19.08.2025, 13:05 ✶
Gdybym tylko wiedział
przeszło mu przez myśl, choć absolutnie nie wypuszczał jej z ramion, gładząc jej plecy jak gładzi się korę brzozowego pnia. Jej energia, jej wewnętrzne ciepło przywracało równowagę, jej dziedzictwo wibrowało kojąco i tak jak ona czuła niepokój spoglądając na Knieję, tak on chłonął spokój, chłonął moc drzewa zaklętego w jej duszy. Czy pomogli jej Ci sami ludzie, którzy tak obficie później wypełniali klubokawiarnię? A może więcej mrówek zadziałało w chwili kryzysu, wynosząc dobytek, osłaniając najcenniejsze jaja i królową, gdy umykała z tego mrowiska.
- Nie zostało nic. - Wymamrotał w jej ramie, ale głos mu się nie złamał. To był od początku zły pomysł a świat, los, opatrzność, Matka, Knieja... kosmiczna energia, czy może ta absolutnie lokalna, ziemska... wszystko pokazało mu, że to nie była jego droga, nie było to jego przeznaczenie. Czy to dobrze, czy to źle - to się okaże - tak powtarzał mu przed laty ojciec, dając podstawy do stoicyzmu syna, możliwego do osiągnięcia pośród szumiącej puszczy, tak trudne do przypomnienia pośród poszumu miasta. - Nigdy tam nie wrócę. Do Londynu. Może... może tylko do pana Ollivandera na nauki, ale nie chcę... nie chcę nigdy więcej myśleć, że Londyn jakkolwiek jest dla mnie Roselin. - mimowolny wstrząs przeszedł mu przez plecy, ale nie na wspomnienie pożaru, krzyków, poparzonych skór i rozpaczy. Tamtej nocy, TEJ nocy, przed momentem minionej nocy spłonęło coś więcej niż pół Anglii. Spłonęła jakakolwiek wizja na przyszłość. Jak ziarno rzucone na kamienną ziemię. Szybko wzrosło, ale bez możliwości wbicia korzeni w skałę obumarło, a miasto było takie i dokładnie takie jak sądził wcześniej. Wrogie mu.
Ale nie miało to teraz znaczenia, gdy wiatr wiał od przeklętego lasu, siedliska pierwotnego zła pożerającego drzewa, niósł jednak ze sobą znajomą wilgoć, znajome zarodniki i nadzieję, że kiedyś będzie mógł tam powrócić. Do leśniczówki, nad grób ojca. Ukryć się. Powrócić i umrzeć tak jak było mu to pisane od samego początku klątw złożonych na jego głowę.
- Musimy odzyskać Knieję. - szeptał, choć przez ten szept przebijaa pewność, z jaką dawno nie mówił, odwaga, której dawno nie okazywał. To była ich obietnica u samego początku, tej dziwnej, magicznej unii wiążącej ich życia do końca ich trwania, to powinna być ich droga, a nie zaręczyny, nie mieszkanie brata, nie cukiernia, cudze, cywilizowane życia.
przeszło mu przez myśl, choć absolutnie nie wypuszczał jej z ramion, gładząc jej plecy jak gładzi się korę brzozowego pnia. Jej energia, jej wewnętrzne ciepło przywracało równowagę, jej dziedzictwo wibrowało kojąco i tak jak ona czuła niepokój spoglądając na Knieję, tak on chłonął spokój, chłonął moc drzewa zaklętego w jej duszy. Czy pomogli jej Ci sami ludzie, którzy tak obficie później wypełniali klubokawiarnię? A może więcej mrówek zadziałało w chwili kryzysu, wynosząc dobytek, osłaniając najcenniejsze jaja i królową, gdy umykała z tego mrowiska.
- Nie zostało nic. - Wymamrotał w jej ramie, ale głos mu się nie złamał. To był od początku zły pomysł a świat, los, opatrzność, Matka, Knieja... kosmiczna energia, czy może ta absolutnie lokalna, ziemska... wszystko pokazało mu, że to nie była jego droga, nie było to jego przeznaczenie. Czy to dobrze, czy to źle - to się okaże - tak powtarzał mu przed laty ojciec, dając podstawy do stoicyzmu syna, możliwego do osiągnięcia pośród szumiącej puszczy, tak trudne do przypomnienia pośród poszumu miasta. - Nigdy tam nie wrócę. Do Londynu. Może... może tylko do pana Ollivandera na nauki, ale nie chcę... nie chcę nigdy więcej myśleć, że Londyn jakkolwiek jest dla mnie Roselin. - mimowolny wstrząs przeszedł mu przez plecy, ale nie na wspomnienie pożaru, krzyków, poparzonych skór i rozpaczy. Tamtej nocy, TEJ nocy, przed momentem minionej nocy spłonęło coś więcej niż pół Anglii. Spłonęła jakakolwiek wizja na przyszłość. Jak ziarno rzucone na kamienną ziemię. Szybko wzrosło, ale bez możliwości wbicia korzeni w skałę obumarło, a miasto było takie i dokładnie takie jak sądził wcześniej. Wrogie mu.
Ale nie miało to teraz znaczenia, gdy wiatr wiał od przeklętego lasu, siedliska pierwotnego zła pożerającego drzewa, niósł jednak ze sobą znajomą wilgoć, znajome zarodniki i nadzieję, że kiedyś będzie mógł tam powrócić. Do leśniczówki, nad grób ojca. Ukryć się. Powrócić i umrzeć tak jak było mu to pisane od samego początku klątw złożonych na jego głowę.
- Musimy odzyskać Knieję. - szeptał, choć przez ten szept przebijaa pewność, z jaką dawno nie mówił, odwaga, której dawno nie okazywał. To była ich obietnica u samego początku, tej dziwnej, magicznej unii wiążącej ich życia do końca ich trwania, to powinna być ich droga, a nie zaręczyny, nie mieszkanie brata, nie cukiernia, cudze, cywilizowane życia.