Pub Ozzy'ego nie wyglądał źle, to fakt. Prawdę mówiąc w ogólnym rozrachunku niewiele mu się stało - raptem wybite okno, zniszczony kawałek dachu i upiorna sadza na ścianach, która miała jakiś dziwny vibe, którego Osiris nie potrafił wyjaśnić. Nie dotykał jej, zbliżył się do niej jedynie, ale wyczuwał od niej coś dziwnego, coś magicznego, co sprawiało, że nie miał ochoty przebywać w środku dłużej. Sam nie wiedział jakim sposobem był cały i zdrowy, bo w pewnym momencie na ulicy za oknami zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, ale jakimś cudem płomienie nie dosięgły ani jego bezpośrednio, ani większej części lokalu.
Zdawał sobie sprawę z tego, że spora część ulicy Pokątnej i przylegających do niej alejek płonęło, przypuszczał też, że nie była to jedyna część Londynu, która zajęła się ogniem, ale niekoniecznie mógł mayśleć o całym Londynie jako o miejscu, które było zajęte pożarem. W pewnym momencie tak, jasne, przeszło mu to przez myśl, ale dosłownie w tej samej chwili uświadomił sobie, że jego przyjaciel również miał swój biznes na terenie stolicy Wielkiej Brytanii, a samo myślenie o tym, że cokolwiek mogłoby mu się stać było dla niego nie do przeskoczenia i gdy choćby na chwilę próbował sobie wyobrazić, że Blackowi mogła się wydarzyć jakaś krzywda, że mógł zostać ranny, zabity... jego organizm odmawiał posłuszeństwa. Być może to właśnie było przyczynkiem do tego, że większość czasu, w którym pożar szalał po londyńskich ulicach, on spędził w swoim lokalu, gapiąc się na ślady dłoni, odciśnięte jakby w sadzy znajdującej się na ścianach jego pubu, nie mogąc dosłownie się poruszyć.
Prawdopodobnie gdyby nie to, że usłyszał wołanie, a konkretnie swoje imię, nazwisko i specyficzną ksywkę, którą Black go obdarował niedługo po tym, gdy dowiedział się, że Lupin jest wilkołakiem, siedziałby w swoim ukochanym "Casa Luz" póki się tylko dało. Słysząc jednak to wszystko i doskonale zdając sobie sprawę kto może go wołać w ten określony sposób ruszył się wreszcie z miejsca i wyszedł przed swój lokal, otwierając drzwi i wytaczając się niemalże na zewnątrz, w otoczeniu kłębów dymu.
- Black... - wymamrotał tylko, wpadając niemalże od razu w ramiona stojącego tuż przed progiem Dacre, w którego od razu się wtulił, przytulając twarz do jego ramienia i zamykając oczy. Czuł się oszołomiony, więc nie wszystko co działo się dookoła do niego docierało, ale obecność przyjaciela zarejestrował i chyba tylko ona w jakikolwiek sposób utrzymywała go w ryzach, w świadomości tego, co działo się dookoła. - Jesteś cały...? - wymamrotał, odsuwając się od jego ramienia i ujmując twarz Dacre w dłonie, spoglądając przy tym w oczy przyjaciela, którego - choć jego mózg nie chciał tego zaakceptować - bał się, że już więcej nie zobaczy. - Tenía miedo de perderte para siempre... - wymamrotał, jakby zupełnie zapominając, że jego przyjaciel nie jest aż tak bardzo hiszpańskojęzyczny, jak on sam.
@dacre black