tfu aurora czy brygadzisty.
Ale nie trzeba było przecież daleko szukać - jego kuzyn był Kanclerzem Skarbu, wuj emerytowanym Ministrem Magii. Książki jego ojca pewnie zalegały też pewnie w tutejszej kamienicy, wepchnięte gdzieś na najwyższą, zakurzoną półkę, bo takiej ilości pierdolenia o czystości krwi i religii po prostu nie dało się czytać. A już na pewno nie na trzeźwo.
Spojrzał na zegar wiszący na ścianie (w każdym domu był taki zegar). Otarł usta chusteczką; przez chwilę składał ją metodycznie, by na koniec odłożyć na pusty talerz.
- Pan wybaczy sir.- Podniósł się od stołu.- Późno już, powinniśmy się zbierać.- Obszedł krzesło blondynki. Stanął za nim. Ostrożnie zacisnął palce na jej ramionach, pozwalając błysnąć sygnetowi, który nosił na palcu. Ale wzrok Baldwina przez cały czas był utkwiony w ojcu Mulciberówny.- Scar…?
@Richard Mulciber