18.08.2025, 15:34 ✶
Ostatnie dni płynęły w sposób, którego nigdy bym się po sobie nie spodziewał. Sielankowo - tak - to słowo brzmiało zbyt ckliwie, ale pasowało, cholera, jak ulał. Było w tym coś podejrzanego - coś, co powinno mnie zaniepokoić, a zamiast tego dawało mi dziwny spokój. Rytm dnia tworzył się niemal sam, bez planu, bez świadomych decyzji, wszystko układało się w przyzwyczajenia - niepostrzeżenie, krok po kroku, jakbyśmy oboje wpadli w tę rutynę nie zauważając, kiedy właściwie to się stało. To nie były dni pełne wielkich wydarzeń, wręcz przeciwnie, była to codzienność, prosta i banalna. Rozmowy o planach, o obowiązkach, o grafikach - ktoś z zewnątrz uznałby je za nieistotne, nudne wręcz, a jednak w nich było coś zatrważająco przyjemnego, jakby świat na chwilę przestał się interesować nami i naszymi sprawami, a całość istnienia zredukowała się do rytmu prostych, codziennych czynności. Było w tym coś zdradliwego - ta sielankowość nie pasowała do nas, a jednak wkradała się powoli, podstępnie, nie pytając o zgodę. Zamiast dramatów i wybuchów dostawałem poranki przy kubkach herbaty i wieczory, które rozmywały się w rozmowach o rzeczach tak przyziemnych, że sam siebie czasem nie poznawałem. To było niebezpieczne, łatwo było w tym ugrzęznąć, cholernie łatwo. Jeszcze łatwiej było przywyknąć i wmawiać sobie, że tak powinno być - że brak pustych nocy i chłodnych poranków to naturalny stan, a ciepło, które wypełniało korytarze i pokoje, to coś, na co można liczyć już zawsze. Nie obiecywaliśmy sobie niczego, nie rozkładaliśmy przyszłości na części pierwsze, a jednak w tym wszystkim było coś przerażająco przyjemnego. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy dryfowali obok siebie w milczeniu, ale z poczuciem, że ten dryf wcale nie prowadzi w próżnię, ani nie na mieliznę.
Rozmowy o grafikach i planach, absurdalnie zwyczajne, dawały wrażenie stabilności, chociaż w głębi wiedziałem, że to tylko złudzenie. Może właśnie dlatego tak mocno się ich chwytałem - tego zwykłego tonu, tego, że można było się spierać o rzeczy błahe, jak niedokręcona tubka pasty do zębów, zaplanować coś na jutro, a nawet choćby wiedzieć, że jutro i tak nadejdzie wbrew wszystkiemu.
Nie zastanawiałem się nad tym, co będzie dalej, ani nad tym, dokąd nas to zaprowadzi. Myśli o przyszłości odsuwałem na bok, bo po co miałbym je w ogóle dopuszczać? To była noc, było późno, byliśmy tutaj, i tylko to się liczyło. Prue próbowała brzmieć lekko, tak lekko jak ja, jakby wcale nie została przeze mnie zaskoczona i zmoczona zimną wodą, i faktycznie, każde słowo wypowiedziała z odpowiednią nutą kpiny, ale ja usłyszałem więcej - ten ledwie uchwytny cień napięcia, ukryty pod powierzchnią. Czy powinienem poruszyć ten temat? Uśmiechnąłem się pod nosem, moja broda wciąż spoczywała na jej włosach, a ramiona nie drgnęły ani o centymetr. Zamiast tego odetchnąłem głębiej, jakbym naprawdę rozważał jej słowa.
- Zaklęciem? - Mruknąłem, celowo zniżając głos, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał. - Tylko błagam, nie niczym ognistym. Znasz mnie, nie znoszę szię smaszyś. - Mój podbródek znów przesunął się lekko po jej włosach, kiedy mówiłem dalej. - Ale wiesz, jeszli mam jakiś wyból... - Doddałem, półszeptem, tuż przy jej uchu. - Chyba wolę, kiedy dotykasz mnie lękami. Zaklęcia szą takie bezosobowe. - Mruknąłem, a potem lekko odchyliłem głowę, żeby móc spojrzeć na jej profil w półmroku. Z boku jej twarz wydawała się spokojna, ale znałem ją już na tyle, by wiedzieć, że w środku kłębiło się o wiele więcej. - Jeszeli jednak nadal zamierzasz machaś na mnie rószczką, weś pod uwagę, sze mam w zanadrzu dwa balszo skomplikowane czaly. - Dodałem. - Nazywają szię „Telgeo” i „Pszeplaszam”. Oba działają natychmiastowo. - Zsunąłem dłonie nieco niżej. Burza ryknęła gdzieś nad dachem - szkło szyb jęknęło, ale ściany trzymały się twardo. W tej rezydencji wszystko miało grubą skórę, albo... Próbowało ją mieć.
- Nie będę cię pszepytywał, sha. - Dodałem, pozwalając, by kącik moich ust wygiął się w półuśmiechu. - Ale słyszę to w twoim głosie, i jeśli mam dostaś klątwą nie tylko za tę obszydliwą wilgoś, to wolę wiedzieś, za co. Powiesz mi... Stało szię coś? - To nie było pytanie z gatunku „dla świętego spokoju”, ale było późno, zbyt późno na krążenie wokół tematu. Przejechałem kciukiem po wierzchu jej dłoni, od paznokcia do nasady palca, kilkukrotnie powtarzając ten ruch.
Rozmowy o grafikach i planach, absurdalnie zwyczajne, dawały wrażenie stabilności, chociaż w głębi wiedziałem, że to tylko złudzenie. Może właśnie dlatego tak mocno się ich chwytałem - tego zwykłego tonu, tego, że można było się spierać o rzeczy błahe, jak niedokręcona tubka pasty do zębów, zaplanować coś na jutro, a nawet choćby wiedzieć, że jutro i tak nadejdzie wbrew wszystkiemu.
Nie zastanawiałem się nad tym, co będzie dalej, ani nad tym, dokąd nas to zaprowadzi. Myśli o przyszłości odsuwałem na bok, bo po co miałbym je w ogóle dopuszczać? To była noc, było późno, byliśmy tutaj, i tylko to się liczyło. Prue próbowała brzmieć lekko, tak lekko jak ja, jakby wcale nie została przeze mnie zaskoczona i zmoczona zimną wodą, i faktycznie, każde słowo wypowiedziała z odpowiednią nutą kpiny, ale ja usłyszałem więcej - ten ledwie uchwytny cień napięcia, ukryty pod powierzchnią. Czy powinienem poruszyć ten temat? Uśmiechnąłem się pod nosem, moja broda wciąż spoczywała na jej włosach, a ramiona nie drgnęły ani o centymetr. Zamiast tego odetchnąłem głębiej, jakbym naprawdę rozważał jej słowa.
- Zaklęciem? - Mruknąłem, celowo zniżając głos, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał. - Tylko błagam, nie niczym ognistym. Znasz mnie, nie znoszę szię smaszyś. - Mój podbródek znów przesunął się lekko po jej włosach, kiedy mówiłem dalej. - Ale wiesz, jeszli mam jakiś wyból... - Doddałem, półszeptem, tuż przy jej uchu. - Chyba wolę, kiedy dotykasz mnie lękami. Zaklęcia szą takie bezosobowe. - Mruknąłem, a potem lekko odchyliłem głowę, żeby móc spojrzeć na jej profil w półmroku. Z boku jej twarz wydawała się spokojna, ale znałem ją już na tyle, by wiedzieć, że w środku kłębiło się o wiele więcej. - Jeszeli jednak nadal zamierzasz machaś na mnie rószczką, weś pod uwagę, sze mam w zanadrzu dwa balszo skomplikowane czaly. - Dodałem. - Nazywają szię „Telgeo” i „Pszeplaszam”. Oba działają natychmiastowo. - Zsunąłem dłonie nieco niżej. Burza ryknęła gdzieś nad dachem - szkło szyb jęknęło, ale ściany trzymały się twardo. W tej rezydencji wszystko miało grubą skórę, albo... Próbowało ją mieć.
- Nie będę cię pszepytywał, sha. - Dodałem, pozwalając, by kącik moich ust wygiął się w półuśmiechu. - Ale słyszę to w twoim głosie, i jeśli mam dostaś klątwą nie tylko za tę obszydliwą wilgoś, to wolę wiedzieś, za co. Powiesz mi... Stało szię coś? - To nie było pytanie z gatunku „dla świętego spokoju”, ale było późno, zbyt późno na krążenie wokół tematu. Przejechałem kciukiem po wierzchu jej dłoni, od paznokcia do nasady palca, kilkukrotnie powtarzając ten ruch.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)