19.08.2025, 09:51 ✶
Zdziwiła się na ten akt czułości. Wiedziała, że Samuel nigdy nie należał do ludzi, którym to przychodziło łatwo. Skąd to wiedziała? Bo był jej anam cara, a ona była taka sama. Dotyk nie należał do tego rodzaju ekspresji, które uwielbiała. Owszem, przytulała się do rodziców, do brata, ostatnio nawet do Anthony'ego. Ale żeby dotykać innych, musiała ich poznać - przekonać się do tych osób, sprawić że im w jakimś stopniu zaufa. Czy to oznaczało, że Sam w końcu ufał jej?
Jak miałby nie? Po tym, co wspólnie przeszli?
Jej chude ręce objęły McGonagalla mocno, na tyle mocno na ile szczupła kobieta dała radę. Milczała, gdy mówił że nie było nic Mabel. Milczała, gdy mówił o Karlu. Milczała, gdy w końcu wyswobodzili się z uścisku, a potem wspólnie usiedli na ziemi.
- Byliśmy na Pokątnej - poprawiła go, nie bez zaskoczenia odkrywając, że on także tam był. Na tej samej ulicy. Nie widzieli się, a byli przecież tak blisko siebie. Sięgnęła po papierosa, uciekając wzrokiem do linii drzew. Ten widok zawsze sprawiał, że czuła spokój. Teraz jednak... Nie potrafiła czuć spokoju. - Byłam wtedy u Roise, gdy pojawił się ogień i popiół. Mieszkanie jest zniszczone, tak jak cały budynek. Ledwo uszłam z życiem, na szczęście Matka ma mnie w swojej opiece i podsunęła mi odpowiednich ludzi, którzy mi pomogli.
Roselyn zaciągnęła się dymem. Ten z papierosów był całkiem inny niż ten, który wdychała 8 września i palił jej płuca oraz szczypał w oczy. Ten obiecywał jej ukojenie.
- Jest nadpalony i w środku jest sadza, ale chyba będzie dobrze. Tak myślę. Rodziców nie ma, na szczęście. Moja mam jest w ciąży, lepiej żeby nie wracała do Anglii przez jakiś czas. Nie wiem, jak ten dym by wpłynął na jej dziecko i nią samą. A... Ty? Jak twój dom? Jak warsztat? - spojrzała na niego z taką czułością, z jaką można było patrzeć na swoją drugą połówkę duszy. Bez miłości takiej, jaką darzy się mężczyznę: tylko jak na samą siebie.