17.02.2023, 03:15 ✶
Nie mógł widzieć czerwonej lampki w umyśle Erika, nawet jeżeli mimika czy spojrzenie młodszego mężczyzny wyrażały przez chwilę zatroskanie, tak Malfoy był w stanie wystarczająco upojonym, aby kompletnie takie kwestie pomijać. Zazwyczaj drobiazgowy, z wysoko podniesioną gardą, teraz rozluźniony oddawał się chwili. Bycie odebranym przez innych jako nadmiernie szczęśliwy też nie wydawało się wysokim prawdopodobieństwem, Elliott nie miał w zwyczaju szerokich uśmiechów czy rozrzutności emocjonalnej, nawet po wypiciu paru pełnych kieliszków mocniejszego alkoholu; pozytywne emocje wyrażał przez migotliwe spojrzenie niebieskich oczu i ewentualny brak chłodu w roztaczanej aurze. Druga kwestia na pewno nie dotyczyła konwersacji z Longbottomem - czy to trzeźwych, czy bardziej pijackich.
- Uroku osobistego? Eden? - zapytał prawie, że prychając i powstrzymał się w ostatnim momencie, zaciskając usta - No tak, być może jest w tym ziarnko prawdy, acz jesteś pewien, że to co opisujesz to na pewno urok, a nie po prostu własny strach na jej widok? Zauważyłem, że większość mężczyzn zdaje się zapominać o niewielkiej różnicy pomiędzy tymi dwoma, gdy z nią rozmawia - zmierzył zawadiacki wyraz twarzy Erika spojrzeniem i przymrużywszy delikatnie oczy, przez co w ich kącikach uwydatniły się niewielkie zmarszczki, kontynuował - To chyba musi być jakaś nasza wspólna, rodzinna cecha - jego głos był przepełniony lekkością, z jaką wypowiada się żart, a wyraz twarzy sugerował, że Malfoy był z jego powodu niesamowicie dumny, co zazwyczaj, w momentach, gdy nie wlał w siebie połowy udostępnionego przez gospodarzy barku, nie przebijało się przez neutralnie chłodną maskę.
- A czy jakbym cię wygonił - przesuwał palcem po kanapie, jakby próbował zbliżyć dłoń do rozmówcy, acz ostatecznie zadecydował się na jej materiale narysować skomplikowany wzór - to byś sobie poszedł? Faktycznie oczekujesz mojego pozwolenia? - dopytał, chociaż zauważył, że mógł odrobinę przesadzić. Był podchmielony, a pomieszczenie migotało w karuzeli barw, gdy zmieniał pozycje głowy, ale nie upił się do tego stopnia, aby nie myśleć chociaż odrobinę o wypowiadanych słowach.
- Tylko się droczę - dodał po chwili, już z mniejszą dozą pewności siebie, jakby dla załagodzenia tonu, bo teren, na jaki zdawał się wkraczać był wcześniej nieodkryty. Ostrożności nigdy za wiele.
Uniósł odrobinę głowę upijając trunek z kieliszka, jednocześnie wykorzystując moment, w którym zielone oczy drugiego mężczyzny skupiły się najpierw na przeczesaniu pomieszczenia wzrokiem, a potem na przynoszącym czyste szkło kelnerze. Gdyby był całkiem trzeźwy już dawno ukróciłby myśl o tym, jak przyjemna naturalność i niewymuszona szczerość biła od Erika i w jaki sposób nań wpływały, wręcz przyciągały pozwalając zobaczyć ukradkowe spojrzenia, bledsze uśmiechy czy poprzetykany pewnego rodzaju zmęczeniem zamyślony wyraz twarzy. Niezależnie od ubioru, który teraz był odpowiednio odświętny, brunet wyglądał po prostu dobrze. Przystojne rysy przebijały się przez kilkudniowy zarost, a nawet gdy go nie było to po prostu nie gubiły się w nim sprawiając, że mężczyzna wydawał się młodszy, bardziej chłopięcy, co przecież było irracjonalną myślą, gdy miało się przed sobą sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry wyjątkowo dobrze zbudowanego człowieka... Człowieka, który bez cienia wysiłku mógłby przycisnąć Cię do tej kanapy jednym, silniejszym ruchem i... oh na litość Merlina.
Rozpięcie guzika, przez co połacie marynarki rozsunęły się na boki, popchnęło jedynie myśli Malfoya głębiej w rejony, w których definitywnie chciał się znaleźć, acz niespecjalnie powinien.
Bez dopytywania nalał do pustego kieliszka przechwyconego przez Erika od kelnera sowitą ilość szampana.
- Oh tak, z chęcią - mruknął, jakby wybudzony z naprawdę przyjemnego snu, który zdawał się wcale nie kończyć, acz przybierać innych, bliżej jeszcze nieokreślonych kształtów.
Słowa przywdziane w idealnie wyraźną dykcję ledwo docierały do otumanionego bąbelkami szampana umysłu, gdy palce wolnej dłoni powędrowały w kierunku trzymanego przez Erika papierosa. Zatrzymał rękę w pół drogi, jakby orientując się, że to nie tego dotyczyło pytanie, że przecież nie będą dzielić jednego zawiniętego w bibułkę tytoniu. Szkoda, pomyślał absolutnie nie powstrzymując galopujących myśli, acz ręką, reflektując się, sięgnął do paczki, pozwalając odpalić sobie papierosa.
- Jeżeli ufasz moim gustom, a w tym wypadku powinieneś, to powiem, że z szampanem wam definitywnie wyszło - słowa pochwały od Elliotta, jak od każdego Malfoya, były definitywnie wyjątkiem, nawet jeżeli wyrażały jedynie pozytywną opinię na temat jednego trunku, a nie całokształtu. Oczywiście mowił w połowie żartem, poddając się przyjemnej atmosferze rozmowy, oddzielonej od zgiełku sali balowej.
A co, masz na to jakieś lekarstwo?, te słowa jeszcze dłuższą chwilę odbijały się echem w umyśle blondyna, powodując, że spojrzenie niebieskich oczu zaiskrzyło filuternością, której, niestety nie mógł wyrazić na głos. Nie pozwalał sobie, to byłoby zbyt nietaktowne, w sytuacji, gdy dopiero co stracił małżonkę, a poza tym... No właśnie, obydwaj byli mężczyznami.
Mimo piekącej jak irytujące zacięcie papierem myśli, kontynuował swoje bujanie w obłokach. Nie chciał, aby przyjemne odurzenie się kończyło.
Nie jedno, a cały wachlarz i uwierz mi, że wróciłbyś po więcej, słowa chwilę kręciły mu się na języku, ale ostatecznie zapił je, połykając wraz ze szczypiącymi bąbelkami musującego alkoholu w żółtawym kolorze, sprawiając, że kieliszek zrobił się do połowy pusty.
- Wieczór, bądź reszta nocy spędzona w wyborowym towarzystwie jest chyba wystarczająco dobrym lekarstwem - przefiltrował wcześniejsze słowa i wypuścił je z ust w dopuszczalnej formie - Twoja siostra zdaje się mieć wszystko pod kontrolą, nikt się chyba nie obrazi jak jeden raz wybierzesz pocieszanie dobrego przyjaciela, który właśnie oddał na szczytny cel niezmiernie duże pieniądze, nad obowiązki - mrugnął do niego, pozwalając sobie na odrobinę zawadiackości, która meandrowała w jego słowach raz zwiększając swoją ilość, a raz zmniejszając.
Zapomniał na chwilę o papierosie, więc wygiął się odrobinę do tyłu, przez co butelka prawie, że wylądowała na ziemi, opierając się jedynie na słowo honoru o udo Elliotta, aby strzepnąć popiół do stojącej na stoliku popielniczki. Nie chciał przecież Longbottomom brudzić parkietu w domu, nawet jeżeli dało się to prosto uprzątnąć zaklęciem, nie chciał okazywać tym braku szacunku.
W zaskakująco zwinnym ruchu wygiął się z powrotem do pozycji, w której siedział, przez chwilę próbując złapać pion, a ostatecznie znajdując oparcie w materiale kanapy.
Fakt, że słowa o sporej sumie pieniędzy mogły zabrzmieć nie na miejscu, jakby kupował sobie towarzystwo Erika i, co najgorsze, jakby wcale mu to nie przeszkadzało, jakoś przeleciał mu w tym stanie obok głowy. Niektóre kwestie, jeżeli było się tak obrzydliwie bogatym, po prostu wydawały się nie docierać do umysłu. Dla Malfoya dwadzieścia tysięcy to było spora inwestycja, ale na pewno nie taka, która sprawiłaby, że zbankrutował, głównie dlatego nie czuł aż takiego ciężaru kwoty, definitywnie nie dlatego, że nie znał wartości pieniądza, w końcu pracował w Departamencie Skarbu. Ot, w stanie odurzenia nie filtrował swoich wychowanych w ogromnej rezydencji myśli uprzywilejowanego chłopca.
Butelka - wciąż na skraju upadku i tragedii - nie była dla niego priorytetem, w końcu miał przed sobą zielonookie bożyszcze, które skupiało na nim cała swoją uwagę, czego mógł chcieć więcej?
Kolejne słowa strąciły go trochę z pantałyku, więc zaciągnął się papierosem i odgiął głowę w drugą stronę, aby wypuścić z ust dym.
Chyba nie wiedział co ma powiedzieć, wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak to jest być faktycznie docenianym i... w tak szczery, bezpośredni sposób.
- Bóbr mnie szczerze rozbawił, wybacz, ale... cóż mogę powiedzieć. Nie jestem pewien po co ktoś to zrobił, ale definitywnie sprawił, że impreza nabrała jeszcze wyraźniejszych kolorów. Następnym razem postaraj się po prostu odciągnąć uwagę dziennikarzy, zamiast przypominać im o zamieszaniu, mała rada - zaśmiał się krótko, pod nosem.
Przełknął ślinę.
- Nie ma sprawy. Tak myślę. To nic takiego. Naprawdę. - nie wiedział czemu, ale faktycznie tak myślał. Fakt, licytacja dała mu dużo emocji, ale późniejsza rozmowa z dziennikarzami była dla niego naturalną, wyuczoną do perfekcji czynnością, był trochę zdezorientowany faktem, że ktokolwiek mógł to odbierać w taki sposób.
- To jedyna rzecz, którą umiem i mogę zrobić, więc przynajmniej... - dodał ciszej, znacznie ciszej, trochę spuścił spojrzenie, nie będąc w stanie zmierzyć się teraz z niczym innym, niż z podłogą - przynajmniej się do czegoś przydaje - dokończył, odrobinę gorzko i pociągnął ostatni łyk z kieliszka.
Musiał przymknąć oczy, bo zaczynały go oblewać fale gorąca, nie był pewien czy z powodu alkoholu, czy tego, jak obecność Longbottoma na niego wpływała.
- Uroku osobistego? Eden? - zapytał prawie, że prychając i powstrzymał się w ostatnim momencie, zaciskając usta - No tak, być może jest w tym ziarnko prawdy, acz jesteś pewien, że to co opisujesz to na pewno urok, a nie po prostu własny strach na jej widok? Zauważyłem, że większość mężczyzn zdaje się zapominać o niewielkiej różnicy pomiędzy tymi dwoma, gdy z nią rozmawia - zmierzył zawadiacki wyraz twarzy Erika spojrzeniem i przymrużywszy delikatnie oczy, przez co w ich kącikach uwydatniły się niewielkie zmarszczki, kontynuował - To chyba musi być jakaś nasza wspólna, rodzinna cecha - jego głos był przepełniony lekkością, z jaką wypowiada się żart, a wyraz twarzy sugerował, że Malfoy był z jego powodu niesamowicie dumny, co zazwyczaj, w momentach, gdy nie wlał w siebie połowy udostępnionego przez gospodarzy barku, nie przebijało się przez neutralnie chłodną maskę.
- A czy jakbym cię wygonił - przesuwał palcem po kanapie, jakby próbował zbliżyć dłoń do rozmówcy, acz ostatecznie zadecydował się na jej materiale narysować skomplikowany wzór - to byś sobie poszedł? Faktycznie oczekujesz mojego pozwolenia? - dopytał, chociaż zauważył, że mógł odrobinę przesadzić. Był podchmielony, a pomieszczenie migotało w karuzeli barw, gdy zmieniał pozycje głowy, ale nie upił się do tego stopnia, aby nie myśleć chociaż odrobinę o wypowiadanych słowach.
- Tylko się droczę - dodał po chwili, już z mniejszą dozą pewności siebie, jakby dla załagodzenia tonu, bo teren, na jaki zdawał się wkraczać był wcześniej nieodkryty. Ostrożności nigdy za wiele.
Uniósł odrobinę głowę upijając trunek z kieliszka, jednocześnie wykorzystując moment, w którym zielone oczy drugiego mężczyzny skupiły się najpierw na przeczesaniu pomieszczenia wzrokiem, a potem na przynoszącym czyste szkło kelnerze. Gdyby był całkiem trzeźwy już dawno ukróciłby myśl o tym, jak przyjemna naturalność i niewymuszona szczerość biła od Erika i w jaki sposób nań wpływały, wręcz przyciągały pozwalając zobaczyć ukradkowe spojrzenia, bledsze uśmiechy czy poprzetykany pewnego rodzaju zmęczeniem zamyślony wyraz twarzy. Niezależnie od ubioru, który teraz był odpowiednio odświętny, brunet wyglądał po prostu dobrze. Przystojne rysy przebijały się przez kilkudniowy zarost, a nawet gdy go nie było to po prostu nie gubiły się w nim sprawiając, że mężczyzna wydawał się młodszy, bardziej chłopięcy, co przecież było irracjonalną myślą, gdy miało się przed sobą sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry wyjątkowo dobrze zbudowanego człowieka... Człowieka, który bez cienia wysiłku mógłby przycisnąć Cię do tej kanapy jednym, silniejszym ruchem i... oh na litość Merlina.
Rozpięcie guzika, przez co połacie marynarki rozsunęły się na boki, popchnęło jedynie myśli Malfoya głębiej w rejony, w których definitywnie chciał się znaleźć, acz niespecjalnie powinien.
Bez dopytywania nalał do pustego kieliszka przechwyconego przez Erika od kelnera sowitą ilość szampana.
- Oh tak, z chęcią - mruknął, jakby wybudzony z naprawdę przyjemnego snu, który zdawał się wcale nie kończyć, acz przybierać innych, bliżej jeszcze nieokreślonych kształtów.
Słowa przywdziane w idealnie wyraźną dykcję ledwo docierały do otumanionego bąbelkami szampana umysłu, gdy palce wolnej dłoni powędrowały w kierunku trzymanego przez Erika papierosa. Zatrzymał rękę w pół drogi, jakby orientując się, że to nie tego dotyczyło pytanie, że przecież nie będą dzielić jednego zawiniętego w bibułkę tytoniu. Szkoda, pomyślał absolutnie nie powstrzymując galopujących myśli, acz ręką, reflektując się, sięgnął do paczki, pozwalając odpalić sobie papierosa.
- Jeżeli ufasz moim gustom, a w tym wypadku powinieneś, to powiem, że z szampanem wam definitywnie wyszło - słowa pochwały od Elliotta, jak od każdego Malfoya, były definitywnie wyjątkiem, nawet jeżeli wyrażały jedynie pozytywną opinię na temat jednego trunku, a nie całokształtu. Oczywiście mowił w połowie żartem, poddając się przyjemnej atmosferze rozmowy, oddzielonej od zgiełku sali balowej.
A co, masz na to jakieś lekarstwo?, te słowa jeszcze dłuższą chwilę odbijały się echem w umyśle blondyna, powodując, że spojrzenie niebieskich oczu zaiskrzyło filuternością, której, niestety nie mógł wyrazić na głos. Nie pozwalał sobie, to byłoby zbyt nietaktowne, w sytuacji, gdy dopiero co stracił małżonkę, a poza tym... No właśnie, obydwaj byli mężczyznami.
Mimo piekącej jak irytujące zacięcie papierem myśli, kontynuował swoje bujanie w obłokach. Nie chciał, aby przyjemne odurzenie się kończyło.
Nie jedno, a cały wachlarz i uwierz mi, że wróciłbyś po więcej, słowa chwilę kręciły mu się na języku, ale ostatecznie zapił je, połykając wraz ze szczypiącymi bąbelkami musującego alkoholu w żółtawym kolorze, sprawiając, że kieliszek zrobił się do połowy pusty.
- Wieczór, bądź reszta nocy spędzona w wyborowym towarzystwie jest chyba wystarczająco dobrym lekarstwem - przefiltrował wcześniejsze słowa i wypuścił je z ust w dopuszczalnej formie - Twoja siostra zdaje się mieć wszystko pod kontrolą, nikt się chyba nie obrazi jak jeden raz wybierzesz pocieszanie dobrego przyjaciela, który właśnie oddał na szczytny cel niezmiernie duże pieniądze, nad obowiązki - mrugnął do niego, pozwalając sobie na odrobinę zawadiackości, która meandrowała w jego słowach raz zwiększając swoją ilość, a raz zmniejszając.
Zapomniał na chwilę o papierosie, więc wygiął się odrobinę do tyłu, przez co butelka prawie, że wylądowała na ziemi, opierając się jedynie na słowo honoru o udo Elliotta, aby strzepnąć popiół do stojącej na stoliku popielniczki. Nie chciał przecież Longbottomom brudzić parkietu w domu, nawet jeżeli dało się to prosto uprzątnąć zaklęciem, nie chciał okazywać tym braku szacunku.
W zaskakująco zwinnym ruchu wygiął się z powrotem do pozycji, w której siedział, przez chwilę próbując złapać pion, a ostatecznie znajdując oparcie w materiale kanapy.
Fakt, że słowa o sporej sumie pieniędzy mogły zabrzmieć nie na miejscu, jakby kupował sobie towarzystwo Erika i, co najgorsze, jakby wcale mu to nie przeszkadzało, jakoś przeleciał mu w tym stanie obok głowy. Niektóre kwestie, jeżeli było się tak obrzydliwie bogatym, po prostu wydawały się nie docierać do umysłu. Dla Malfoya dwadzieścia tysięcy to było spora inwestycja, ale na pewno nie taka, która sprawiłaby, że zbankrutował, głównie dlatego nie czuł aż takiego ciężaru kwoty, definitywnie nie dlatego, że nie znał wartości pieniądza, w końcu pracował w Departamencie Skarbu. Ot, w stanie odurzenia nie filtrował swoich wychowanych w ogromnej rezydencji myśli uprzywilejowanego chłopca.
Butelka - wciąż na skraju upadku i tragedii - nie była dla niego priorytetem, w końcu miał przed sobą zielonookie bożyszcze, które skupiało na nim cała swoją uwagę, czego mógł chcieć więcej?
Kolejne słowa strąciły go trochę z pantałyku, więc zaciągnął się papierosem i odgiął głowę w drugą stronę, aby wypuścić z ust dym.
Chyba nie wiedział co ma powiedzieć, wciąż nie przyzwyczaił się do tego, jak to jest być faktycznie docenianym i... w tak szczery, bezpośredni sposób.
- Bóbr mnie szczerze rozbawił, wybacz, ale... cóż mogę powiedzieć. Nie jestem pewien po co ktoś to zrobił, ale definitywnie sprawił, że impreza nabrała jeszcze wyraźniejszych kolorów. Następnym razem postaraj się po prostu odciągnąć uwagę dziennikarzy, zamiast przypominać im o zamieszaniu, mała rada - zaśmiał się krótko, pod nosem.
Przełknął ślinę.
- Nie ma sprawy. Tak myślę. To nic takiego. Naprawdę. - nie wiedział czemu, ale faktycznie tak myślał. Fakt, licytacja dała mu dużo emocji, ale późniejsza rozmowa z dziennikarzami była dla niego naturalną, wyuczoną do perfekcji czynnością, był trochę zdezorientowany faktem, że ktokolwiek mógł to odbierać w taki sposób.
- To jedyna rzecz, którą umiem i mogę zrobić, więc przynajmniej... - dodał ciszej, znacznie ciszej, trochę spuścił spojrzenie, nie będąc w stanie zmierzyć się teraz z niczym innym, niż z podłogą - przynajmniej się do czegoś przydaje - dokończył, odrobinę gorzko i pociągnął ostatni łyk z kieliszka.
Musiał przymknąć oczy, bo zaczynały go oblewać fale gorąca, nie był pewien czy z powodu alkoholu, czy tego, jak obecność Longbottoma na niego wpływała.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦