18.08.2025, 12:24 ✶
Nietrudno było mu zinterpretować zaskoczenie malujące się na twarzy Geraldine. Poniekąd dokładnie tego spodziewał się w każdym ze scenariuszy, jakie przez ostatnie dni rozpatrywał w swojej głowie. Zdziwienia zastąpionego błyskiem, gdy uświadomiła sobie, co tak naprawdę robił i do czego zmierzał. Potem zaś, w najbardziej optymistycznych ze scenariuszy, dokładnie tego samego zamglonego, wzruszonego, ale szczęśliwego spojrzenia. Pragnął tego dla nich, szczególnie po tym wszystkim, co przeszli, by wreszcie znaleźć się w tym momencie.
Choć nie mógł zaprzeczyć, że przez sekundę poczuł zaniepokojenie związane z dłonią wyciągniętą w jego kierunku i dotykiem dziewczyny.
Jego dziewczyny.
Jego narzeczonej.
- Wiem - odparł bez zawahania, robiąc przy tym poważną minę, nawet jeśli w jego oczach na próżno byłoby szukać czegokolwiek prócz rozbawienia.
Tak, był szczęśliwy. Być może na moment odrobinę wytrąciła go z równowagi, zapewniając mu ten mały skok pulsu, przez który serce na kilka sekund znalazło się w jego gardle, ale przecież miała rację. Doskonale wiedział, że to było pakietem łączonym. Zdawał sobie sprawę z tego, na co pisał się już lata wcześniej. To nie była żadna nagła zmiana. Yaxleyówna niemal bezustannie zapewniała mu cały wachlarz emocji. Zazwyczaj tych dobrych, nawet jeśli momentami nieoczekiwanych.
Tak, nie wątpił w to, że ich faza miesiąca miodowego, jaki zaliczali na nowo już od kilku dni, kiedyś miała napotkać trudności życia codziennego. Nie zawsze mieli zgadzać się ze sobą we wszystkim, o czym rozmawiali. Oboje mieli dosyć mocne, uparte charaktery i ugruntowane przekonania, jednak w tym momencie nie dało się ukryć, że przeżywali coś na kształt drugiej młodości.
Po dosyć trudnym, intensywnym końcu sierpnia i początku września, zdecydowanie zasłużyli na to, aby jeszcze przez jakiś czas móc pławić się w tym wszystkim, co zaczęli odzyskiwać. Być może nie zwracał na to aż takiej uwagi, nie analizując tego aż tak dogłębnie, ale w momencie, w którym wreszcie odpuścił swój punkt widzenia (krzywdzący, to bez wątpienia, przecież to akurat wiedział), mimowolnie stał się bardziej ugodowy. Nie potrzebował mieć całej racji, jaka istniała.
Chciał być szczęśliwy. Pragnął, by Geraldine taka była. Zasługiwali na swój szczęśliwy nowy początek (zakończenia chwilowo nie przewidywał, ale i ono powinno takie być), toteż dążył do tego, żeby im je zapewniać.
Nie, to nie było impulsywne, nieprzemyślane zachowanie. Nie czuł się w żaden sposób przymuszony do tego, aby nasunąć pierścionek na palec dziewczyny. To nie była konieczność. Nie robił tego, bo musiał, bo był do tego zobowiązany, bo sytuacja tego wymagała. Wiedział, że Rina też zdawała sobie z tego sprawę. Przynajmniej po tych kilku sekundach, kiedy zarówno jego serce, jak i żołądek prawie fiknęły koziołka.
Tak, nie trwało to zbyt długo. Zaledwie ułamek chwili. Tak, miał świadomość tego, że jego dziewczyna...
...jego narzeczona sama moment wcześniej wypowiedziała słowa o ślubie, jednak nie dało się ukryć, że zapewniła mu drobne przyspieszenie pulsu, gdy zasugerowała mu, że powinien podnieść się z kolan. Nie mógł nic na to poradzić. Wiedziony przeszłymi doświadczeniami, zdecydowanie poczuł mocniejsze bicie serca.
Był pewien podejmowanej decyzji. Niczego tak bardzo nie pragnął jak usłyszeć to jedno tak, nawet jeśli towarzyszyła temu najwyższa pora, na którą niemal lekko przewrócił oczami, gdy uświadomił sobie, że to działo się naprawdę. Nie zastanawiała się, nie analizowała jego pobudek, jak to miało miejsce poprzednim razem. Tym razem wiedział, że oboje mają pewność. To była ta chwila.
Cóż, może nie byli wyjątkowo godni w sposobie, w jaki ponownie znaleźli się tuż przy sobie nawzajem, jednak przecież byli tu całkowicie sami. Najgorszym, co mogło ich spotkać był donośny dźwięk krakania, jaki dotarł do ich uszu od strony ogrodu, gdy Geraldine wreszcie wgramoliła się mu na kolana. Przy pledach i pudełeczku z pierścionkiem, które w dalszym ciągu trzymał w jednej dłoni (jakoś nie ufał sobie w zakresie odstawiania go na bok, nie w tej chwili), było to dosyć utrudnione zadanie. Nic więc dziwnego, że mogło rozbawić Matkę Naturę na tyle, że postanowiła im to zasugerować.
- Śmieją się z nas, wyobrażasz to sobie? - Skwitował, wpatrując się wprost w tęczówki dziewczyny, praktycznie nos przy jej nosie.
Mógłby ją nim trącić, mógłby nachylić się jeszcze o kilka centymetrów, aby złączyć ich usta w pocałunku, mógł zrobić naprawdę wiele rzeczy, praktycznie wszystko, jednak wybrał właśnie to. Patrzenie, po prostu wpatrywanie się w głębię oczu Geraldine, dopóki jego własne nie zaczęły lekko łzawić. Dopiero wtedy mrugnął parokrotnie, poprawiając ją na jego kolanach i przygryzając wargę w uśmiechu.
- Nie wykręcisz się już. Nie widzę innej możliwości, jak tylko ta jedna - dokładnie ta, w której zostawała jego żoną.
Po tylu turbulencjach, być może po nieco zbyt wielu latach, ale przecież nigdy nie byli specjalnie konwencjonalni, czyż nie? Zawsze robili wszystko po swojemu, w swoim tempie i na własnych regułach. W tym wypadku zdecydowanie nie było inaczej. Najważniejsze, że wreszcie doszli do tego momentu, tym razem nie zbaczając z obranej drogi.
Mrugając jeszcze jeden raz, przeniósł wzrok na pudełeczko, tym razem całkiem gładkim ruchem ujmując znajdujący się tam kamyk, by móc wreszcie nasunąć go na palec ukochanej. Jedyne słuszne miejsce, gdzie powinien się znaleźć, pasując jak ulał.
- I jak? - Mruknął, ponownie przenosząc wzrok na jej oczy.
Czekał, po prostu czekał na komentarz. Tym razem spokojnie, bez cienia zdenerwowania.
Choć nie mógł zaprzeczyć, że przez sekundę poczuł zaniepokojenie związane z dłonią wyciągniętą w jego kierunku i dotykiem dziewczyny.
Jego dziewczyny.
Jego narzeczonej.
- Wiem - odparł bez zawahania, robiąc przy tym poważną minę, nawet jeśli w jego oczach na próżno byłoby szukać czegokolwiek prócz rozbawienia.
Tak, był szczęśliwy. Być może na moment odrobinę wytrąciła go z równowagi, zapewniając mu ten mały skok pulsu, przez który serce na kilka sekund znalazło się w jego gardle, ale przecież miała rację. Doskonale wiedział, że to było pakietem łączonym. Zdawał sobie sprawę z tego, na co pisał się już lata wcześniej. To nie była żadna nagła zmiana. Yaxleyówna niemal bezustannie zapewniała mu cały wachlarz emocji. Zazwyczaj tych dobrych, nawet jeśli momentami nieoczekiwanych.
Tak, nie wątpił w to, że ich faza miesiąca miodowego, jaki zaliczali na nowo już od kilku dni, kiedyś miała napotkać trudności życia codziennego. Nie zawsze mieli zgadzać się ze sobą we wszystkim, o czym rozmawiali. Oboje mieli dosyć mocne, uparte charaktery i ugruntowane przekonania, jednak w tym momencie nie dało się ukryć, że przeżywali coś na kształt drugiej młodości.
Po dosyć trudnym, intensywnym końcu sierpnia i początku września, zdecydowanie zasłużyli na to, aby jeszcze przez jakiś czas móc pławić się w tym wszystkim, co zaczęli odzyskiwać. Być może nie zwracał na to aż takiej uwagi, nie analizując tego aż tak dogłębnie, ale w momencie, w którym wreszcie odpuścił swój punkt widzenia (krzywdzący, to bez wątpienia, przecież to akurat wiedział), mimowolnie stał się bardziej ugodowy. Nie potrzebował mieć całej racji, jaka istniała.
Chciał być szczęśliwy. Pragnął, by Geraldine taka była. Zasługiwali na swój szczęśliwy nowy początek (zakończenia chwilowo nie przewidywał, ale i ono powinno takie być), toteż dążył do tego, żeby im je zapewniać.
Nie, to nie było impulsywne, nieprzemyślane zachowanie. Nie czuł się w żaden sposób przymuszony do tego, aby nasunąć pierścionek na palec dziewczyny. To nie była konieczność. Nie robił tego, bo musiał, bo był do tego zobowiązany, bo sytuacja tego wymagała. Wiedział, że Rina też zdawała sobie z tego sprawę. Przynajmniej po tych kilku sekundach, kiedy zarówno jego serce, jak i żołądek prawie fiknęły koziołka.
Tak, nie trwało to zbyt długo. Zaledwie ułamek chwili. Tak, miał świadomość tego, że jego dziewczyna...
...jego narzeczona sama moment wcześniej wypowiedziała słowa o ślubie, jednak nie dało się ukryć, że zapewniła mu drobne przyspieszenie pulsu, gdy zasugerowała mu, że powinien podnieść się z kolan. Nie mógł nic na to poradzić. Wiedziony przeszłymi doświadczeniami, zdecydowanie poczuł mocniejsze bicie serca.
Był pewien podejmowanej decyzji. Niczego tak bardzo nie pragnął jak usłyszeć to jedno tak, nawet jeśli towarzyszyła temu najwyższa pora, na którą niemal lekko przewrócił oczami, gdy uświadomił sobie, że to działo się naprawdę. Nie zastanawiała się, nie analizowała jego pobudek, jak to miało miejsce poprzednim razem. Tym razem wiedział, że oboje mają pewność. To była ta chwila.
Cóż, może nie byli wyjątkowo godni w sposobie, w jaki ponownie znaleźli się tuż przy sobie nawzajem, jednak przecież byli tu całkowicie sami. Najgorszym, co mogło ich spotkać był donośny dźwięk krakania, jaki dotarł do ich uszu od strony ogrodu, gdy Geraldine wreszcie wgramoliła się mu na kolana. Przy pledach i pudełeczku z pierścionkiem, które w dalszym ciągu trzymał w jednej dłoni (jakoś nie ufał sobie w zakresie odstawiania go na bok, nie w tej chwili), było to dosyć utrudnione zadanie. Nic więc dziwnego, że mogło rozbawić Matkę Naturę na tyle, że postanowiła im to zasugerować.
- Śmieją się z nas, wyobrażasz to sobie? - Skwitował, wpatrując się wprost w tęczówki dziewczyny, praktycznie nos przy jej nosie.
Mógłby ją nim trącić, mógłby nachylić się jeszcze o kilka centymetrów, aby złączyć ich usta w pocałunku, mógł zrobić naprawdę wiele rzeczy, praktycznie wszystko, jednak wybrał właśnie to. Patrzenie, po prostu wpatrywanie się w głębię oczu Geraldine, dopóki jego własne nie zaczęły lekko łzawić. Dopiero wtedy mrugnął parokrotnie, poprawiając ją na jego kolanach i przygryzając wargę w uśmiechu.
- Nie wykręcisz się już. Nie widzę innej możliwości, jak tylko ta jedna - dokładnie ta, w której zostawała jego żoną.
Po tylu turbulencjach, być może po nieco zbyt wielu latach, ale przecież nigdy nie byli specjalnie konwencjonalni, czyż nie? Zawsze robili wszystko po swojemu, w swoim tempie i na własnych regułach. W tym wypadku zdecydowanie nie było inaczej. Najważniejsze, że wreszcie doszli do tego momentu, tym razem nie zbaczając z obranej drogi.
Mrugając jeszcze jeden raz, przeniósł wzrok na pudełeczko, tym razem całkiem gładkim ruchem ujmując znajdujący się tam kamyk, by móc wreszcie nasunąć go na palec ukochanej. Jedyne słuszne miejsce, gdzie powinien się znaleźć, pasując jak ulał.
- I jak? - Mruknął, ponownie przenosząc wzrok na jej oczy.
Czekał, po prostu czekał na komentarz. Tym razem spokojnie, bez cienia zdenerwowania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down