20.08.2025, 17:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2025, 17:35 przez Elliott Malfoy.)
Przechodzi z sali teatralnej do bankietowej z Philomena zaraz za Aaronem i Lorien → mija wernisaż → przy barze z Philomena, Lorien, Desmondem i Aaronem.
Zaciskająca się na ramieniu dłoń, choć zwieńczona idealnie zadbanymi paznokciami, przywodziła na myśl szpony; Philomena, wraz z ciężarem wieków, który zwiesiła na młodym Malfoyu, przypominała o palącym, rodowym obowiązku, o wypalanej rozgrzanym złotem ambicji i powinności. Przyzwyczajony do bagażu dziedzictwa, idąc z nim pod ramię, nie bał się spoglądać czarownicy w oczy. Ich twarze znajdowały się niemalże na tym samym poziomie. Elliott nie był najwyższy, tak samo jak jego ojciec i dziadek, ten ostatni nie zdążył ugiąć się pod ciężarem starości, odchodząc przedwcześnie. To, co odróżniało go od Fortinbrasa, był szalejący pod marmurową skorupą żywioł; ojcowski w agresji i determinacji burzył i karał pod stonowanym sarkazmem, siłą syna pozostawała nadzieja i budowanie na zgliszczach.
Pomarańcz wernisażu poraził oczy, acz nie duszę. Oklumencja była dlań najbardziej przydatną z nabytych umiejętności. Mimo to, zawiesił spojrzenie na obrazach. Powrócił myślami do chwil spędzanych z Perseuszem, opowieści Blacka o aurach, o pomarańczu;czy tak wyglądałem w twoich oczach? pomyślał, błądząc spojrzeniem za idącymi przed nim Lorien i Aarona. Kobieta opierając się o aurora, robiła to prawie całym swoim ciężarem, zupełnie tak, jakby potrzebowała laski. Nie poddał się sile nostalgii, odrzucając przyjemność chwil ulotnych straconej relacji.
Profil Aarona nie zdradzał wiele, myśli pozostawały zagadką, zapewne skryte za barierą równie silną, jeżeli nie bardziej, co najlepiej zabezpieczone w kraju instytucje. Elliott próbował doszukać się w twarzy Moody'ego jego syna, ale niewiele wskazywało, że będzie w stanie to zrobić. Choć rysy wskazywały na pokrewieństwo, chłodne pociągnięcia kości skutecznie odbierały ciepło, które mimo szorstkiego podejścia, przedzierało się przez akcje młodszego z Moodych. Skupienie, bezwzględność i zdecydowanie, których dopatrzył się w starszym mężczyźnie kojarzyły mu się jedynie z Fortinbrasem; wzdrygnął się mimowolnie, ocierając tym samym o ciało idącej obok Philomeny, zgnieceni w chwilowym nurcie, w ciasnym korytarzu. Zorientował się, że po drugiej stronie Pani Mulciber znajduje się jego młodszy kuzyn - Desmond, któremu skinął głową.
- Pani wybaczy, nie spodziewałem się tak intensywnych kolorów. Choć po samym spektaklu, nie powinienem być zaskoczony - wytłumaczył reakcję swojego ciała, gdy przekraczali próg sali bankietowej.
- Mój młodszy kuzyn, Desmond Malfoy, syn Paullusa. Desmondzie, jak zapewne wiesz, bo niemożliwym jest nie znać tak poważanej czarownicy, Philomena Mulciber - przedstawił sobie dwójkę dopiero, gdy podchodzili do baru - Lorien Mulciber, Sędzina Wizengamotu, Aaron Moody, Auror. Aaronie, Lorien, mój kuzyn Desmond - dokończył wymianę grzeczności i zamówił wodę bez lodu.
- Czyli wiedza małego ptaszka o poczynaniach mojego Pana ojca skończyła się na sierpniu? - pozwolił sobie na żart w odpowiedzi do Lorien i nie dał po sobie poznać, że w innych warunkach i zapewne tez, gdyby był bardziej ekspresywnym człowiekiem, przymrużyłby oczy - Dziękuję za troskę, wszystko z nim w porządku. Miał inne obowiązki, choć żałował, że nie mógł się pojawić - skłamał gładko - Przesyła Pani swoje najserdeczniejsze pozdrowienia - tu zwrócił się w stronę Philomeny.
Pytanie uświadomiło go również, że podobieństwo, którego doszukał się w Aaronie i Fortinbrasie, mogło nie być przypadkowe, choć było złudne, Moody miał w spojrzeniu niewyjaśnienie przyjemne uczucie, którego Elliott nie mógł w pełni dosięgnąć, a którego w pustych, jasnych oczach byłego Ministra nigdy nie zauważył.
Zaciskająca się na ramieniu dłoń, choć zwieńczona idealnie zadbanymi paznokciami, przywodziła na myśl szpony; Philomena, wraz z ciężarem wieków, który zwiesiła na młodym Malfoyu, przypominała o palącym, rodowym obowiązku, o wypalanej rozgrzanym złotem ambicji i powinności. Przyzwyczajony do bagażu dziedzictwa, idąc z nim pod ramię, nie bał się spoglądać czarownicy w oczy. Ich twarze znajdowały się niemalże na tym samym poziomie. Elliott nie był najwyższy, tak samo jak jego ojciec i dziadek, ten ostatni nie zdążył ugiąć się pod ciężarem starości, odchodząc przedwcześnie. To, co odróżniało go od Fortinbrasa, był szalejący pod marmurową skorupą żywioł; ojcowski w agresji i determinacji burzył i karał pod stonowanym sarkazmem, siłą syna pozostawała nadzieja i budowanie na zgliszczach.
Pomarańcz wernisażu poraził oczy, acz nie duszę. Oklumencja była dlań najbardziej przydatną z nabytych umiejętności. Mimo to, zawiesił spojrzenie na obrazach. Powrócił myślami do chwil spędzanych z Perseuszem, opowieści Blacka o aurach, o pomarańczu;czy tak wyglądałem w twoich oczach? pomyślał, błądząc spojrzeniem za idącymi przed nim Lorien i Aarona. Kobieta opierając się o aurora, robiła to prawie całym swoim ciężarem, zupełnie tak, jakby potrzebowała laski. Nie poddał się sile nostalgii, odrzucając przyjemność chwil ulotnych straconej relacji.
Profil Aarona nie zdradzał wiele, myśli pozostawały zagadką, zapewne skryte za barierą równie silną, jeżeli nie bardziej, co najlepiej zabezpieczone w kraju instytucje. Elliott próbował doszukać się w twarzy Moody'ego jego syna, ale niewiele wskazywało, że będzie w stanie to zrobić. Choć rysy wskazywały na pokrewieństwo, chłodne pociągnięcia kości skutecznie odbierały ciepło, które mimo szorstkiego podejścia, przedzierało się przez akcje młodszego z Moodych. Skupienie, bezwzględność i zdecydowanie, których dopatrzył się w starszym mężczyźnie kojarzyły mu się jedynie z Fortinbrasem; wzdrygnął się mimowolnie, ocierając tym samym o ciało idącej obok Philomeny, zgnieceni w chwilowym nurcie, w ciasnym korytarzu. Zorientował się, że po drugiej stronie Pani Mulciber znajduje się jego młodszy kuzyn - Desmond, któremu skinął głową.
- Pani wybaczy, nie spodziewałem się tak intensywnych kolorów. Choć po samym spektaklu, nie powinienem być zaskoczony - wytłumaczył reakcję swojego ciała, gdy przekraczali próg sali bankietowej.
- Mój młodszy kuzyn, Desmond Malfoy, syn Paullusa. Desmondzie, jak zapewne wiesz, bo niemożliwym jest nie znać tak poważanej czarownicy, Philomena Mulciber - przedstawił sobie dwójkę dopiero, gdy podchodzili do baru - Lorien Mulciber, Sędzina Wizengamotu, Aaron Moody, Auror. Aaronie, Lorien, mój kuzyn Desmond - dokończył wymianę grzeczności i zamówił wodę bez lodu.
- Czyli wiedza małego ptaszka o poczynaniach mojego Pana ojca skończyła się na sierpniu? - pozwolił sobie na żart w odpowiedzi do Lorien i nie dał po sobie poznać, że w innych warunkach i zapewne tez, gdyby był bardziej ekspresywnym człowiekiem, przymrużyłby oczy - Dziękuję za troskę, wszystko z nim w porządku. Miał inne obowiązki, choć żałował, że nie mógł się pojawić - skłamał gładko - Przesyła Pani swoje najserdeczniejsze pozdrowienia - tu zwrócił się w stronę Philomeny.
Pytanie uświadomiło go również, że podobieństwo, którego doszukał się w Aaronie i Fortinbrasie, mogło nie być przypadkowe, choć było złudne, Moody miał w spojrzeniu niewyjaśnienie przyjemne uczucie, którego Elliott nie mógł w pełni dosięgnąć, a którego w pustych, jasnych oczach byłego Ministra nigdy nie zauważył.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦