18.08.2025, 17:18 ✶
Razem z Lorien przechodzi z sali teatralnej do sali bankietowej → mija wernisaż, nie zatrzymując się przy nim → staje przy barze z Lorien, Elliottem i Philomeną.
Gdy razem z resztą gości podążali w stronę foyer, niemalże nie poruszając ustami zapytał Lorien, czy nie życzy sobie zaczerpnąć najpierw świeżego powietrza na balkonie. Nie patrzył nawet w jej stronę, lecz trzymał głowę prosto, jak na ochroniarza przystało: skupiony był na obserwowaniu najbliższego otoczenia, nie kryjąc się z tym wcale, jak gdyby to było jego najważniejszym zadaniem tego wieczoru... Bo było, prawda? Pociągnęła go dalej, choć widział, że spojrzała tęsknie w stronę wernisażu.
Wystawione tam prace mimowolnie przywodziły mu na myśl obrazy Millie. Patrzeć na nie bez protektywnej tarczy oklumencji było niekomfortowym doświadczeniem. Przypominało trochę próby patrzenia prosto w słońce, bez mrużenia przy tym oczu. A jednak patrzył, dokładnie tak, jak patrzyłby w oczy córki: uważnie studiując twarz, w której zawsze chciał widzieć Madeleine, a w której zawsze widział siebie.
Millie by się spodobały, pomyślał, mijając obojętnie plakaty.
Może właśnie dlatego nie chciał na nie patrzeć.
Niektóre wydawały się niedokończone. Studia, przypominające naprędce skreślone szkice z miejsc zbrodni. Nagrezdane na kawałku papieru projekty wykończeniówek, żeby zorientować się, jaki stara ciotka życzy sobie wzór na kafelkach w łazience. Nie widział sensu w prezentowaniu niedokończonych prac... Nie dla publiki. Gdyby on pokazał przełożonej niedokończony raport, Harper spojrzałaby na niego jak na idiotę. Lubił jednak przeglądać niekończone notatki ze spraw, które prowadził, szkice przeznaczone tylko dla jego oczu, zapiski z osobistego archiwum. Nierozwiązane zbrodnie. Nierozwikłane zagadki. Nie było warto o nich opowiadać, jeżeli nie miały zakończenia. Jaką więc wartość mogły mieć niedokończone szkice, poza sygnującym je, czyściuchowym nazwiskiem? Aaron lubił powtarzać, że nikogo nie interesują historie "od pucybuta do milionera", jeżeli nie opowiada ich milioner.
A Mills rzadko kiedy kończyła swoje prace.
"Czy ty cokolwiek umiesz zrobić porządnie", warczał, wkurwiony. Jak gdyby świadomie prowokował kłótnię, która wisiała nad nimi równie długo, co niedokończony obraz na sztaludze. Nie chciał pamiętać, które z nich porwało płótno, które trzasnęło drzwiami, które rozbiło kubek na pędzle. Potem często znajdował porwane szkice Mills w śmieciach. Wyciągał je stamtąd, gdy nie patrzyła.
Wciąż miał jej stare rysunki z dzieciństwa, trzymane w kartonie w szafie. Najstarsze skatalogowane jeszcze ręką Madeleine, która chwaliła wszystkie dziecięce bazgroły, nieważne, że były bazgrołami. "Nie znasz się na sztuce", obruszała się, każąc mu powiesić w salonie portret rodzinny, nad którym Mills pracowała przez kilka ostatnich nocy, żeby zrobić rodzicom niespodziankę. Przyłapał ją, wracając nad ranem z biura: senność odeszła, ledwie zdał sobie sprawę, że nie słyszy zza ściany regularnego oddechu śpiącej córki. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że mała po prostu grezda głupoty, z głową nakrytą kołdrą. Wycedził przez zęby, że ma iść spać, próbując zignorować spanikowane walenie serca w piersi. Miał paranoję. Rozpracowywali wtedy sprawę nekromanty, który... Czy to ważne? Po prostu miał paranoję.
Może dlatego nie zaprzeczał. Nie znam się na sztuce, Madeleine.
Na choćby chwilę nie odpuścił oklumencji, tak jak i ramienia Lorien, także wtedy, gdy stanęli przy barze, o który mogła się wesprzeć jedną ręką. Drugą wciąż miała bowiem zaplecioną wokół ramienia Aarona, który skutecznie blokował przystępu do sędzi innym ludziom niż ci, z którymi obecnie rozmawiała.
Gdy razem z resztą gości podążali w stronę foyer, niemalże nie poruszając ustami zapytał Lorien, czy nie życzy sobie zaczerpnąć najpierw świeżego powietrza na balkonie. Nie patrzył nawet w jej stronę, lecz trzymał głowę prosto, jak na ochroniarza przystało: skupiony był na obserwowaniu najbliższego otoczenia, nie kryjąc się z tym wcale, jak gdyby to było jego najważniejszym zadaniem tego wieczoru... Bo było, prawda? Pociągnęła go dalej, choć widział, że spojrzała tęsknie w stronę wernisażu.
Wystawione tam prace mimowolnie przywodziły mu na myśl obrazy Millie. Patrzeć na nie bez protektywnej tarczy oklumencji było niekomfortowym doświadczeniem. Przypominało trochę próby patrzenia prosto w słońce, bez mrużenia przy tym oczu. A jednak patrzył, dokładnie tak, jak patrzyłby w oczy córki: uważnie studiując twarz, w której zawsze chciał widzieć Madeleine, a w której zawsze widział siebie.
Millie by się spodobały, pomyślał, mijając obojętnie plakaty.
Może właśnie dlatego nie chciał na nie patrzeć.
Niektóre wydawały się niedokończone. Studia, przypominające naprędce skreślone szkice z miejsc zbrodni. Nagrezdane na kawałku papieru projekty wykończeniówek, żeby zorientować się, jaki stara ciotka życzy sobie wzór na kafelkach w łazience. Nie widział sensu w prezentowaniu niedokończonych prac... Nie dla publiki. Gdyby on pokazał przełożonej niedokończony raport, Harper spojrzałaby na niego jak na idiotę. Lubił jednak przeglądać niekończone notatki ze spraw, które prowadził, szkice przeznaczone tylko dla jego oczu, zapiski z osobistego archiwum. Nierozwiązane zbrodnie. Nierozwikłane zagadki. Nie było warto o nich opowiadać, jeżeli nie miały zakończenia. Jaką więc wartość mogły mieć niedokończone szkice, poza sygnującym je, czyściuchowym nazwiskiem? Aaron lubił powtarzać, że nikogo nie interesują historie "od pucybuta do milionera", jeżeli nie opowiada ich milioner.
A Mills rzadko kiedy kończyła swoje prace.
"Czy ty cokolwiek umiesz zrobić porządnie", warczał, wkurwiony. Jak gdyby świadomie prowokował kłótnię, która wisiała nad nimi równie długo, co niedokończony obraz na sztaludze. Nie chciał pamiętać, które z nich porwało płótno, które trzasnęło drzwiami, które rozbiło kubek na pędzle. Potem często znajdował porwane szkice Mills w śmieciach. Wyciągał je stamtąd, gdy nie patrzyła.
Wciąż miał jej stare rysunki z dzieciństwa, trzymane w kartonie w szafie. Najstarsze skatalogowane jeszcze ręką Madeleine, która chwaliła wszystkie dziecięce bazgroły, nieważne, że były bazgrołami. "Nie znasz się na sztuce", obruszała się, każąc mu powiesić w salonie portret rodzinny, nad którym Mills pracowała przez kilka ostatnich nocy, żeby zrobić rodzicom niespodziankę. Przyłapał ją, wracając nad ranem z biura: senność odeszła, ledwie zdał sobie sprawę, że nie słyszy zza ściany regularnego oddechu śpiącej córki. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że mała po prostu grezda głupoty, z głową nakrytą kołdrą. Wycedził przez zęby, że ma iść spać, próbując zignorować spanikowane walenie serca w piersi. Miał paranoję. Rozpracowywali wtedy sprawę nekromanty, który... Czy to ważne? Po prostu miał paranoję.
Może dlatego nie zaprzeczał. Nie znam się na sztuce, Madeleine.
Na choćby chwilę nie odpuścił oklumencji, tak jak i ramienia Lorien, także wtedy, gdy stanęli przy barze, o który mogła się wesprzeć jedną ręką. Drugą wciąż miała bowiem zaplecioną wokół ramienia Aarona, który skutecznie blokował przystępu do sędzi innym ludziom niż ci, z którymi obecnie rozmawiała.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.