21.08.2025, 15:08 ✶
Niezależnie od tego, czy brałoby się pod uwagę ich środowisko, czy też czasy, w jakich żyli, z pewnością niełatwo było być całkowicie szczerym, co do całego swojego zachowania. Po prawdzie mówiąc, Ambroise czasami sam nie dostrzegał własnego fałszu (a czasem nie chciał go widzieć), nieświadomego przyjmowania starannie dobranej postawy albo zakładania masek mających mu pomóc odnaleźć się w danej sytuacji. W pewnym momencie swojego życia robił to już niemal automatycznie, bowiem tylko w taki sposób mógł obronić innych lub siebie przed konsekwencjami podejmowanych decyzji. Nie lubił udawać, nie chciał powstrzymywać się przed formułowaniem własnych opinii, nie zwykł wchodzić w niczyją dupę, jednak bez wątpienia potrafił wsadzić w nią kij, pilnując się przed tym, aby nie zaszkodzić najbliższym.
A jednak przy Geraldine był szczery. Czasami być może bardziej aniżeli powinien, szczególnie przed tymi kilkoma dniami, gdy jego usta opuszczały skrajnie różne słowa. Nie wszystkie były właściwe. Część z nich była wyłącznie chwilową prawdą, czymś, co w tamtym momencie cisnęło mu się na język, jednak w rzeczywistości stanowiło wyłącznie wynik jego własnego zamotania. Nigdy jednak nie chciał być kimś, kto wracałby do domu, udając kogoś, kim nie jest. Grając na zewnątrz i przyjmując wyłącznie nieco inne maski w czterech ścianach. Nie. Oboje od dawna wiedzieli, na co się pisali.
- Do niczego byś mnie nie zmuszała, wiem - kiwnął głową, nie odwracając spojrzenia od oczu dziewczyny.
Tak, doskonale znał tę uniwersalną prawdę. Nie spodziewał się po Rinie sięgania po żadną zaawansowaną sztukę manipulacji czy też wymuszania na nim, aby nasunął jej pierścionek na palec, jeżeli sam nie pragnąłby tego zrobić. Szczerze mówiąc, raczej dosyć trudno byłoby mu o tym zapomnieć, skoro co jakiś czas zdarzało im się na nowo orbitować wokół zagadnień związanych z chęcią, nie przymusem. Dosyć mocno upodobali sobie zresztą powiedzenie, że w istocie nic nie musieli. Zazwyczaj traktował je zresztą całkiem lajtowo. No, do momentów, kiedy nie podejmował prób przekonania Yaxleyówny, co do szczerości swoich intencji.
Tutaj? No cóż. Tym razem miał już zdecydowanie doskonałe przesłanki, aby zapomnieć o wszystkich poprzednich próbach zrobienia z nich godziwych ludzi, cokolwiek by to nie znaczyło, bowiem żyjąc z nią na kocią łapę, wcale nie czuł się mniej zakochany. Prawdę mówiąc, w swoim życiu dosyć mocno napatrzył się na nieszczęśliwe związki małżeńskie, nie biorąc ślubu za żaden mityczny gwarant zakończenia jak z bajki. To była wyłącznie formalność. Kilka papierków, nic więcej. Choć nie mógł nie przyznać, że usłyszenie zgody ze strony dziewczyny nie sprawiło, że poczuł się szczególnie szczęśliwie. To był dobry poranek.
- Podoba mi się, jak bez chwili zawahania wykluczasz Dolinę Godryka - stwierdził, również bez nawet najmniejszych oporów, o dziwo, robiąc to z nieukrywanym rozbawieniem.
Nie, nie przeszkadzała mu sugestia, gdzie zapewne mieli skończyć, organizując ślub i wesele. Nawet jeśli jeszcze kilka dni wcześniej naprawdę nie powiedziałby, że jeszcze kiedykolwiek sam z siebie zechce udać się w tamte rejony, jeżeli taka była wola Riny, mieli tam pojechać. To nie było dla niego aż tak istotne. Lubił West Country, był z nim mocno związany, jednak bez wątpienia nie tak, aby odbierać Geraldine radość z ceremonii w jej rodzinnych stronach. Nawet jeśli chwilowo jeszcze nie sądził, by mieli o tym szybko rozmawiać.
- Znakomicie odnajdziesz się w roli głównej organizatorki - tak, tak, oczywiście, jasna sprawa, nie miał krzty wątpliwości, że jego słowa są dokładnie tym, co chciała usłyszeć Geraldine.
To wcale nie było tak, że gdyby mogli zorganizować wszystko całkowicie po swojemu, zapewne już dawno byłoby po fakcie. Wybraliby się z najbliższymi do odpowiedniego kowenu, załatwiliby bardzo prywatną ceremonię i wszystkie związane z nią formalności, a następnie uczciliby to po swojemu, bez zbędnej wydumanej oprawy i myślenia o wszystkich możliwych pociotkach. Tak, doskonale wiedział, że Yaxleyówna raczej nie miała w sobie odkryć nagłych, wcześniej ukrytych podkładów natchnienia do bycia damą w centrum uwagi. I może właśnie dlatego celowo podkreślił tę funkcję? Nie dało się ukryć, lubił korzystać z okazji, szczególnie takiej.
- Z łuku akurat dobrze strzelasz - przyznał, nie tłumiąc uśmieszku w kącikach ust, przez który raczej nie potrzebował na głos dodawać nic o tym, że w kwestii tej innej broni, tej bardzo konkretnej, również strzelającej...
...no cóż, nie zamierzał przestać nawiązywać do ich przeszłości. Doskonale się przy tym bawił.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że wprost uwielbiasz długie ględzenie. Im dłuższe, tym lepsze - udało mu się nie poruszyć przy tym nawet najdrobniejszym mięśniem twarzy, wypowiadając te słowa tak poważnie jak tylko był w stanie to zrobić.
Gdyby naprawdę chciał to zrobić, w tym momencie miał niemalże jedyną w swoim rodzaju możliwość uraczenia Riny próbką jego pospiesznie stworzonej twórczości. To była dokładnie ta chwila, w której powinien przekornie odchrzaknąć, a następnie przejść do rzeczy, męcząc uszy dziewczyny czymś, co Yaxleyówna zapamiętałaby już na zawsze. Dzięki temu z pewnością nie oczekiwałaby po nim jakiejkolwiek weselnej mowy (nie to, aby nie miał pewności, że i tak raczej zamierzała mu tego oszczędzić), darując mu publiczne wygłaszanie autorskiej przysięgi ślubnej. A jednak wcale nie próbował zaradzić tej hipotetycznej przyszłości.
- Cieszę się, że trafiłem - stwierdził zamiast tego, odnosząc się do wyboru biżuterii w taki sposób, jakby wcale nie spędził wielu godzin nad myśleniem o tym, by była idealnie dopasowana.
Praktyczna, nie tylko ładna, choć nie ostentacyjnie funkcjonalna.
- Tylko ty jesteś w stanie nazwać broń uroczą - zauważył, mrużąc przy tym oczy i posyłając wymowny uśmieszek w kierunku dziewczyny.
Oczywiście, oboje doskonale wiedzieli, że w pierwszej kolejności była to biżuteria zaręczynowa. Symbol ich związku, wspólnej przeszłości oraz planów na przyszłość, jakie tym razem malowały się przed nimi w bardzo jasnych i jeszcze bardziej określonych barwach. W zieleni i bieli, w błękicie błyszczących oczu Geraldine i w bladym różu jej rumianych policzków. W blondzie pukli włosów nieco rozwianych i potarganych wiatrem przez całą nadmorską noc, jaką spędzili poza domem. W całej palecie kolorów natury pełniącej tak istotną rolę w życiu ich obojga.
Jednakże tak. To nie była wyłącznie błyskotka. Nie był to tylko kamyk, nawet jeśli ten prezentował się wyjątkowo dobrze w złotej oprawie z roślinnym motywem. Było to coś więcej. Coś, o czego praktyczną funkcję zabiegał praktycznie przed dwoma laty, szukając właściwego rzemieślnika, który wykonałby niełatwe zadanie. Zguba, jaką przez chwilę był w jego oczach ten pierścionek, nie miała tylko wartości ozdobnej czy sentymentalnej.
Nie. Mogła posłużyć także do innych celów. Była bronią. Ładną, pozornie niewinną, ale wciąż bronią. Szczególnie, gdy brało się pod uwagę wszelkie możliwości, jakie dawała, nie tylko wbicie samego szpikulca w oko.
- To niedobrze. Powinnaś poznać kogoś, kto zna się na tych tematach - odparł gładko, wcale nie unosząc podbródka ani nie wypinając piersi, no, bo przecież to wcale nie było tak, że właśnie siedziała na kolanach człowieka, który mógł uzupełnić te wszystkie braki.
Ba, mając co najmniej kilka propozycji, z którymi mógłby niemal od razu wyjść, gdyby tylko zechciała zadać mu jakieś pytanie. Uniósł brwi, mrugając i tłumiąc uśmiech.
- Nie tylko on - tak, może był żenująco nieoryginalny, żeby nie powiedzieć tani (tak, to bez wątpienia nie był wyszukany tekst), ale przynajmniej nie był ckliwy.
Był jedynie spragniony pocałunków, dotyku, tej chwili. Objęcia Geraldine mocniej ramionami i przyciągnięcia jej do siebie, gdy postanowiła wreszcie złączyć ich usta. Nic innego już nie istniało. Byli tylko oni. Idealnie.
A jednak przy Geraldine był szczery. Czasami być może bardziej aniżeli powinien, szczególnie przed tymi kilkoma dniami, gdy jego usta opuszczały skrajnie różne słowa. Nie wszystkie były właściwe. Część z nich była wyłącznie chwilową prawdą, czymś, co w tamtym momencie cisnęło mu się na język, jednak w rzeczywistości stanowiło wyłącznie wynik jego własnego zamotania. Nigdy jednak nie chciał być kimś, kto wracałby do domu, udając kogoś, kim nie jest. Grając na zewnątrz i przyjmując wyłącznie nieco inne maski w czterech ścianach. Nie. Oboje od dawna wiedzieli, na co się pisali.
- Do niczego byś mnie nie zmuszała, wiem - kiwnął głową, nie odwracając spojrzenia od oczu dziewczyny.
Tak, doskonale znał tę uniwersalną prawdę. Nie spodziewał się po Rinie sięgania po żadną zaawansowaną sztukę manipulacji czy też wymuszania na nim, aby nasunął jej pierścionek na palec, jeżeli sam nie pragnąłby tego zrobić. Szczerze mówiąc, raczej dosyć trudno byłoby mu o tym zapomnieć, skoro co jakiś czas zdarzało im się na nowo orbitować wokół zagadnień związanych z chęcią, nie przymusem. Dosyć mocno upodobali sobie zresztą powiedzenie, że w istocie nic nie musieli. Zazwyczaj traktował je zresztą całkiem lajtowo. No, do momentów, kiedy nie podejmował prób przekonania Yaxleyówny, co do szczerości swoich intencji.
Tutaj? No cóż. Tym razem miał już zdecydowanie doskonałe przesłanki, aby zapomnieć o wszystkich poprzednich próbach zrobienia z nich godziwych ludzi, cokolwiek by to nie znaczyło, bowiem żyjąc z nią na kocią łapę, wcale nie czuł się mniej zakochany. Prawdę mówiąc, w swoim życiu dosyć mocno napatrzył się na nieszczęśliwe związki małżeńskie, nie biorąc ślubu za żaden mityczny gwarant zakończenia jak z bajki. To była wyłącznie formalność. Kilka papierków, nic więcej. Choć nie mógł nie przyznać, że usłyszenie zgody ze strony dziewczyny nie sprawiło, że poczuł się szczególnie szczęśliwie. To był dobry poranek.
- Podoba mi się, jak bez chwili zawahania wykluczasz Dolinę Godryka - stwierdził, również bez nawet najmniejszych oporów, o dziwo, robiąc to z nieukrywanym rozbawieniem.
Nie, nie przeszkadzała mu sugestia, gdzie zapewne mieli skończyć, organizując ślub i wesele. Nawet jeśli jeszcze kilka dni wcześniej naprawdę nie powiedziałby, że jeszcze kiedykolwiek sam z siebie zechce udać się w tamte rejony, jeżeli taka była wola Riny, mieli tam pojechać. To nie było dla niego aż tak istotne. Lubił West Country, był z nim mocno związany, jednak bez wątpienia nie tak, aby odbierać Geraldine radość z ceremonii w jej rodzinnych stronach. Nawet jeśli chwilowo jeszcze nie sądził, by mieli o tym szybko rozmawiać.
- Znakomicie odnajdziesz się w roli głównej organizatorki - tak, tak, oczywiście, jasna sprawa, nie miał krzty wątpliwości, że jego słowa są dokładnie tym, co chciała usłyszeć Geraldine.
To wcale nie było tak, że gdyby mogli zorganizować wszystko całkowicie po swojemu, zapewne już dawno byłoby po fakcie. Wybraliby się z najbliższymi do odpowiedniego kowenu, załatwiliby bardzo prywatną ceremonię i wszystkie związane z nią formalności, a następnie uczciliby to po swojemu, bez zbędnej wydumanej oprawy i myślenia o wszystkich możliwych pociotkach. Tak, doskonale wiedział, że Yaxleyówna raczej nie miała w sobie odkryć nagłych, wcześniej ukrytych podkładów natchnienia do bycia damą w centrum uwagi. I może właśnie dlatego celowo podkreślił tę funkcję? Nie dało się ukryć, lubił korzystać z okazji, szczególnie takiej.
- Z łuku akurat dobrze strzelasz - przyznał, nie tłumiąc uśmieszku w kącikach ust, przez który raczej nie potrzebował na głos dodawać nic o tym, że w kwestii tej innej broni, tej bardzo konkretnej, również strzelającej...
...no cóż, nie zamierzał przestać nawiązywać do ich przeszłości. Doskonale się przy tym bawił.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że wprost uwielbiasz długie ględzenie. Im dłuższe, tym lepsze - udało mu się nie poruszyć przy tym nawet najdrobniejszym mięśniem twarzy, wypowiadając te słowa tak poważnie jak tylko był w stanie to zrobić.
Gdyby naprawdę chciał to zrobić, w tym momencie miał niemalże jedyną w swoim rodzaju możliwość uraczenia Riny próbką jego pospiesznie stworzonej twórczości. To była dokładnie ta chwila, w której powinien przekornie odchrzaknąć, a następnie przejść do rzeczy, męcząc uszy dziewczyny czymś, co Yaxleyówna zapamiętałaby już na zawsze. Dzięki temu z pewnością nie oczekiwałaby po nim jakiejkolwiek weselnej mowy (nie to, aby nie miał pewności, że i tak raczej zamierzała mu tego oszczędzić), darując mu publiczne wygłaszanie autorskiej przysięgi ślubnej. A jednak wcale nie próbował zaradzić tej hipotetycznej przyszłości.
- Cieszę się, że trafiłem - stwierdził zamiast tego, odnosząc się do wyboru biżuterii w taki sposób, jakby wcale nie spędził wielu godzin nad myśleniem o tym, by była idealnie dopasowana.
Praktyczna, nie tylko ładna, choć nie ostentacyjnie funkcjonalna.
- Tylko ty jesteś w stanie nazwać broń uroczą - zauważył, mrużąc przy tym oczy i posyłając wymowny uśmieszek w kierunku dziewczyny.
Oczywiście, oboje doskonale wiedzieli, że w pierwszej kolejności była to biżuteria zaręczynowa. Symbol ich związku, wspólnej przeszłości oraz planów na przyszłość, jakie tym razem malowały się przed nimi w bardzo jasnych i jeszcze bardziej określonych barwach. W zieleni i bieli, w błękicie błyszczących oczu Geraldine i w bladym różu jej rumianych policzków. W blondzie pukli włosów nieco rozwianych i potarganych wiatrem przez całą nadmorską noc, jaką spędzili poza domem. W całej palecie kolorów natury pełniącej tak istotną rolę w życiu ich obojga.
Jednakże tak. To nie była wyłącznie błyskotka. Nie był to tylko kamyk, nawet jeśli ten prezentował się wyjątkowo dobrze w złotej oprawie z roślinnym motywem. Było to coś więcej. Coś, o czego praktyczną funkcję zabiegał praktycznie przed dwoma laty, szukając właściwego rzemieślnika, który wykonałby niełatwe zadanie. Zguba, jaką przez chwilę był w jego oczach ten pierścionek, nie miała tylko wartości ozdobnej czy sentymentalnej.
Nie. Mogła posłużyć także do innych celów. Była bronią. Ładną, pozornie niewinną, ale wciąż bronią. Szczególnie, gdy brało się pod uwagę wszelkie możliwości, jakie dawała, nie tylko wbicie samego szpikulca w oko.
- To niedobrze. Powinnaś poznać kogoś, kto zna się na tych tematach - odparł gładko, wcale nie unosząc podbródka ani nie wypinając piersi, no, bo przecież to wcale nie było tak, że właśnie siedziała na kolanach człowieka, który mógł uzupełnić te wszystkie braki.
Ba, mając co najmniej kilka propozycji, z którymi mógłby niemal od razu wyjść, gdyby tylko zechciała zadać mu jakieś pytanie. Uniósł brwi, mrugając i tłumiąc uśmiech.
- Nie tylko on - tak, może był żenująco nieoryginalny, żeby nie powiedzieć tani (tak, to bez wątpienia nie był wyszukany tekst), ale przynajmniej nie był ckliwy.
Był jedynie spragniony pocałunków, dotyku, tej chwili. Objęcia Geraldine mocniej ramionami i przyciągnięcia jej do siebie, gdy postanowiła wreszcie złączyć ich usta. Nic innego już nie istniało. Byli tylko oni. Idealnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down