17.08.2025, 13:27 ✶
Mieli. Zdecydowanie mieli. Kolejną zadziwiającą jasność. Niezwykle łatwo było się przyzwyczaić do tego stanu. Czy to było całkowicie impulsywne zachowanie? I tak, i nie. W końcu byli ze sobą przez wiele lat, zanim wszystko całkowicie się zagmatwało. Nim ich dotychczasowa rutyna zaczęła obracać się w proch i pył, przed tym, jak podjął decyzję o odejściu, by przynajmniej jedno z nich mogło wieść spokojniejsze życie.
Gówno prawda, czyż nie? Nic nie było spokojne, a wielomiesięczna rozłąka wyłącznie pogłębiła wewnętrzny chaos, jaki oboje przeżywali. To już nie było widmo czarodziejskiej wojny, jakie wisiało nad ich głowami. Stworzyła nowe rany, kolejną siatkę rys i pęknięć, mapę powrotną do dawnych zapędów. Wcale nie kojących, nie zmieniających życia na lepsze.
Mogliby znacznie dłużej upierać się przy tym, że cokolwiek się działo, zawsze mogło być gorzej. On mógłby trzymać się narracji, że mimo wszystko, jego obecność u jej boku mogła jeszcze mocniej zaszkodzić dziewczynie. W końcu nie miał spokojnego życia. Szczególnie nie teraz. Nie, gdy już całkowicie powrócił do schematów, od których odszedł, gdy byli razem. Całe szczęście, była uparta. Cholernie, cholernie uparta. A może on nie był już aż takim osłem, jakim bycie mu zarzucała?
To nie było teraz istotne. Najważniejszy był ten poranek. Ta chwila.
Widział zaskoczenie, jakie odmalowało się w błękitnych oczach dziewczyny. Nie mógł nie dostrzec zmiany w wyrazie jej twarzy, kiedy zaczęła uświadamiać sobie, co się dzieje. Nie, gdy wpatrywał się w nią tak intensywnie, jakby chciał wyczytać z niej wszystkie myśli na długo przed tym, jak opuszczą malinowe, lekko ogorzałe od wiatru wargi Geraldine. Te, które drgnęły w znany mu sposób, zanim wreszcie zabrała głos.
On także drgnął, choć z początku wyłącznie nieznacznie, niemal nieświadomie. Nie był w stanie powstrzymać tego przelotnego błysku zaniepokojenia, jaki pojawił się w jego oczach. Klęknął przed nią, mówiąc te wszystkie słowa. Być może nie do końca składne, możliwe, że nie tak wzniosłe jak zazwyczaj w takich momentach, ale z drugiej strony, przecież robił to pierwszy...
...nie, drugi raz w życiu. Nie licząc tamtej trzeciej chwili, o której nie chciał obecnie myśleć, bowiem w zupełności wystarczyło mu jednokrotne dostanie kosza. I nawet jeśli nie chciał nadawać temu podobnego znaczenia, nie potrafił ukryć własnej lawiny myśli, jakie przemknęły przez jego głowę, objawiając się w oczach, zanim mrugnął, przenosząc wzrok na wyciągniętą dłoń jego dziewczyny.
Zaskoczył ją. To fakt. Bez wątpienia nie spodziewała się tego gestu z jego strony. Nie teraz, nie tak. On sam także przewidywał, że zrobi to w zupełnie inny sposób, w innych warunkach. Miały być świece i kwiaty, miała być właściwa, słuszna oprawa. I słowa, które brzmiałyby zdecydowanie bardziej poetycko. Nawet jeśli jednocześnie nie dałoby się ukryć, że wyuczył się ich na pamięć, wcześniej spędzając kilka sfrustrowanych godzin nad tym, aby napisać coś, co brzmiało dostatecznie dobrze, by go usatysfakcjonować.
Stwierdził jednak, że Rina nie lubi poetów. Że mglisty, jesienny poranek, gdy świat nie zdążył jeszcze zbudzić się ze snu był im zdecydowanie bliższy od głośnych, hałaśliwych wieczorów. Zawsze myślał o tak wczesnych porach jak o możliwościach. O czasie, gdy wciąż jeszcze istniały niezliczone, rozległe szanse na to, w jaki sposób ułoży się dzień. Tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć.
Wszystko...
...dokładnie tak.
Chciał zrobić to po swojemu. Niczego tak nie pragnął, jak znaleźć właściwy moment. Nawet jeśli jednocześnie sądził, że będzie on zupełnie inny. A jednak, kiedy powiedziała tamte słowa. Gdy tak lekkim, może nieco rozmarzonym tonem napomknęła o tych wszystkich zaletach. O możliwościach, jakie dałoby im wzięcie ślubu. Tych, które mógł im przynieść właśnie ten poranek.
Chciał to zrobić poprzedniego wieczoru, jednak odszedł od swoich planów, kiedy ognisko przestało przebiegać właściwie. Nie planował podejmować tej rozmowy w nerwach i emanować zdenerwowaniem, gdy wszystko obróciło się w perzynę. To miała być dobra chwila. Szczęśliwa. Teraz, klęcząc przed dziewczyną, na jednym kolanie, przez ułamek sekundy starał się dostrzec je w jej oczach.
Rina była zaskoczona. Tak. Choć to ona pierwsza powiedziała słowa o ohajtaniu się, trzeba byłoby być ślepcem, aby nie dostrzec, że zupełnie nie spodziewała się tego obrotu spraw. Nie chciał jej jednak przytłoczyć i właśnie tego szukał pośród błękitu jej tęczówek: wskazówki, czego tak naprawdę oczekiwała, gdy wyciągnęła do niego dłoń, mówiąc mu, że powinien ponownie usiąść na ławce.
To były dwa tygodnie. Tylko i aż dwa tygodnie. Tydzień spokoju poprzedzony ośmioma dniami zawieruchy i burzy. Po intensywnym lecie, po wielu konfrontacjach, po tamtym poranku pierwszego września, gdy wszystko zaczęło powracać na właściwe tory. Choć może zaczęło robić to już wcześniej? Zaliczyli jedno potknięcie. Mocne, naprawdę mocne tąpnięcie mające słodko-gorzki posmak desperacji, po którym tak naprawdę nic już nie było takie same, nawet jeśli słowa dotyczące tamtego wieczoru nigdy nie opuściły niczyich ust.
Mimo to, później zachowywali się inaczej. To nie był wyłącznie doppelganger, nie było to tylko (aż) widmo straty. Dwa tygodnie. Dużo i mało. Po tylu latach...
...miała prawo być...
...wzruszona.
Wzruszona. Napięcie opadło z jego ciała niemal tak bezwiednie jak się pojawiło. Kiwnął głową, dotykając dłonią dłoni dziewczyny, aby podnieść się z klęczek, w wolnej ręce nadal trzymając otwarte pudełko z pierścionkiem. Sam nie do końca wiedział, w jaki sposób manewrował w tym momencie pomiędzy kilkoma jednoczesnymi czynnościami, jednak zajmując miejsce na ławce, bez słowa wyciągnął ramię ku blondynce, pociągając ją do siebie. Być może nie był w stanie całkowicie wciągnąć jej sobie na kolana, jednak z pewnością nie mogła nie pojąć tej sugestii.
Te trzy słowa. Nie jedno. Trzy.
Oczywiście, że tak.
Tak, to była najwyższa pora. Znowu mieli tę wyjątkową zgodność.
- Mhm. I wciąż mieszasz mi w głowie - odmruknął chrapliwie, niemalże bezgłośnie przez spłycony oddech.
Nie był to jednak wyrzut. Nie było to też suche stwierdzenie faktu. Tego, co przecież oboje wiedzieli. Nie, był to komplement. Niezaprzeczalny, wyjątkowo wyraźny. Geraldine regularnie zapewniała mu cały rollercoaster emocji, nawet jeśli jednocześnie nikt inny nie umiał tak bardzo go wyciszyć. Ot, paradoks. Nie to, żeby on pozostawał jej przy tym dłużny. Tego poranka zdecydowanie zapewnili to sobie wzajemnie. Biorąc głębszy, chociaż wciąż dosyć ciężki oddech, poruszył brwią, lekko unosząc ją w górę. Jego spojrzenie przesunęło się z twarzy dziewczyny... ...narzeczonej na pudełko z pierścionkiem i ponownie na jej niebieskie, zamglone oczy.
- Pozwolisz? - Nie to, by obawiał się, że go zgubi (dwa razy to byłoby wyjątkowo absurdalne), ale bez wątpienia chciał go zobaczyć na właściwym miejscu. Jedynym słusznym. Później mogli...
...kątem oka spojrzał na jej usta, unosząc kącik własnych. Niczego nie był tak pewien jak tej decyzji. Nawet bez zewnętrznej oprawy, to był idealny moment.
Gówno prawda, czyż nie? Nic nie było spokojne, a wielomiesięczna rozłąka wyłącznie pogłębiła wewnętrzny chaos, jaki oboje przeżywali. To już nie było widmo czarodziejskiej wojny, jakie wisiało nad ich głowami. Stworzyła nowe rany, kolejną siatkę rys i pęknięć, mapę powrotną do dawnych zapędów. Wcale nie kojących, nie zmieniających życia na lepsze.
Mogliby znacznie dłużej upierać się przy tym, że cokolwiek się działo, zawsze mogło być gorzej. On mógłby trzymać się narracji, że mimo wszystko, jego obecność u jej boku mogła jeszcze mocniej zaszkodzić dziewczynie. W końcu nie miał spokojnego życia. Szczególnie nie teraz. Nie, gdy już całkowicie powrócił do schematów, od których odszedł, gdy byli razem. Całe szczęście, była uparta. Cholernie, cholernie uparta. A może on nie był już aż takim osłem, jakim bycie mu zarzucała?
To nie było teraz istotne. Najważniejszy był ten poranek. Ta chwila.
Widział zaskoczenie, jakie odmalowało się w błękitnych oczach dziewczyny. Nie mógł nie dostrzec zmiany w wyrazie jej twarzy, kiedy zaczęła uświadamiać sobie, co się dzieje. Nie, gdy wpatrywał się w nią tak intensywnie, jakby chciał wyczytać z niej wszystkie myśli na długo przed tym, jak opuszczą malinowe, lekko ogorzałe od wiatru wargi Geraldine. Te, które drgnęły w znany mu sposób, zanim wreszcie zabrała głos.
On także drgnął, choć z początku wyłącznie nieznacznie, niemal nieświadomie. Nie był w stanie powstrzymać tego przelotnego błysku zaniepokojenia, jaki pojawił się w jego oczach. Klęknął przed nią, mówiąc te wszystkie słowa. Być może nie do końca składne, możliwe, że nie tak wzniosłe jak zazwyczaj w takich momentach, ale z drugiej strony, przecież robił to pierwszy...
...nie, drugi raz w życiu. Nie licząc tamtej trzeciej chwili, o której nie chciał obecnie myśleć, bowiem w zupełności wystarczyło mu jednokrotne dostanie kosza. I nawet jeśli nie chciał nadawać temu podobnego znaczenia, nie potrafił ukryć własnej lawiny myśli, jakie przemknęły przez jego głowę, objawiając się w oczach, zanim mrugnął, przenosząc wzrok na wyciągniętą dłoń jego dziewczyny.
Zaskoczył ją. To fakt. Bez wątpienia nie spodziewała się tego gestu z jego strony. Nie teraz, nie tak. On sam także przewidywał, że zrobi to w zupełnie inny sposób, w innych warunkach. Miały być świece i kwiaty, miała być właściwa, słuszna oprawa. I słowa, które brzmiałyby zdecydowanie bardziej poetycko. Nawet jeśli jednocześnie nie dałoby się ukryć, że wyuczył się ich na pamięć, wcześniej spędzając kilka sfrustrowanych godzin nad tym, aby napisać coś, co brzmiało dostatecznie dobrze, by go usatysfakcjonować.
Stwierdził jednak, że Rina nie lubi poetów. Że mglisty, jesienny poranek, gdy świat nie zdążył jeszcze zbudzić się ze snu był im zdecydowanie bliższy od głośnych, hałaśliwych wieczorów. Zawsze myślał o tak wczesnych porach jak o możliwościach. O czasie, gdy wciąż jeszcze istniały niezliczone, rozległe szanse na to, w jaki sposób ułoży się dzień. Tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć.
Wszystko...
...dokładnie tak.
Chciał zrobić to po swojemu. Niczego tak nie pragnął, jak znaleźć właściwy moment. Nawet jeśli jednocześnie sądził, że będzie on zupełnie inny. A jednak, kiedy powiedziała tamte słowa. Gdy tak lekkim, może nieco rozmarzonym tonem napomknęła o tych wszystkich zaletach. O możliwościach, jakie dałoby im wzięcie ślubu. Tych, które mógł im przynieść właśnie ten poranek.
Chciał to zrobić poprzedniego wieczoru, jednak odszedł od swoich planów, kiedy ognisko przestało przebiegać właściwie. Nie planował podejmować tej rozmowy w nerwach i emanować zdenerwowaniem, gdy wszystko obróciło się w perzynę. To miała być dobra chwila. Szczęśliwa. Teraz, klęcząc przed dziewczyną, na jednym kolanie, przez ułamek sekundy starał się dostrzec je w jej oczach.
Rina była zaskoczona. Tak. Choć to ona pierwsza powiedziała słowa o ohajtaniu się, trzeba byłoby być ślepcem, aby nie dostrzec, że zupełnie nie spodziewała się tego obrotu spraw. Nie chciał jej jednak przytłoczyć i właśnie tego szukał pośród błękitu jej tęczówek: wskazówki, czego tak naprawdę oczekiwała, gdy wyciągnęła do niego dłoń, mówiąc mu, że powinien ponownie usiąść na ławce.
To były dwa tygodnie. Tylko i aż dwa tygodnie. Tydzień spokoju poprzedzony ośmioma dniami zawieruchy i burzy. Po intensywnym lecie, po wielu konfrontacjach, po tamtym poranku pierwszego września, gdy wszystko zaczęło powracać na właściwe tory. Choć może zaczęło robić to już wcześniej? Zaliczyli jedno potknięcie. Mocne, naprawdę mocne tąpnięcie mające słodko-gorzki posmak desperacji, po którym tak naprawdę nic już nie było takie same, nawet jeśli słowa dotyczące tamtego wieczoru nigdy nie opuściły niczyich ust.
Mimo to, później zachowywali się inaczej. To nie był wyłącznie doppelganger, nie było to tylko (aż) widmo straty. Dwa tygodnie. Dużo i mało. Po tylu latach...
...miała prawo być...
...wzruszona.
Wzruszona. Napięcie opadło z jego ciała niemal tak bezwiednie jak się pojawiło. Kiwnął głową, dotykając dłonią dłoni dziewczyny, aby podnieść się z klęczek, w wolnej ręce nadal trzymając otwarte pudełko z pierścionkiem. Sam nie do końca wiedział, w jaki sposób manewrował w tym momencie pomiędzy kilkoma jednoczesnymi czynnościami, jednak zajmując miejsce na ławce, bez słowa wyciągnął ramię ku blondynce, pociągając ją do siebie. Być może nie był w stanie całkowicie wciągnąć jej sobie na kolana, jednak z pewnością nie mogła nie pojąć tej sugestii.
Te trzy słowa. Nie jedno. Trzy.
Oczywiście, że tak.
Tak, to była najwyższa pora. Znowu mieli tę wyjątkową zgodność.
- Mhm. I wciąż mieszasz mi w głowie - odmruknął chrapliwie, niemalże bezgłośnie przez spłycony oddech.
Nie był to jednak wyrzut. Nie było to też suche stwierdzenie faktu. Tego, co przecież oboje wiedzieli. Nie, był to komplement. Niezaprzeczalny, wyjątkowo wyraźny. Geraldine regularnie zapewniała mu cały rollercoaster emocji, nawet jeśli jednocześnie nikt inny nie umiał tak bardzo go wyciszyć. Ot, paradoks. Nie to, żeby on pozostawał jej przy tym dłużny. Tego poranka zdecydowanie zapewnili to sobie wzajemnie. Biorąc głębszy, chociaż wciąż dosyć ciężki oddech, poruszył brwią, lekko unosząc ją w górę. Jego spojrzenie przesunęło się z twarzy dziewczyny... ...narzeczonej na pudełko z pierścionkiem i ponownie na jej niebieskie, zamglone oczy.
- Pozwolisz? - Nie to, by obawiał się, że go zgubi (dwa razy to byłoby wyjątkowo absurdalne), ale bez wątpienia chciał go zobaczyć na właściwym miejscu. Jedynym słusznym. Później mogli...
...kątem oka spojrzał na jej usta, unosząc kącik własnych. Niczego nie był tak pewien jak tej decyzji. Nawet bez zewnętrznej oprawy, to był idealny moment.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down