19.08.2025, 13:29 ✶
Było coś zdradliwie kojącego w tej nocy - w szumie burzy tłumiącym świat, w pustce korytarzy, które znałem na pamięć, a jednak dziś zdawały się czymś więcej niż tylko przestrzenią. Były domem - bezpiecznym schronieniem przed chaosem panującym na zewnątrz. Wciąż czułem chłód deszczu, cieknącego z włosów, z rękawów, z nogawek, a mimo to, gdy obejmowałem ją od tyłu, mokry i zimny w kontraście do jej suchości i ciepła, nie czułem się intruzem. Czułem się jak ktoś, kto miał do tego prawo - jak chłopak, który wślizguje się do pokoju dziewczyny tylko po to, żeby poczuć jej zapach, miękkość ciała, pozwolić sobie na ten rodzaj bezmyślnej, rozleniwionej bliskości. Było w tym coś perfidnego - wiedziałem, że ją drażnię, przynoszę ze sobą chłód, zostawiam mokre plamy na materiale koszulki, którą miała na sobie, a jednak to nie miało znaczenia. Chciałem być dokładnie tam, w tym momencie - po prostu poczuć bliskość, zatopić się w niej, zapomnieć na chwilę o tym, że wróciłem przemoczony do kości. Włosy Prue pachniały świeżością, były suche i miękkie, nim się obejrzałem, wciskałem w nie brodę, chcąc ukryć uśmiech, który sam nie wiedziałem skąd się brał.
Ostatnie dni… Do cholery, ostatnie dni były tak dziwnie spokojne, że aż bałem się je nazywać szczęśliwymi. Niczego sobie nie obiecywaliśmy, a jednak każdy gest, każde słowo tworzyło podstępnie coś, co zaczynało przypominać rutynę - i to właśnie było najbardziej niebezpieczne, cholernie łatwo było się w tym pogubić, jeszcze łatwiej przywyknąć. Ten spokój, ta stabilność, która wkradała się w nasze dni. Nie mówiłem tego głośno, ale wiedziałem, że to jest bardziej zwodnicze niż cokolwiek, co mogłoby na nas czekać za drzwiami. Ta pieprzona sielanka, rozmowy o niczym, o planach na kolejny dzień, o rzeczach tak błahych, że powinny nie mieć znaczenia, a jednak miały, bo przy niej prozaiczność nabierała ciężaru, nawet jeśli nie od razu był on wyczuwalny. Była ona, obok, i te kilka chwil, które wyglądały, jakby mogły się powtarzać w nieskończoność. Widziałem, jak łatwo się do tego przyzwyczaić, tak łatwo było oszukać samego siebie, że tak może być zawsze. A przecież nie mogło. Zbyt łatwo mi przychodziło śmiać się z jej pogróżek, zbyt lekko brałem jej słowa. Byłem spragniony jej głosu, niezależnie od tego, co mówiła, bo sama intonacja miała w sobie coś, co mnie rozbrajało. Za krótko, zbyt krótko, cholera, byliśmy razem, bym mógł nasycić się tym wszystkim.
Czułem jednak, jak lekko drgnęła, a jej ramiona spięły się pod moim dotykiem. Udawała, że nic się nie dzieje, cały ten ton to tylko zabawa, a ja doskonale wiedziałem, że nie o to chodziło - coś siedziało jej w głowie, nie umiałem tego nazwać, ale czułem ten ciężar w powietrzu. Mimo to pozwoliłem sobie jeszcze na drobną zaczepkę - przesunąłem palcami po jej dłoniach, unosząc lekko brzeg mokrej koszulki, niby od niechcenia, pół-żartem, pół-na serio, a jednak z całkowicie świadomą intencją.
- Skolo te mokle ciuchy tak baldzo komplikują splawę… - Wyszeptałem jej do ucha, przesadnie skruszony, jakbym w życiu nie zrobił nic gorszego. - Moszemy się ich pozbyś. - Mruknąłem nisko, odzywając się bardziej pomrukiem niż wyraźnym zdaniem. Potrzebowałem bliskości, cholernie potrzebowałem jej ciepła. Byłem głodny jej dotyku, spragniony tego, żeby zagłuszyć wszystko, co działo się na zewnątrz. To miało być proste - śmiech, pocałunek, łóżko albo wanna, jej ciało splecione z moim, noc, która znów miała nas uchronić przed światem. Tak miało być.
Ale nie było. Coś się w niej złamało, poczułem to jeszcze zanim zrobiło się nagle zbyt lodowato i za cicho - zaledwie chwilę wcześniej chciałem ją rozbawić, rozproszyć, wyciągnąć z niej to napięcie, które czułem w jej głosie, nagle wszystko pękło. Wypuściłem ją z ramion, odruchowo - dlatego, że usłyszałem w jej słowach więcej, niż chciałem. Nie powinno to być tak dotkliwe, a jednak ten chłód, który pojawił się w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej czułem żar, bo trzymałem ją blisko, uderzył mnie mocniej niż wichura za oknem. Patrzyłem na jej plecy, na linię ramion, na jej profil odbity w szybie, i wiedziałem, że coś się zmieniło - tak po prostu - niby nic wielkiego, a jednak wszystko. Zamykała się w sobie, krok po kroku, tak jak robiła to kiedyś, jakby chciała wrócić do wcześniejszych murów, do tamtej Prudence, której nie dało się dosięgnąć. A ja? Poczułem, że grunt usuwa mi się spod nóg, bo już wiedziałem, co się święci. Skrzyżowała ramiona na piersiach, wpatrywała się w szybę, niemal fizycznie czułem, jak z każdą sekundą zamykała się coraz bardziej. Mur za murem, dystans, który nagle wyrósł między nami, jakbyśmy nie spędzili razem tych kilku cholernie prostych, miłych dni, ale przecież… Właśnie - to były tylko dni, nic wielkiego - kilka nocy, kilka poranków, rozmów o niczym, a jednak to uderzyło we mnie mocniej niż powinno, poczułem, że zaczynam czegoś chcieć, ta namiastka normalności, tego złudzenia, że można się zatrzymać, zaczęła mieć znaczenie. Przynajmniej zanim Prudence, właśnie jednym zdaniem, jednym gestem, odsunęła mnie od siebie.
Tak, jakby całe to ostatnie kilka dni sprowadzało się do przysługi, jej obecność była usługą, którą wykonała, a teraz mogła spokojnie odejść. W tym momencie naprawdę coś we mnie pękło. Patrzyłem na nią, na jej sylwetkę odciętą od okna w blasku błyskawic, i nie wiedziałem, co bardziej mnie boli - jej słowa, czy to, że uwierzyłem, iż mogłoby być inaczej. Wypuściłem ją z ramion i nagle zrobiło się zimno, ale nie mogłem nic na to poradzić. Chłód rozprzestrzeniał się nie tylko w pokoju - we mnie też, patrzyłem na to wszystko, czując, jakby coś się we mnie osuwało. Tak łatwo się do niej przyzwyczaiłem, cholernie łatwo, a teraz… Skrzyżowała ręce na piersiach, patrzyła przez szybę na błyskawice i powoli coraz mniej udawała, że wszystko jest w porządku. Znałem ten gest, ten sposób na chowanie się za fasadą.
Patrzyłem na nią, wpatrzoną w rozświetlane piorunami niebo, i nie wiedziałem, co powiedzieć. Parsknąłem pod nosem. Nie mogłem się powstrzymać - to przyszło samo, tak, jakby śmiech miał zdusić gorycz, która zaczęła mnie zalewać od środka. Parsknięcie zabrzmiało jak kpina, nawet jeśli nie miałem tego zamiaru. Jej słowa wbiły się we mnie mocniej, niż powinny - sprowadzały całość do jednej prostej transakcji - była, pomogła, teraz mogła odejść, bo nie było między nami nic więcej, żadnych przyzwyczajeń, tylko złudzenia, że przez chwilę mogliśmy być czymś więcej niż duetem przypadkowo rzuconym w to samo miejsce. Chciałem ją zranić, tak samo jak ona zraniła mnie. Chciałem zakpić, zamknąć się, odsunąć, udawać obojętność, a jednocześnie czułem, że to będzie oznaczało koniec - tym razem naprawdę zamknę drzwi, z których już nie będzie powrotu. A czy byłem na to gotowy? Chyba nie, ale w tamtej chwili, z goryczą palącą gardło i złością, która nie miała ujścia, nie potrafiłem zrobić nic innego.
- Nie wiedziałem, sze jesteś asz tak hojna w lozdawaniu pszysług. - Kpiący ton sam wdarł się w moje usta, zanim zdążyłem się powstrzymać. - Mogłabyś jeszcze wystawiś mi kwit, szebym pamiętał, co zawdzięczam twojej łaskawości.
Patrzyłem, jak się zamyka, jej ramiona, które jeszcze przed chwilą były moje, teraz tworzyły mur, zimny i odległy. Wpatrywała się w szybę, jakby tam, w błyskawicach i wichurze, miała znaleźć odpowiedź, jak gdyby to było łatwiejsze niż spojrzeć na mnie.
- Świetnie. - Odpowiedziałem, krzywiąc się w półuśmiechu. - Jedyna osoba, s któlą planowałem się tam pojawiś, właśnie dała mi kosza, więc telas zdecydowanie muszę szię pośpieszyś. - Słowa zabrzmiały ostrzej, niż powinny - może dlatego, że bolały mnie bardziej, niż się spodziewałem. To powinno być proste - przecież wiedziałem od początku, że to tylko chwilowe, nie miało prawa trwać. Tydzień, kilka dni, odrobina wspólnego ciepła w zimnym miejscu, nic więcej, a jednak - cholera jasna - pozwoliłem sobie na coś więcej, niż obiecałem sobie na starcie.
Nie rozumiałem jej - nie wiedziałem, czy w ogóle chcę. Jeszcze chwilę temu byłem blisko, chciałem jej, pragnąłem. A teraz? Teraz mnie odpychała, jakbym był niczym więcej niż przelotną zabawką. Najgorsze było to, że w jej głosie słyszałem coś, co brzmiało jak zazdrość. O kogo? O jakąś kobietę, której nigdy nie było? O wyimaginowaną rywalkę, którą sama sobie stworzyła? Nonsens. Jedyną osobą, która liczyła się przez ten czas, była ona, i - do kurwy nędzy - miała czelność mnie odrzucać, a jednocześnie robić mi wyrzuty, jakby faktycznie ktoś inny istniał. Dlaczego? Dlaczego pozwoliliśmy sobie na złudzenie szczęścia? Po co? To przecież od początku było skazane na koniec. Byliśmy tylko przechodniami, chwilą, epizodyczną postacią w swoich wzajemnych historiach. A jednak i tak wpadliśmy w to bagno. Pozwoliłem sobie zapomnieć o własnych słowach skierowanych nie tak dawno do Geraldine - o tym, że przywiązanie zawsze kończy się dramatem.
Miałem rację.
Teraz właśnie kończyło się źle.
Burza wciąż szalała za oknem, błyskawice rozświetlały szybę, a ja stałem kilka kroków od niej, czując, jak coś się we mnie rwie. Każdy piorun rozcinał we mnie kolejną nić, która jeszcze nas łączyła. Nie rozumiałem jej. Nie wiedziałem, czy chciałem. A najbardziej nienawidziłem tego, że mimo wszystkiego - pomimo goryczy, mimo kpin, mimo tej pieprzonej pasywnej agresji - wciąż chciałem podejść, objąć ją, poczuć jej ciepło. Wciąż chciałem udawać, że możemy się schować w tej nocy i że nic innego się nie liczy. Ale już wiedziałem - to się skończyło, nie miało prawa się nie skończyć.
Ostatnie dni… Do cholery, ostatnie dni były tak dziwnie spokojne, że aż bałem się je nazywać szczęśliwymi. Niczego sobie nie obiecywaliśmy, a jednak każdy gest, każde słowo tworzyło podstępnie coś, co zaczynało przypominać rutynę - i to właśnie było najbardziej niebezpieczne, cholernie łatwo było się w tym pogubić, jeszcze łatwiej przywyknąć. Ten spokój, ta stabilność, która wkradała się w nasze dni. Nie mówiłem tego głośno, ale wiedziałem, że to jest bardziej zwodnicze niż cokolwiek, co mogłoby na nas czekać za drzwiami. Ta pieprzona sielanka, rozmowy o niczym, o planach na kolejny dzień, o rzeczach tak błahych, że powinny nie mieć znaczenia, a jednak miały, bo przy niej prozaiczność nabierała ciężaru, nawet jeśli nie od razu był on wyczuwalny. Była ona, obok, i te kilka chwil, które wyglądały, jakby mogły się powtarzać w nieskończoność. Widziałem, jak łatwo się do tego przyzwyczaić, tak łatwo było oszukać samego siebie, że tak może być zawsze. A przecież nie mogło. Zbyt łatwo mi przychodziło śmiać się z jej pogróżek, zbyt lekko brałem jej słowa. Byłem spragniony jej głosu, niezależnie od tego, co mówiła, bo sama intonacja miała w sobie coś, co mnie rozbrajało. Za krótko, zbyt krótko, cholera, byliśmy razem, bym mógł nasycić się tym wszystkim.
Czułem jednak, jak lekko drgnęła, a jej ramiona spięły się pod moim dotykiem. Udawała, że nic się nie dzieje, cały ten ton to tylko zabawa, a ja doskonale wiedziałem, że nie o to chodziło - coś siedziało jej w głowie, nie umiałem tego nazwać, ale czułem ten ciężar w powietrzu. Mimo to pozwoliłem sobie jeszcze na drobną zaczepkę - przesunąłem palcami po jej dłoniach, unosząc lekko brzeg mokrej koszulki, niby od niechcenia, pół-żartem, pół-na serio, a jednak z całkowicie świadomą intencją.
- Skolo te mokle ciuchy tak baldzo komplikują splawę… - Wyszeptałem jej do ucha, przesadnie skruszony, jakbym w życiu nie zrobił nic gorszego. - Moszemy się ich pozbyś. - Mruknąłem nisko, odzywając się bardziej pomrukiem niż wyraźnym zdaniem. Potrzebowałem bliskości, cholernie potrzebowałem jej ciepła. Byłem głodny jej dotyku, spragniony tego, żeby zagłuszyć wszystko, co działo się na zewnątrz. To miało być proste - śmiech, pocałunek, łóżko albo wanna, jej ciało splecione z moim, noc, która znów miała nas uchronić przed światem. Tak miało być.
Ale nie było. Coś się w niej złamało, poczułem to jeszcze zanim zrobiło się nagle zbyt lodowato i za cicho - zaledwie chwilę wcześniej chciałem ją rozbawić, rozproszyć, wyciągnąć z niej to napięcie, które czułem w jej głosie, nagle wszystko pękło. Wypuściłem ją z ramion, odruchowo - dlatego, że usłyszałem w jej słowach więcej, niż chciałem. Nie powinno to być tak dotkliwe, a jednak ten chłód, który pojawił się w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej czułem żar, bo trzymałem ją blisko, uderzył mnie mocniej niż wichura za oknem. Patrzyłem na jej plecy, na linię ramion, na jej profil odbity w szybie, i wiedziałem, że coś się zmieniło - tak po prostu - niby nic wielkiego, a jednak wszystko. Zamykała się w sobie, krok po kroku, tak jak robiła to kiedyś, jakby chciała wrócić do wcześniejszych murów, do tamtej Prudence, której nie dało się dosięgnąć. A ja? Poczułem, że grunt usuwa mi się spod nóg, bo już wiedziałem, co się święci. Skrzyżowała ramiona na piersiach, wpatrywała się w szybę, niemal fizycznie czułem, jak z każdą sekundą zamykała się coraz bardziej. Mur za murem, dystans, który nagle wyrósł między nami, jakbyśmy nie spędzili razem tych kilku cholernie prostych, miłych dni, ale przecież… Właśnie - to były tylko dni, nic wielkiego - kilka nocy, kilka poranków, rozmów o niczym, a jednak to uderzyło we mnie mocniej niż powinno, poczułem, że zaczynam czegoś chcieć, ta namiastka normalności, tego złudzenia, że można się zatrzymać, zaczęła mieć znaczenie. Przynajmniej zanim Prudence, właśnie jednym zdaniem, jednym gestem, odsunęła mnie od siebie.
Tak, jakby całe to ostatnie kilka dni sprowadzało się do przysługi, jej obecność była usługą, którą wykonała, a teraz mogła spokojnie odejść. W tym momencie naprawdę coś we mnie pękło. Patrzyłem na nią, na jej sylwetkę odciętą od okna w blasku błyskawic, i nie wiedziałem, co bardziej mnie boli - jej słowa, czy to, że uwierzyłem, iż mogłoby być inaczej. Wypuściłem ją z ramion i nagle zrobiło się zimno, ale nie mogłem nic na to poradzić. Chłód rozprzestrzeniał się nie tylko w pokoju - we mnie też, patrzyłem na to wszystko, czując, jakby coś się we mnie osuwało. Tak łatwo się do niej przyzwyczaiłem, cholernie łatwo, a teraz… Skrzyżowała ręce na piersiach, patrzyła przez szybę na błyskawice i powoli coraz mniej udawała, że wszystko jest w porządku. Znałem ten gest, ten sposób na chowanie się za fasadą.
Patrzyłem na nią, wpatrzoną w rozświetlane piorunami niebo, i nie wiedziałem, co powiedzieć. Parsknąłem pod nosem. Nie mogłem się powstrzymać - to przyszło samo, tak, jakby śmiech miał zdusić gorycz, która zaczęła mnie zalewać od środka. Parsknięcie zabrzmiało jak kpina, nawet jeśli nie miałem tego zamiaru. Jej słowa wbiły się we mnie mocniej, niż powinny - sprowadzały całość do jednej prostej transakcji - była, pomogła, teraz mogła odejść, bo nie było między nami nic więcej, żadnych przyzwyczajeń, tylko złudzenia, że przez chwilę mogliśmy być czymś więcej niż duetem przypadkowo rzuconym w to samo miejsce. Chciałem ją zranić, tak samo jak ona zraniła mnie. Chciałem zakpić, zamknąć się, odsunąć, udawać obojętność, a jednocześnie czułem, że to będzie oznaczało koniec - tym razem naprawdę zamknę drzwi, z których już nie będzie powrotu. A czy byłem na to gotowy? Chyba nie, ale w tamtej chwili, z goryczą palącą gardło i złością, która nie miała ujścia, nie potrafiłem zrobić nic innego.
- Nie wiedziałem, sze jesteś asz tak hojna w lozdawaniu pszysług. - Kpiący ton sam wdarł się w moje usta, zanim zdążyłem się powstrzymać. - Mogłabyś jeszcze wystawiś mi kwit, szebym pamiętał, co zawdzięczam twojej łaskawości.
Patrzyłem, jak się zamyka, jej ramiona, które jeszcze przed chwilą były moje, teraz tworzyły mur, zimny i odległy. Wpatrywała się w szybę, jakby tam, w błyskawicach i wichurze, miała znaleźć odpowiedź, jak gdyby to było łatwiejsze niż spojrzeć na mnie.
- Świetnie. - Odpowiedziałem, krzywiąc się w półuśmiechu. - Jedyna osoba, s któlą planowałem się tam pojawiś, właśnie dała mi kosza, więc telas zdecydowanie muszę szię pośpieszyś. - Słowa zabrzmiały ostrzej, niż powinny - może dlatego, że bolały mnie bardziej, niż się spodziewałem. To powinno być proste - przecież wiedziałem od początku, że to tylko chwilowe, nie miało prawa trwać. Tydzień, kilka dni, odrobina wspólnego ciepła w zimnym miejscu, nic więcej, a jednak - cholera jasna - pozwoliłem sobie na coś więcej, niż obiecałem sobie na starcie.
Nie rozumiałem jej - nie wiedziałem, czy w ogóle chcę. Jeszcze chwilę temu byłem blisko, chciałem jej, pragnąłem. A teraz? Teraz mnie odpychała, jakbym był niczym więcej niż przelotną zabawką. Najgorsze było to, że w jej głosie słyszałem coś, co brzmiało jak zazdrość. O kogo? O jakąś kobietę, której nigdy nie było? O wyimaginowaną rywalkę, którą sama sobie stworzyła? Nonsens. Jedyną osobą, która liczyła się przez ten czas, była ona, i - do kurwy nędzy - miała czelność mnie odrzucać, a jednocześnie robić mi wyrzuty, jakby faktycznie ktoś inny istniał. Dlaczego? Dlaczego pozwoliliśmy sobie na złudzenie szczęścia? Po co? To przecież od początku było skazane na koniec. Byliśmy tylko przechodniami, chwilą, epizodyczną postacią w swoich wzajemnych historiach. A jednak i tak wpadliśmy w to bagno. Pozwoliłem sobie zapomnieć o własnych słowach skierowanych nie tak dawno do Geraldine - o tym, że przywiązanie zawsze kończy się dramatem.
Miałem rację.
Teraz właśnie kończyło się źle.
Burza wciąż szalała za oknem, błyskawice rozświetlały szybę, a ja stałem kilka kroków od niej, czując, jak coś się we mnie rwie. Każdy piorun rozcinał we mnie kolejną nić, która jeszcze nas łączyła. Nie rozumiałem jej. Nie wiedziałem, czy chciałem. A najbardziej nienawidziłem tego, że mimo wszystkiego - pomimo goryczy, mimo kpin, mimo tej pieprzonej pasywnej agresji - wciąż chciałem podejść, objąć ją, poczuć jej ciepło. Wciąż chciałem udawać, że możemy się schować w tej nocy i że nic innego się nie liczy. Ale już wiedziałem - to się skończyło, nie miało prawa się nie skończyć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)