19.08.2025, 00:11 ✶
Burza wciąż waliła w szyby, jakby chciała roznieść dom w pył, ale mnie to nie obchodziło - już nie - obchodziło mnie też, że wróciłem później niż miałem, bo wieczór wcale nie poszedł po mojej myśli - zaliczyłem swoje potknięcie i powinienem siedzieć w ciszy, zamiast robić z siebie pajaca. Jedyna rzecz, na której skupiałem się w tym momencie, była właśnie przede mną - ciepła, sucha, jej włosy pachniały czymś, co nie miało nic wspólnego z deszczem, zimnem i ciemnością.
- Co za ulga, sha, bo jusz miałem cię plosiś, szebyś chociasz nie podpalała moich butów. Nie mam tszesiej paly. - Ścisnąłem jej dłoń mocniej, kciukiem rysując małe kółka po jej skórze, ta bliskość była zwodniczo prosta. Zbyt prosta.
Zamrugałem, słysząc jej następne słowa - nawet jeśli były wypowiadane z przekory, brzmiało to jak przyznanie się do czegoś większego, niż planowała - obietnica, której być może wcale nie chciała składać. Zaciągnąłem się zapachem jej włosów, jeszcze mocniej wtulając twarz, żeby nie zauważyła mojego uśmiechu. Wciąż trzymałem ją w ramionach, mokry, z policzkiem opartym o jej głowę, nie myśląc o tym, jak łatwo mi szło ostatnio przymykanie oka na podobne drobiazgi, bo przecież ostatnie dni były aż nazbyt łagodne, rozkosznie przewidywalne. Sielanka, której nie planowałem, a która wkroczyła drzwiami i rozgościła się, zanim zdążyłem je zatrzasnąć. Kawa z rana, rutyna rozmów, wspólne planowanie godzin - to wszystko tak zwyczajne, że aż podejrzane. Tak bardzo zwyczajne, że można było się w tym zgubić. Nie zauważyłem, kiedy zdążyłem się przyzwyczaić do jej obecności - tego, że w łóżku nie było pusto, nie ma już zimnych poranków, a poduszki pachniały w inny sposób.
Oderwałem usta od jej włosów i nachyliłem się niżej, do szyi, udając skruszonego chłopaka, który wie, że spaprał sprawę, ale zrobi wszystko, by go nie wygoniła.
- Nie zasługujesz na takie toltuly, ale wiesz, sze jestem łotlem. Tylko łotly zakladają szię do sypialni damy, w moklych ublaniach, w dodatku po północy. - Musnąłem nosem jej kark. - Wybaczysz mi, wiedząc, sze jak najbalsiej znów to powtószę?
Zacisnąłem palce lekko na jej dłoni, żeby coś dopowiedzieć, obrócić w żart, rozbroić jej półgroźbę kolejnym pomrukiem - i wtedy usłyszałem kolejne słowa, tak miękkie, że tylko dlatego, iż byłem przy niej, dotarły do mnie w pełni. „Powinna się przyzwyczaić.” - to zabrzmiało tak, jakbyśmy mieli na to więcej czasu, już zdążyliśmy wyrobić w sobie nawyki. A przecież minął… Tydzień? Dziesiąty września, pamiętałem ten wieczór, ten punkt startowy, aż nazbyt dobrze. Mijało dziewięć dni, nie siedem, ale jak dotąd, nic nie zapowiadało, by którekolwiek z nas chciało przypomnieć o tym drugiemu. Nie zdziwiło mnie to - ostatnie dni udowodniły, że mieliśmy już własny rytm, swój kod. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, a jednak - każdy drobiazg był piekielnie przyjemny, to właśnie ta proza codzienności, której nigdy się nie spodziewałem, że tak mocno mnie wciągnie, ale potem usłyszałem jej wdech. Dłuższy, głębszy, jakby zbierała się w sobie do wypowiedzenia czegoś, czego nie chciała mi oddać.
Znałem to. Ten ton, to nerwowe zamykanie drzwi, jakby przepraszała za własny mózg - za to, że coś jej chodzi po głowie. Nie mogłem jej za to winić, ale to nie znaczyło, że kupowałem tę wymówkę. Potrzebowałem jasności - tej, na którą nie byłem przygotowany, chociaż jeszcze tego nie wiedziałem.
Prawda była taka, że miała rację - nasz czas tu się kończył, wiedziałem o tym, ale przy niej tak łatwo było o tym zapomnieć. Tak łatwo było udawać, że nie jestem tylko jej chłopakiem z przypadku, ani jakimś dziwnym zrządzeniem losu. Nie jestem chłopakiem, który przyszedł późno, zaliczył potknięcie i wrócił przemoczony, a teraz trzymał ją tak, jakby to mogło zmienić wszystko, chociaż nic nie zmieniało.
Zamarłem, słowa, które padły, uderzyły we mnie z taką samą siłą, z jaką wiatr obijał się o mury rezydencji. Zastygłem w konsternacji, a przecież jeszcze przed chwilą było tak łatwo - żarty, zaczepki, drobne muśnięcia dłoni, cała ta rutyna, która wdarła się między nas podstępem, cicho i gładko. Byłem przekonany, że dajemy sobie czas, i mamy go jeszcze pod dostatkiem. Tydzień - tak, doskonale pamiętałem tamten pierwszy dzień, dziesiąty września. Teraz była już głęboka noc dziewiętnastego września. Dziewiątego dnia, dwa dni po wyznaczonym tygodniu, o którym mówiliśmy. Powinienem się cieszyć, że jeszcze tu jesteśmy, nie uciekliśmy od siebie, nasze małe „razem” nie skończyło się wtedy, gdy zgodnie mogło się skończyć, ale jej słowa, ubrana w niechlujny przekaz informacja, prawie ścięły mnie w pół. Ślub Ambroise’a z Geraldine miał się odbyć w sobotę po Mabon, więc mieliśmy jeszcze kilka dni - jeszcze parę nocy, parę poranków, kilka wieczorów, garść wykradzionych chwil, które z taką łatwością mogły oszukać czas. Tylko, czemu właściwie je wykradaliśmy? Rzeczywistości? Losowi? Sobie nawzajem? Wiedziałem jedno - cholernie łatwo było uwierzyć, że to może trwać, ba - będzie trwać.
Nie mogłem na to nic poradzić - poczułem, jak spięły mi się ramiona, mięśnie pod skórą stwardniały w odruchu obronnym. Nadal obejmowałem Prudence, ale jej ton, jej słowa, docierały do mnie z całą swoją głębią, odbierały mi oddech i wbijały pazury w kark.
Spodziewałem się zerwania? Nie. Byłem głupcem, bo założyłem inaczej. Tak, jak nie planowałem na serio wczuwać się w rolę jej chłopaka, tak samo jakoś po cichu wierzyłem, że pojedzie ze mną do Walii, spędzimy razem ten czas. Po weselu będziemy… No właśnie, co? Sam nie wiedziałem, ale wydawało mi się, że oboje chcieliśmy tego samego. Teraz dotarło do mnie, że to była tylko moja projekcja. Jakim idiotą trzeba być, by bez pytania założyć, że pójdzie ze mną na to wesele - będziemy w Snowdonii razem, że między wszystkimi tymi cholernymi czarodziejami, będę miał ją obok? Później… Później cokolwiek - ustalimy to tak łatwo, jak przychodziło nam to do tej pory. Wydawało mi się, że chciała tego samego - myliłem się.
Spokojnym tonem, pod opanowaną maską, zaczęła dawać mi właśnie do zrozumienia, że wszystko, co usłyszałem, to jedynie wiadomość od kumpla, to tylko informacja, którą przekazuje i zamyka temat, bo nas nie będzie. Nigdzie nas nie będzie. Ani w Snowdonii, ani w żadnym cholernym „dalej”. Nie byłem gotów na to, że dzisiejszej nocy, Prue postanowi skończyć ze mną, z… Znowu spojrzałem w szybę, na nasze odbicia obok siebie… Z nami. Zestawienie, które miało trwać jeszcze… Ile? Trzy godziny? Cztery? Do rana? Potem, zgodnie z jej logiką, miało nie być już „nas” - ani tu, ani gdziekolwiek.
Zacisnąłem szczękę, powoli wysunąłem dłoń spod jej dłoni, opuściłem ramiona - już jej nie obejmowałem. Cisza między nami zrobiła się gęsta jak powietrze przed grzmotem, i wtedy, jak na zawołanie, gdzieś daleko znów huknęło, a szyby jęknęły pod naporem wichury. W oddali piorun znów przeorał niebo, burza nie dawała o sobie zapomnieć. Spojrzałem na okno, na jej odbicie w szybie - twarz miała skupioną na ciemności na zewnątrz, jakby chciała się w nią wpatrywać, zamiast patrzeć na mnie. Zobaczyłem jej profil, cienką linię ust, i poczułem, że coś we mnie twardnieje. Neutralny grymas, trochę kpiny, trochę obrony - najłatwiej było schować się za maską.
- Bojówek, powiadasz. - Odezwałem się wreszcie, tonem tak rzeczowym i suchym, jakbym rozważał naprawdę jedynie wybór garderoby. - Cósz, mosze poploszę klawca, szeby wszył mi dodatkowe kieszenie w galniak. Tak na wszelki wypadek. - Mój głos był równy, spokojny - aż nazbyt spokojny - nikt by się nie domyślił, że świadomość tego, do czego dążyła Prue, właśnie rozrywała mi wnętrzności. Odchrząknąłem. Zacisnąłem palce w pięść, żeby nie sięgnąć znów po jej dłoń - chciałem, cholernie chciałem, ale wiedziałem, że to by zabrzmiało jak błaganie, a błagać nie zamierzałem. Przez chwilę milczałem, jakby to miało być wszystko, co mam do powiedzenia, ale przecież nie było.
- Gleenglass i jego wymogi. - Prychnąłem pod nosem. - Pszekazałaś, dobsze. Zadanie wykonane. Powinienem wiedzieć coś jeszcze? - Nie podniosłem głosu, wciąż mówiłem tym samym tonem - miękkim, cichym, jakby to były zwykłe słowa w zwykłej rozmowie, ale wewnątrz mnie trzaskały pioruny. Patrzyłem na odbicie jej twarzy w czarnej tafli okna. Moje własne odbicie było tuż obok, rozmazane, z wyrazem twarzy tak neutralnym, że aż kpiącym - tak, to było maskowanie, zawsze byłem w tym dobry. Obojętność bywała jak druga skóra.
Grzmot znów przetoczył się gdzieś w oddali, lampka nocna zamigotała. Ja odchyliłem się o krok, zostawiając przestrzeń tam, gdzie przed chwilą był dotyk, ciepło i bliskość. Przesunąłem dłonią po włosach, odgarniając mokre kosmyki do tyłu. Ramiona wciąż miałem spięte, szczękę zaciśniętą. Wciągnąłem powietrze przez nos, głęboko, zatrzymując je na moment w płucach. Moje własne odbicie uśmiechnęło się lekko, tak, jakby ta cała sytuacja była zabawna. Było to jedyne, co potrafiłem w tej chwili zrobić, żeby nie pozwolić sobie pęknąć. I tyle - ani krzyku, ani scen, tylko cichy głos, w którym brzmiało wszystko i nic.
- Co za ulga, sha, bo jusz miałem cię plosiś, szebyś chociasz nie podpalała moich butów. Nie mam tszesiej paly. - Ścisnąłem jej dłoń mocniej, kciukiem rysując małe kółka po jej skórze, ta bliskość była zwodniczo prosta. Zbyt prosta.
Zamrugałem, słysząc jej następne słowa - nawet jeśli były wypowiadane z przekory, brzmiało to jak przyznanie się do czegoś większego, niż planowała - obietnica, której być może wcale nie chciała składać. Zaciągnąłem się zapachem jej włosów, jeszcze mocniej wtulając twarz, żeby nie zauważyła mojego uśmiechu. Wciąż trzymałem ją w ramionach, mokry, z policzkiem opartym o jej głowę, nie myśląc o tym, jak łatwo mi szło ostatnio przymykanie oka na podobne drobiazgi, bo przecież ostatnie dni były aż nazbyt łagodne, rozkosznie przewidywalne. Sielanka, której nie planowałem, a która wkroczyła drzwiami i rozgościła się, zanim zdążyłem je zatrzasnąć. Kawa z rana, rutyna rozmów, wspólne planowanie godzin - to wszystko tak zwyczajne, że aż podejrzane. Tak bardzo zwyczajne, że można było się w tym zgubić. Nie zauważyłem, kiedy zdążyłem się przyzwyczaić do jej obecności - tego, że w łóżku nie było pusto, nie ma już zimnych poranków, a poduszki pachniały w inny sposób.
Oderwałem usta od jej włosów i nachyliłem się niżej, do szyi, udając skruszonego chłopaka, który wie, że spaprał sprawę, ale zrobi wszystko, by go nie wygoniła.
- Nie zasługujesz na takie toltuly, ale wiesz, sze jestem łotlem. Tylko łotly zakladają szię do sypialni damy, w moklych ublaniach, w dodatku po północy. - Musnąłem nosem jej kark. - Wybaczysz mi, wiedząc, sze jak najbalsiej znów to powtószę?
Zacisnąłem palce lekko na jej dłoni, żeby coś dopowiedzieć, obrócić w żart, rozbroić jej półgroźbę kolejnym pomrukiem - i wtedy usłyszałem kolejne słowa, tak miękkie, że tylko dlatego, iż byłem przy niej, dotarły do mnie w pełni. „Powinna się przyzwyczaić.” - to zabrzmiało tak, jakbyśmy mieli na to więcej czasu, już zdążyliśmy wyrobić w sobie nawyki. A przecież minął… Tydzień? Dziesiąty września, pamiętałem ten wieczór, ten punkt startowy, aż nazbyt dobrze. Mijało dziewięć dni, nie siedem, ale jak dotąd, nic nie zapowiadało, by którekolwiek z nas chciało przypomnieć o tym drugiemu. Nie zdziwiło mnie to - ostatnie dni udowodniły, że mieliśmy już własny rytm, swój kod. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, a jednak - każdy drobiazg był piekielnie przyjemny, to właśnie ta proza codzienności, której nigdy się nie spodziewałem, że tak mocno mnie wciągnie, ale potem usłyszałem jej wdech. Dłuższy, głębszy, jakby zbierała się w sobie do wypowiedzenia czegoś, czego nie chciała mi oddać.
Znałem to. Ten ton, to nerwowe zamykanie drzwi, jakby przepraszała za własny mózg - za to, że coś jej chodzi po głowie. Nie mogłem jej za to winić, ale to nie znaczyło, że kupowałem tę wymówkę. Potrzebowałem jasności - tej, na którą nie byłem przygotowany, chociaż jeszcze tego nie wiedziałem.
Prawda była taka, że miała rację - nasz czas tu się kończył, wiedziałem o tym, ale przy niej tak łatwo było o tym zapomnieć. Tak łatwo było udawać, że nie jestem tylko jej chłopakiem z przypadku, ani jakimś dziwnym zrządzeniem losu. Nie jestem chłopakiem, który przyszedł późno, zaliczył potknięcie i wrócił przemoczony, a teraz trzymał ją tak, jakby to mogło zmienić wszystko, chociaż nic nie zmieniało.
Zamarłem, słowa, które padły, uderzyły we mnie z taką samą siłą, z jaką wiatr obijał się o mury rezydencji. Zastygłem w konsternacji, a przecież jeszcze przed chwilą było tak łatwo - żarty, zaczepki, drobne muśnięcia dłoni, cała ta rutyna, która wdarła się między nas podstępem, cicho i gładko. Byłem przekonany, że dajemy sobie czas, i mamy go jeszcze pod dostatkiem. Tydzień - tak, doskonale pamiętałem tamten pierwszy dzień, dziesiąty września. Teraz była już głęboka noc dziewiętnastego września. Dziewiątego dnia, dwa dni po wyznaczonym tygodniu, o którym mówiliśmy. Powinienem się cieszyć, że jeszcze tu jesteśmy, nie uciekliśmy od siebie, nasze małe „razem” nie skończyło się wtedy, gdy zgodnie mogło się skończyć, ale jej słowa, ubrana w niechlujny przekaz informacja, prawie ścięły mnie w pół. Ślub Ambroise’a z Geraldine miał się odbyć w sobotę po Mabon, więc mieliśmy jeszcze kilka dni - jeszcze parę nocy, parę poranków, kilka wieczorów, garść wykradzionych chwil, które z taką łatwością mogły oszukać czas. Tylko, czemu właściwie je wykradaliśmy? Rzeczywistości? Losowi? Sobie nawzajem? Wiedziałem jedno - cholernie łatwo było uwierzyć, że to może trwać, ba - będzie trwać.
Nie mogłem na to nic poradzić - poczułem, jak spięły mi się ramiona, mięśnie pod skórą stwardniały w odruchu obronnym. Nadal obejmowałem Prudence, ale jej ton, jej słowa, docierały do mnie z całą swoją głębią, odbierały mi oddech i wbijały pazury w kark.
Spodziewałem się zerwania? Nie. Byłem głupcem, bo założyłem inaczej. Tak, jak nie planowałem na serio wczuwać się w rolę jej chłopaka, tak samo jakoś po cichu wierzyłem, że pojedzie ze mną do Walii, spędzimy razem ten czas. Po weselu będziemy… No właśnie, co? Sam nie wiedziałem, ale wydawało mi się, że oboje chcieliśmy tego samego. Teraz dotarło do mnie, że to była tylko moja projekcja. Jakim idiotą trzeba być, by bez pytania założyć, że pójdzie ze mną na to wesele - będziemy w Snowdonii razem, że między wszystkimi tymi cholernymi czarodziejami, będę miał ją obok? Później… Później cokolwiek - ustalimy to tak łatwo, jak przychodziło nam to do tej pory. Wydawało mi się, że chciała tego samego - myliłem się.
Spokojnym tonem, pod opanowaną maską, zaczęła dawać mi właśnie do zrozumienia, że wszystko, co usłyszałem, to jedynie wiadomość od kumpla, to tylko informacja, którą przekazuje i zamyka temat, bo nas nie będzie. Nigdzie nas nie będzie. Ani w Snowdonii, ani w żadnym cholernym „dalej”. Nie byłem gotów na to, że dzisiejszej nocy, Prue postanowi skończyć ze mną, z… Znowu spojrzałem w szybę, na nasze odbicia obok siebie… Z nami. Zestawienie, które miało trwać jeszcze… Ile? Trzy godziny? Cztery? Do rana? Potem, zgodnie z jej logiką, miało nie być już „nas” - ani tu, ani gdziekolwiek.
Zacisnąłem szczękę, powoli wysunąłem dłoń spod jej dłoni, opuściłem ramiona - już jej nie obejmowałem. Cisza między nami zrobiła się gęsta jak powietrze przed grzmotem, i wtedy, jak na zawołanie, gdzieś daleko znów huknęło, a szyby jęknęły pod naporem wichury. W oddali piorun znów przeorał niebo, burza nie dawała o sobie zapomnieć. Spojrzałem na okno, na jej odbicie w szybie - twarz miała skupioną na ciemności na zewnątrz, jakby chciała się w nią wpatrywać, zamiast patrzeć na mnie. Zobaczyłem jej profil, cienką linię ust, i poczułem, że coś we mnie twardnieje. Neutralny grymas, trochę kpiny, trochę obrony - najłatwiej było schować się za maską.
- Bojówek, powiadasz. - Odezwałem się wreszcie, tonem tak rzeczowym i suchym, jakbym rozważał naprawdę jedynie wybór garderoby. - Cósz, mosze poploszę klawca, szeby wszył mi dodatkowe kieszenie w galniak. Tak na wszelki wypadek. - Mój głos był równy, spokojny - aż nazbyt spokojny - nikt by się nie domyślił, że świadomość tego, do czego dążyła Prue, właśnie rozrywała mi wnętrzności. Odchrząknąłem. Zacisnąłem palce w pięść, żeby nie sięgnąć znów po jej dłoń - chciałem, cholernie chciałem, ale wiedziałem, że to by zabrzmiało jak błaganie, a błagać nie zamierzałem. Przez chwilę milczałem, jakby to miało być wszystko, co mam do powiedzenia, ale przecież nie było.
- Gleenglass i jego wymogi. - Prychnąłem pod nosem. - Pszekazałaś, dobsze. Zadanie wykonane. Powinienem wiedzieć coś jeszcze? - Nie podniosłem głosu, wciąż mówiłem tym samym tonem - miękkim, cichym, jakby to były zwykłe słowa w zwykłej rozmowie, ale wewnątrz mnie trzaskały pioruny. Patrzyłem na odbicie jej twarzy w czarnej tafli okna. Moje własne odbicie było tuż obok, rozmazane, z wyrazem twarzy tak neutralnym, że aż kpiącym - tak, to było maskowanie, zawsze byłem w tym dobry. Obojętność bywała jak druga skóra.
Grzmot znów przetoczył się gdzieś w oddali, lampka nocna zamigotała. Ja odchyliłem się o krok, zostawiając przestrzeń tam, gdzie przed chwilą był dotyk, ciepło i bliskość. Przesunąłem dłonią po włosach, odgarniając mokre kosmyki do tyłu. Ramiona wciąż miałem spięte, szczękę zaciśniętą. Wciągnąłem powietrze przez nos, głęboko, zatrzymując je na moment w płucach. Moje własne odbicie uśmiechnęło się lekko, tak, jakby ta cała sytuacja była zabawna. Było to jedyne, co potrafiłem w tej chwili zrobić, żeby nie pozwolić sobie pęknąć. I tyle - ani krzyku, ani scen, tylko cichy głos, w którym brzmiało wszystko i nic.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)