18.08.2025, 22:05 ✶
Nie zamierzał wnikać w szczegóły tego, w jaki sposób pierścionek znalazł się w jego kieszeni w tym odpowiednim miejscu, o właściwym czasie. No, przynajmniej nie miał zamiaru tego robić niepytany, a nie sądził, aby Geraldine była wyjątkowo zafiksowana na uzyskaniu tej odpowiedzi właśnie tu i teraz. W innym razie pewnie byłby z nią całkowicie szczery. W końcu właśnie to sobie obiecali, powracając na te właściwe tory. Nie złamałby danego słowa, szczególnie nie w takim momencie. Jeśli zadałaby mu to pytanie, niechętnie, bo niechętnie, ale kiwnąłby głową, oczyściłby gardło poprzez odchrzaknięcie, a następnie zabrałby głos.
Tak, miał wobec niej te najbardziej konkretne z możliwych planów. Nie wstrzymywał się z nimi dzisiejszego poranka, bowiem niemal wszystko w jego wnętrzu już uprzedniego dnia nastawiło się do tego, że Ambroise znajdzie się dokładnie w tej pozycji. Może nie na chłodnych, wilgotnych od rosy deskach tarasowych, ale na jednym kolanie, wbijając spojrzenie w jego ukochaną. Oczekiwał tego momentu.
Fakt, że ten wydarzył się w zupełnie innych warunkach niż było to przez niego spodziewane nie czynił tej chwili mniej słodką. Wbrew pozorom, te dosyć dzikie warunki nie odbierały podniosłości wszystkim gestom, na jakie oboje pozwolili sobie w tej chwili. Nie zrobił tego także sposób, w jaki wreszcie na powrót znaleźli się przy sobie, ciało do ciała, nawet jeśli być może nie zrobili tego zbyt elegancko.
A jednak przecież nigdy nie spodziewał się niczego innego. To nie byłoby w ich stylu. Nawet przez chwilę nie planował organizacji wielkiego przyjęcia zaręczynowego ani zbierania grona wszystkich możliwych bliskich, którzy mogliby towarzyszyć im w tej chwili. To zawsze mieli być wyłącznie oni dwoje. Tyle tylko, że może w nieco bardziej malowniczym miejscu. Na plaży, w górach czy nad jeziorem. Raczej nie ma tarasie, manewrując między plecami a wilgotnymi poduszkami na kanapie.
Jednakże nie zmieniało to faktu, że ta chwila była naprawdę słuszna. Ani przez moment nie zastanawiał się nad tym, czy postąpiłby w ten sam sposób, gdyby nie słowa, jakie padły z ust Riny. Nie potrzebował tego robić. Nie musiał nadmiernie analizować niczego, co doprowadziło ich do tego momentu. Już nie. Tym razem wszystko było idealnie, nawet jeśli nie całkowicie tak jak niegdyś widział to przed oczami.
Cóż, okoliczności miały to do siebie, że lubiły się zmieniać. Uczucia? Niekoniecznie. Przynajmniej nie te, o których teraz mogli rozmawiać. Nie. Przeszli razem naprawdę dużo, poznali się od praktycznie każdej możliwej strony. Zaliczyli zarówno te najszczęśliwsze chwile, jak i niemal katastroficzne potknięcia. Wszystko po to, aby móc podjąć tę jedną decyzję.
Oczywiście, że nie spodziewał się po Yaxleyównie niczego innego, jak dokładnie tego, co mu potwierdziła. Ba, w żadnym ze scenariuszy nie uważał, aby musiała cokolwiek w sobie zmieniać. Nie oczekiwał od niej niczego innego, tylko bycia tuż obok. W każdej możliwej wersji, jaką chciała mu zaprezentować. Tak, nawet w tej niemożliwie upartej i irytującej, która czasami doprowadzała go na skraj szaleństwa, do białej gorączki.
W innym wypadku, cóż, Geraldine nie byłaby sobą. Miała w sobie pokłady żaru, którego wcale nie chciał przyduszać. Wystarczyło, że w ostatnich miesiącach zaczęła to robić otaczająca ich rzeczywistość.
- Za późno, wiesz? - Spytał retorycznie, teatralnie zniżając głos i wciągając powietrze przez usta, aby wypuścić je wraz z ciężkim westchnieniem. - Może, gdybyś powiedziała mi to dekadę wcześniej - zasugerował w całej swojej bezczelności, całkiem celowo nie kończąc zdania.
Prawda była bowiem taka, że nawet wtedy nijak nie zmieniłby tego, co ich łączyło. Nawet w najgorszym momencie życia, nie chciał wymazać z pamięci ich wspólnej historii, choć bez wątpienia przez minione dni na początku września zasugerował dziewczynie, że mogła życzyć sobie nigdy go nie poznać. Mimo to, sam nigdy nie żałował wspólnie spędzonych chwil. Jedynie tego, co wydarzyło się wcześniej, zanim połączyło ich uczucie, a czego nie mógł zmienić, gdy postanowiło powrócić i ugryźć go po latach.
Teraz? Teraz też miał na uwadze konsekwencje przeszłości, jak i wszystko to, co działo się przez ostatnie półtora roku, gdy nie byli razem, jednak rzeczywistość dosyć mocno udowodniła im obojgu, że jakkolwiek skomplikowana mogła być ich wspólna przyszłość, osobna miała być dużo bardziej tragiczna.
Nieważne, ile mieli mieć przed sobą chwil. Liczyło się to, że mieli spędzić je razem. Jako małżeństwo. Jako pełnoprawna rodzina, nawet jeśli przecież poniekąd byli nią już od dawna. Tak, to była tylko drobna formalność.
- Gdyby to były gęsi, nie kruki, moglibyśmy mieć niezły obiad - zasugerował bez cienia powagi, rzucając dziewczynie porozumiewawcze spojrzenie.
Był całkowicie pewien, że nieważne, gdzie kryli się ci ptasi szydercy, Yaxleyówna bez wątpienia byłaby w stanie znaleźć ich i pokazać im, kto tu mógł śmiać się ostatni. Dzika gęsina czy tam kaczyzna była zresztą całkiem niezła, nawet jeśli osobiście wolał mniejsze ptactwo pokroju perliczki albo coś bardziej wytrawnego, na przykład bażanta.
No cóż, tak czy inaczej, nic z tego, bo co jak co, ale krukom nie zamierzał ani nie chciał podpadać. Po prawdzie mówiąc, lubił te zwierzęta. Swego czasu nawet zastanawiał się nad zakupem jednego w miejsce podstarzałej sowy, która mogłaby przejść na zasłużoną emeryturę od noszenia listów. Chwilowo jednak całkiem dzielnie mu służyła. Lubił ją, nawet jeśli nie przyznawał się do tego na głos. Mimo wszystko, przywiązywał się do otoczenia. Nie był aż tak niezależny i niewzruszony, na jakiego częstokroć pozował. Ale Geraldine to przecież wiedziała, czyż nie?
- To dobrze - stwierdził tak po prostu, dodając z niemal niezmąconą pewnością. - Bo ich nie ma - nie ukrywał błysku w oczach, jaki pojawił się tam po tych słowach, tak samo jak uśmiechu, który tego poranka bezsprzecznie niewymuszenie gościł na jego wargach.
Był szczęśliwy. Był zadowolony. Był optymistyczny. I cholera, nie mógł oderwać oczu od widoku, jaki mu sobą prezentowała. Uwielbiał widzieć blask w jej oczach.
- Ma dodatkową funkcję - poinformował, wpatrując się w dłoń dziewczyny, gdy obracała pierścionek w bladym, mglistym świetle poranka i przyglądała się swojej dłoni.
Tak, to nie był przypadkowy wybór. Nigdy nie zadowoliłby się czymś, co mogłoby sugerować, że tak po prostu wpadł do jubilera (nawet tego najdroższego) w drodze na lub z dyżuru, spędzając całe pięć minut w sklepie i wychodząc stamtąd z ulubieńcem sezonu. To nie mogła być pierwsza z brzegu biżuteria. Nawet jeśli byłaby oszałamiająca i wyszukana, emanując szeroko pojętym bogactwem, za nic w świecie nie zdecydowałby się na coś, co nie było personalizowane. Na coś, co nie pochodziło od jednego z rzemieślników i nie kryło w sobie więcej niż tylko bycia drogą błyskotką.
- Listek po lewej - zasugerował z uniesioną brwią, gdyby już tego nie dostrzegła - jest wciskany. Tylko odsuń rękę, zanim to zrobisz - raczej nie chciał paść pierwszą ofiarą biżuterii, jaka miała zapewnić im wspólną szczęśliwą przyszłość.
Mimo to zdecydowanie czekał na moment, kiedy dziewczyna posłucha jego sugestii. Tak, bez wątpienia miała być zadowolona.
Tak, miał wobec niej te najbardziej konkretne z możliwych planów. Nie wstrzymywał się z nimi dzisiejszego poranka, bowiem niemal wszystko w jego wnętrzu już uprzedniego dnia nastawiło się do tego, że Ambroise znajdzie się dokładnie w tej pozycji. Może nie na chłodnych, wilgotnych od rosy deskach tarasowych, ale na jednym kolanie, wbijając spojrzenie w jego ukochaną. Oczekiwał tego momentu.
Fakt, że ten wydarzył się w zupełnie innych warunkach niż było to przez niego spodziewane nie czynił tej chwili mniej słodką. Wbrew pozorom, te dosyć dzikie warunki nie odbierały podniosłości wszystkim gestom, na jakie oboje pozwolili sobie w tej chwili. Nie zrobił tego także sposób, w jaki wreszcie na powrót znaleźli się przy sobie, ciało do ciała, nawet jeśli być może nie zrobili tego zbyt elegancko.
A jednak przecież nigdy nie spodziewał się niczego innego. To nie byłoby w ich stylu. Nawet przez chwilę nie planował organizacji wielkiego przyjęcia zaręczynowego ani zbierania grona wszystkich możliwych bliskich, którzy mogliby towarzyszyć im w tej chwili. To zawsze mieli być wyłącznie oni dwoje. Tyle tylko, że może w nieco bardziej malowniczym miejscu. Na plaży, w górach czy nad jeziorem. Raczej nie ma tarasie, manewrując między plecami a wilgotnymi poduszkami na kanapie.
Jednakże nie zmieniało to faktu, że ta chwila była naprawdę słuszna. Ani przez moment nie zastanawiał się nad tym, czy postąpiłby w ten sam sposób, gdyby nie słowa, jakie padły z ust Riny. Nie potrzebował tego robić. Nie musiał nadmiernie analizować niczego, co doprowadziło ich do tego momentu. Już nie. Tym razem wszystko było idealnie, nawet jeśli nie całkowicie tak jak niegdyś widział to przed oczami.
Cóż, okoliczności miały to do siebie, że lubiły się zmieniać. Uczucia? Niekoniecznie. Przynajmniej nie te, o których teraz mogli rozmawiać. Nie. Przeszli razem naprawdę dużo, poznali się od praktycznie każdej możliwej strony. Zaliczyli zarówno te najszczęśliwsze chwile, jak i niemal katastroficzne potknięcia. Wszystko po to, aby móc podjąć tę jedną decyzję.
Oczywiście, że nie spodziewał się po Yaxleyównie niczego innego, jak dokładnie tego, co mu potwierdziła. Ba, w żadnym ze scenariuszy nie uważał, aby musiała cokolwiek w sobie zmieniać. Nie oczekiwał od niej niczego innego, tylko bycia tuż obok. W każdej możliwej wersji, jaką chciała mu zaprezentować. Tak, nawet w tej niemożliwie upartej i irytującej, która czasami doprowadzała go na skraj szaleństwa, do białej gorączki.
W innym wypadku, cóż, Geraldine nie byłaby sobą. Miała w sobie pokłady żaru, którego wcale nie chciał przyduszać. Wystarczyło, że w ostatnich miesiącach zaczęła to robić otaczająca ich rzeczywistość.
- Za późno, wiesz? - Spytał retorycznie, teatralnie zniżając głos i wciągając powietrze przez usta, aby wypuścić je wraz z ciężkim westchnieniem. - Może, gdybyś powiedziała mi to dekadę wcześniej - zasugerował w całej swojej bezczelności, całkiem celowo nie kończąc zdania.
Prawda była bowiem taka, że nawet wtedy nijak nie zmieniłby tego, co ich łączyło. Nawet w najgorszym momencie życia, nie chciał wymazać z pamięci ich wspólnej historii, choć bez wątpienia przez minione dni na początku września zasugerował dziewczynie, że mogła życzyć sobie nigdy go nie poznać. Mimo to, sam nigdy nie żałował wspólnie spędzonych chwil. Jedynie tego, co wydarzyło się wcześniej, zanim połączyło ich uczucie, a czego nie mógł zmienić, gdy postanowiło powrócić i ugryźć go po latach.
Teraz? Teraz też miał na uwadze konsekwencje przeszłości, jak i wszystko to, co działo się przez ostatnie półtora roku, gdy nie byli razem, jednak rzeczywistość dosyć mocno udowodniła im obojgu, że jakkolwiek skomplikowana mogła być ich wspólna przyszłość, osobna miała być dużo bardziej tragiczna.
Nieważne, ile mieli mieć przed sobą chwil. Liczyło się to, że mieli spędzić je razem. Jako małżeństwo. Jako pełnoprawna rodzina, nawet jeśli przecież poniekąd byli nią już od dawna. Tak, to była tylko drobna formalność.
- Gdyby to były gęsi, nie kruki, moglibyśmy mieć niezły obiad - zasugerował bez cienia powagi, rzucając dziewczynie porozumiewawcze spojrzenie.
Był całkowicie pewien, że nieważne, gdzie kryli się ci ptasi szydercy, Yaxleyówna bez wątpienia byłaby w stanie znaleźć ich i pokazać im, kto tu mógł śmiać się ostatni. Dzika gęsina czy tam kaczyzna była zresztą całkiem niezła, nawet jeśli osobiście wolał mniejsze ptactwo pokroju perliczki albo coś bardziej wytrawnego, na przykład bażanta.
No cóż, tak czy inaczej, nic z tego, bo co jak co, ale krukom nie zamierzał ani nie chciał podpadać. Po prawdzie mówiąc, lubił te zwierzęta. Swego czasu nawet zastanawiał się nad zakupem jednego w miejsce podstarzałej sowy, która mogłaby przejść na zasłużoną emeryturę od noszenia listów. Chwilowo jednak całkiem dzielnie mu służyła. Lubił ją, nawet jeśli nie przyznawał się do tego na głos. Mimo wszystko, przywiązywał się do otoczenia. Nie był aż tak niezależny i niewzruszony, na jakiego częstokroć pozował. Ale Geraldine to przecież wiedziała, czyż nie?
- To dobrze - stwierdził tak po prostu, dodając z niemal niezmąconą pewnością. - Bo ich nie ma - nie ukrywał błysku w oczach, jaki pojawił się tam po tych słowach, tak samo jak uśmiechu, który tego poranka bezsprzecznie niewymuszenie gościł na jego wargach.
Był szczęśliwy. Był zadowolony. Był optymistyczny. I cholera, nie mógł oderwać oczu od widoku, jaki mu sobą prezentowała. Uwielbiał widzieć blask w jej oczach.
- Ma dodatkową funkcję - poinformował, wpatrując się w dłoń dziewczyny, gdy obracała pierścionek w bladym, mglistym świetle poranka i przyglądała się swojej dłoni.
Tak, to nie był przypadkowy wybór. Nigdy nie zadowoliłby się czymś, co mogłoby sugerować, że tak po prostu wpadł do jubilera (nawet tego najdroższego) w drodze na lub z dyżuru, spędzając całe pięć minut w sklepie i wychodząc stamtąd z ulubieńcem sezonu. To nie mogła być pierwsza z brzegu biżuteria. Nawet jeśli byłaby oszałamiająca i wyszukana, emanując szeroko pojętym bogactwem, za nic w świecie nie zdecydowałby się na coś, co nie było personalizowane. Na coś, co nie pochodziło od jednego z rzemieślników i nie kryło w sobie więcej niż tylko bycia drogą błyskotką.
- Listek po lewej - zasugerował z uniesioną brwią, gdyby już tego nie dostrzegła - jest wciskany. Tylko odsuń rękę, zanim to zrobisz - raczej nie chciał paść pierwszą ofiarą biżuterii, jaka miała zapewnić im wspólną szczęśliwą przyszłość.
Mimo to zdecydowanie czekał na moment, kiedy dziewczyna posłucha jego sugestii. Tak, bez wątpienia miała być zadowolona.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down