20.08.2025, 15:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2025, 15:53 przez Anastasia Dolohov-Burke.)
Anastazja zmarszczyła delikatnie nos.
Coś jej tu śmierdziało, ale nie wiedziała, co.
Po pierwsze, salon był położony w dzielnicy mugolskiej, co już od początku wydało się kobiecie dziwnym... No ale sam właściciel powiedział, że jest "skromnym", czyż nie? A Anastazja nie była głupia. Westchnęła więc współczująco na te słowa, kładąc dłoń na pierś wznoszącą się w górę i w dół, wielkodusznym zrozumieniem wymalowanym na twarzy maskując wcześniejszy napad paniki. Wiedziała dobrze, że skromność mogła być cnotą tych tylko, którym brakło innych cnót... A więc Corvus był u b o g i m! Jednym z tych skromnych przedsiębiorców, którzy wnioskowali o przyznanie dotacji z ramienia Departamentu Skarbu, aby spotkać się z kolejną odmową – i kolejną – i kolejną, bo nie potrafili nigdy udowodnić płynności finansowej. Odrzucając ich wnioski, nie czuła wyrzutów sumienia, ale też nie kojarzyła, aby o dotację występował kiedykolwiek potomek rodu czystej krwi. Bo, po drugie, właściciel Aetheric Whispers podawał się za potomka wspaniałego i dumnego rodu Black. "Podawał się" było słowem klucz, bo Anastazja niespecjalnie kojarzyła go z widzenia... Jego pochodzeniu przeczył zresztą nie tylko wygląd, ale wyraźny irlandzki akcent, którym przebrzmiewał w jego głosie: śpiewny, falujący, z charakterystycznie zaokrąglonymi samogłoskami i melodyjnie wznoszącą się intonacją. W żaden sposób nie pasował do dystyngowanego akcentu magicznej arystokracji, obecnego na salonach. Czyżby to był jakiś zubożały kuzyn Blacków? Czegóż dopuściło się to niebożątko, żeby musieć robić u mugoli...? Że też rodzina nie wyciągnęła ku niemu pomocnej dłoni, toż to wstyd przecież!
A może, pomyślała nagle Anastazja, mrużąc oczy na widok rozłożonych w geście jowialnego powitania ramion Corvusa, może było też i po trzecie.
Podejrzany zakład w centrum niemagicznego Londynu, podejrzana persona, której kreacja kupy się nie trzymała... Czarne oczy wydawały się świdrować Corvusa Blacka, dopóki ten nie obdarzył pani Dolohov-Burke zapraszającym uśmiechem, błyskając przy tym zaskakująco długimi kłami. Mówi się, że kłamca od razu pozna kłamcę.
Przecież to jakiś przebieraniec, zrozumiała nagle Anastazja, ale wbrew podszeptom zdrowego rozsądku... Nie odeszła.
Nie wyglądała też na specjalnie poruszoną rewelacją, do jakiej doszła w głowie. Więcej, wygładziła wcześniej marszczony pogardliwie nos, odwzajemniła miękko uśmiech Blacka, i dystyngowanym krokiem weszła do wnętrza zakładu, ciągnąc za sobą tren skrojonej na zamówienie, bardzo gustownej, burgundowej szaty. Bez choćby słowa ścierpiała fakt, że nie rozłożono przed nią czerwonego dywanu, ażeby nie musiała stąpać po tych samych chodnikowych płytach, po których stąpali mugole.
Już nie wydawała się przestraszona, bardziej... Zaintrygowana.
Jak gdyby była główną bohaterką kryminału publikowanego w odcinkach w dodatku do "Czarownicy". Oto napotyka zamaskowanego przestępcę, nieświadomego, że kobieta, z którą grał przez ostatnie kilka odcinków w kotka i myszkę, odkryła już jego sekretną tożsamość! Przestępując próg zakładu, już pisała w myślach ciąg dalszy.
Leniwym gestem zgarnęła broszurkę reklamującą dostępne usługi z kontuaru blisko wejścia, udając, że przegląda jej zawartość, choć skupiła spojrzenie na twarzy przystojniaka, który ją obsługiwał.
– Herbaty, jeśli łaska, czarnej, ale nie przeparzonej, zamieszać, proszę, dwa razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dodać pięć łyżeczek cukru, zamieszać znowu, i dolać szczyptę mleka sojowego, dziękuję... Ach, kropelki na ukojenie nerwów? A macie państwo takie biopozyskiwane z gruczołów trzewnych puffków abisyńskich? Polecał mi je zaufany magomedyk, ale przyjmuję tylko takie ze specjalnym atestem. – Anastazja postukała pretensjonalnie palcem w broszurkę trzymaną w przyobleczonych w rękawiczki dłoniach. – Ciekawam oferty pańskiego zakładu, jeżeli łaskaw byłby mi ją pan zaprezentować.
Coś jej tu śmierdziało, ale nie wiedziała, co.
Po pierwsze, salon był położony w dzielnicy mugolskiej, co już od początku wydało się kobiecie dziwnym... No ale sam właściciel powiedział, że jest "skromnym", czyż nie? A Anastazja nie była głupia. Westchnęła więc współczująco na te słowa, kładąc dłoń na pierś wznoszącą się w górę i w dół, wielkodusznym zrozumieniem wymalowanym na twarzy maskując wcześniejszy napad paniki. Wiedziała dobrze, że skromność mogła być cnotą tych tylko, którym brakło innych cnót... A więc Corvus był u b o g i m! Jednym z tych skromnych przedsiębiorców, którzy wnioskowali o przyznanie dotacji z ramienia Departamentu Skarbu, aby spotkać się z kolejną odmową – i kolejną – i kolejną, bo nie potrafili nigdy udowodnić płynności finansowej. Odrzucając ich wnioski, nie czuła wyrzutów sumienia, ale też nie kojarzyła, aby o dotację występował kiedykolwiek potomek rodu czystej krwi. Bo, po drugie, właściciel Aetheric Whispers podawał się za potomka wspaniałego i dumnego rodu Black. "Podawał się" było słowem klucz, bo Anastazja niespecjalnie kojarzyła go z widzenia... Jego pochodzeniu przeczył zresztą nie tylko wygląd, ale wyraźny irlandzki akcent, którym przebrzmiewał w jego głosie: śpiewny, falujący, z charakterystycznie zaokrąglonymi samogłoskami i melodyjnie wznoszącą się intonacją. W żaden sposób nie pasował do dystyngowanego akcentu magicznej arystokracji, obecnego na salonach. Czyżby to był jakiś zubożały kuzyn Blacków? Czegóż dopuściło się to niebożątko, żeby musieć robić u mugoli...? Że też rodzina nie wyciągnęła ku niemu pomocnej dłoni, toż to wstyd przecież!
A może, pomyślała nagle Anastazja, mrużąc oczy na widok rozłożonych w geście jowialnego powitania ramion Corvusa, może było też i po trzecie.
Podejrzany zakład w centrum niemagicznego Londynu, podejrzana persona, której kreacja kupy się nie trzymała... Czarne oczy wydawały się świdrować Corvusa Blacka, dopóki ten nie obdarzył pani Dolohov-Burke zapraszającym uśmiechem, błyskając przy tym zaskakująco długimi kłami. Mówi się, że kłamca od razu pozna kłamcę.
Przecież to jakiś przebieraniec, zrozumiała nagle Anastazja, ale wbrew podszeptom zdrowego rozsądku... Nie odeszła.
Nie wyglądała też na specjalnie poruszoną rewelacją, do jakiej doszła w głowie. Więcej, wygładziła wcześniej marszczony pogardliwie nos, odwzajemniła miękko uśmiech Blacka, i dystyngowanym krokiem weszła do wnętrza zakładu, ciągnąc za sobą tren skrojonej na zamówienie, bardzo gustownej, burgundowej szaty. Bez choćby słowa ścierpiała fakt, że nie rozłożono przed nią czerwonego dywanu, ażeby nie musiała stąpać po tych samych chodnikowych płytach, po których stąpali mugole.
Już nie wydawała się przestraszona, bardziej... Zaintrygowana.
Jak gdyby była główną bohaterką kryminału publikowanego w odcinkach w dodatku do "Czarownicy". Oto napotyka zamaskowanego przestępcę, nieświadomego, że kobieta, z którą grał przez ostatnie kilka odcinków w kotka i myszkę, odkryła już jego sekretną tożsamość! Przestępując próg zakładu, już pisała w myślach ciąg dalszy.
Leniwym gestem zgarnęła broszurkę reklamującą dostępne usługi z kontuaru blisko wejścia, udając, że przegląda jej zawartość, choć skupiła spojrzenie na twarzy przystojniaka, który ją obsługiwał.
– Herbaty, jeśli łaska, czarnej, ale nie przeparzonej, zamieszać, proszę, dwa razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dodać pięć łyżeczek cukru, zamieszać znowu, i dolać szczyptę mleka sojowego, dziękuję... Ach, kropelki na ukojenie nerwów? A macie państwo takie biopozyskiwane z gruczołów trzewnych puffków abisyńskich? Polecał mi je zaufany magomedyk, ale przyjmuję tylko takie ze specjalnym atestem. – Anastazja postukała pretensjonalnie palcem w broszurkę trzymaną w przyobleczonych w rękawiczki dłoniach. – Ciekawam oferty pańskiego zakładu, jeżeli łaskaw byłby mi ją pan zaprezentować.
Please don't go
I'll eat you whole
I'll eat you whole