21.08.2025, 18:58 ✶
Samotnie schodzi do wernisażu, później podchodzi do baru, gdzie dołącza do niego Elliott, Philomena, Lorien i Aaron.
Ze zmrużonymi oczami śledził ruch ginących w półmroku dłoni Pani Philomeny Mulciber, bezwiednie naśladując rytm jej oszczędnych, emanujących dezaprobatą oklasków. Subtelnie ominął zwracającą się w jego stronę lornetkę starszej kobiety, przenosząc spojrzenie na scenę, z której schodził właśnie Oleander. To było całkiem przykre, że skomponował tak piękną muzykę do spektaklu, który wypadł na tyle... ambiwalentnie. Niezależnie od kunsztownej charakteryzacji i imponującej choreografii, moralne meritum reinterpretacji klasycznej sztuki okazało się zwyczajnie zgniłe. To spostrzeżenie było właśnie najważniejsze - nie powinien dawać się zwodzić populistycznemu blichtrowi.
Schodziwszy do głównego holu, na dłużą chwilę zatrzymał się przy wernisażu. Zaintrygował go niekryty, dumy impresjonizm wielości plakatów, które wyzbyły się wszelkich szczegółów na rzecz czystych emocji. Jego oczy automatycznie podążyły ku tworowi, w którym dominowała najintensywniejsza czerwień. Ten gniew był znajomy, ta niemalże zwierzęca pasja niezmiennie dodawała mu irracjonalnej otuchy. Siła, asertywność, niezależność, respekt, męskość - choć była to sylwetka kobiety. Ambicji. Mathildy, która niegdyś wraz z nim przynależała do Slytherinu, nawet mimo jej zbrukanej zgnilizną krwi. Pozostałe dzieła przedstawiały ją w otoczeniu szlachetnej zieleni. Czy szkarłatna anomalia była tylko przypadkiem?
Gdy złączył się z tłumem podążającym korytarzem, już zaczynało brakować mu kieliszka w dłoni. Sztywnym, wyuczonym uśmiechem powitał starszego kuzyna, który pojawił się tuż przy nim jak znikąd. Wtem wątłe ramię prowadzonej przez Elliotta Pani Philomeny otarło się o jego rękaw śliską miękkością jedwabiu. Odruchowo usunął się, prawie wpadając na ścianę:
- Przepraszam najmocniej - niemalże szepnął, czerwieniejąc.
Przyśpieszył kroku i naraz znalazł się w foyer, gdzie spotkał się twarzą w twarz z zerkającym nań ze ściany Tybaltem, bladym wspomnieniem Baldwina. Westchnął ciężko, odwracając wzrok od dziwnie szyderczej projekcji kuzyna, i skierował się do baru, gdzie natychmiast zamówił kolejnego drinka, podwójnego old fashioned. Ledwo zdążył zmoczyć usta, kiedy Elliott wraz z grupą raz kolejny zdecydował się go nawiedzić. Uśmiechał się sztywno, kiedy przedstawiał wszystkich. Lekko ukłonił się Pani Philomenie; Aaronowi Moody'emu nie podał ręki.
- D-dziękuję elliocie oczywiście sława pani philomeny mulciber dotarła. Do mnie tak samo zaszczycony jestem obecnością. Pani sędziny. - Słowa wylatywały z jego ust lekko nieskoordynowanie, ale jasno widać było, że jego uwaga skupiona pozostawała na nestorce Mulciber.
Zawstydzony spojrzał w trzymaną w dłoni szklankę i niezgrabnie, jednym duszkiem, upił zeń większość drinka. Słyszał w głowie szum alkoholu, na policzkach czuł jego żar. Musiał pamiętać, że nie jest trzeźwy, choć w takiej sytuacji jak najbardziej powinien być.
- Przepraszam pani philomeno. Czy. Miałaby pani ochotę na krótką konwersację. - Był młody, niedoświadczony i boleśnie świadomy tego, że nie stanowił dla sławnej publicystki zbyt interesującego partnera do rozmowy. Tak trudno było mu się zmusić, żeby patrzeć jej prosto w oczy.
Ze zmrużonymi oczami śledził ruch ginących w półmroku dłoni Pani Philomeny Mulciber, bezwiednie naśladując rytm jej oszczędnych, emanujących dezaprobatą oklasków. Subtelnie ominął zwracającą się w jego stronę lornetkę starszej kobiety, przenosząc spojrzenie na scenę, z której schodził właśnie Oleander. To było całkiem przykre, że skomponował tak piękną muzykę do spektaklu, który wypadł na tyle... ambiwalentnie. Niezależnie od kunsztownej charakteryzacji i imponującej choreografii, moralne meritum reinterpretacji klasycznej sztuki okazało się zwyczajnie zgniłe. To spostrzeżenie było właśnie najważniejsze - nie powinien dawać się zwodzić populistycznemu blichtrowi.
Schodziwszy do głównego holu, na dłużą chwilę zatrzymał się przy wernisażu. Zaintrygował go niekryty, dumy impresjonizm wielości plakatów, które wyzbyły się wszelkich szczegółów na rzecz czystych emocji. Jego oczy automatycznie podążyły ku tworowi, w którym dominowała najintensywniejsza czerwień. Ten gniew był znajomy, ta niemalże zwierzęca pasja niezmiennie dodawała mu irracjonalnej otuchy. Siła, asertywność, niezależność, respekt, męskość - choć była to sylwetka kobiety. Ambicji. Mathildy, która niegdyś wraz z nim przynależała do Slytherinu, nawet mimo jej zbrukanej zgnilizną krwi. Pozostałe dzieła przedstawiały ją w otoczeniu szlachetnej zieleni. Czy szkarłatna anomalia była tylko przypadkiem?
Gdy złączył się z tłumem podążającym korytarzem, już zaczynało brakować mu kieliszka w dłoni. Sztywnym, wyuczonym uśmiechem powitał starszego kuzyna, który pojawił się tuż przy nim jak znikąd. Wtem wątłe ramię prowadzonej przez Elliotta Pani Philomeny otarło się o jego rękaw śliską miękkością jedwabiu. Odruchowo usunął się, prawie wpadając na ścianę:
- Przepraszam najmocniej - niemalże szepnął, czerwieniejąc.
Przyśpieszył kroku i naraz znalazł się w foyer, gdzie spotkał się twarzą w twarz z zerkającym nań ze ściany Tybaltem, bladym wspomnieniem Baldwina. Westchnął ciężko, odwracając wzrok od dziwnie szyderczej projekcji kuzyna, i skierował się do baru, gdzie natychmiast zamówił kolejnego drinka, podwójnego old fashioned. Ledwo zdążył zmoczyć usta, kiedy Elliott wraz z grupą raz kolejny zdecydował się go nawiedzić. Uśmiechał się sztywno, kiedy przedstawiał wszystkich. Lekko ukłonił się Pani Philomenie; Aaronowi Moody'emu nie podał ręki.
- D-dziękuję elliocie oczywiście sława pani philomeny mulciber dotarła. Do mnie tak samo zaszczycony jestem obecnością. Pani sędziny. - Słowa wylatywały z jego ust lekko nieskoordynowanie, ale jasno widać było, że jego uwaga skupiona pozostawała na nestorce Mulciber.
Zawstydzony spojrzał w trzymaną w dłoni szklankę i niezgrabnie, jednym duszkiem, upił zeń większość drinka. Słyszał w głowie szum alkoholu, na policzkach czuł jego żar. Musiał pamiętać, że nie jest trzeźwy, choć w takiej sytuacji jak najbardziej powinien być.
- Przepraszam pani philomeno. Czy. Miałaby pani ochotę na krótką konwersację. - Był młody, niedoświadczony i boleśnie świadomy tego, że nie stanowił dla sławnej publicystki zbyt interesującego partnera do rozmowy. Tak trudno było mu się zmusić, żeby patrzeć jej prosto w oczy.