Kiedy padło jego imię, wyrwał się z zamyślenia, skupiając się na osobie, która je wypowiedziała. Nie był to szczególnie znany mu głos, ale jednocześnie słuchał go przecież przez większość tego wieczoru. Hannibal Selwyn. Bystrość wróciła do oczu Morpheusa, w sposób tak nagły, że mógł przywodzić na myśl marionetkę, którą ktoś znów zawiesił na sznurkach i zaczął zręcznie animować.
Nagle zostajesz wyrwany z marazmu w przestrzeń żywych. Życie to ból, życie to cierpienie, życie to terror, lecz ostatecznie życie jest też spektakularne i piękne. Od czasu Spalonej Nocy, Morpheus zawieszał się na długich przerwach, dysocjując, zapominając o świecie i podążając utartymi ścieżkami. Często, siedząc przy biurku w Departamencie Tajemnic, po prostu patrzył się przed siebie przez kilka godzin, czarna kawa w filiżance zapomniana, pióro porzucone, wiszące bezczynnie nad pergaminem, niemające czego zapisywać. Było w nim coś pustego, jakby dogasający żar magicznych płomieni i tragedii ugasł razem z wewnętrznym płomieniem samego wieszcza.
Ludzie mogli rozmawiać o sztuce, ale w rzeczywistości czym była? Ot opowiastką, romantyczną opowieścią o podążaniu własną ścieżką, która wzbudzała kontrowersje pięćdziesiąt lat temu, nie teraz, bo skoro przez tyle czasu nic się nie zmieniło, to nic się nie zmieni. Przecież nikt nie wierzył, że tak mogłoby się zdarzyć, bunt przeciwko rodzicowi, który jest czymś pozytywnym. Jeszcze nikomu nie wyszedł na dobre. Zawsze są jakieś ofiary. Czasami jest to syn, czasami jest to ten, którego ten syn ukochał, zamiast bladolicej narzeczonej. Mimowolnie próbował znaleźć wzrokiem Lyssę, bo mignęła mu w lobby. Szukał u jej boku drugiej, smukłej sylwetki, aby móc porównać rysy twarzy, poszukać podobieństw.
— Zdecydowanie przyjemniejsze okoliczności, poprzednie zmusiły mnie na pozbycie się brody — zażartował, trochę kiepsko Morpheus, dotykając swojego gładkiego policzka. Włosy również miał znacznie krótsze, niż gdy spotkali się na pokrytym popiołem bruku ulicy Pokątnej. Czy tego wieczoru popiół też spadnie, jak kurtyna po spektaklu? Każdego dnia po Spalonej Nocy, Morpheus siadał z trzęsącymi się dłońmi, żując liście tytoniu, nie mogąc zapalić papierosów, nie mogąc znieść błysku zapalniczki i patrzył na nieboskłon, nie szukając gwiazd i przeznaczenia w nich zapisanego, a jedynie twardych faktów, chmur brzemiennych ogniem.
Balon (krótkotrwałe kłopoty)
Morpheus drgnął, gdy jakiś nagły dźwięk... a może mu się wydawało? Brzmiało jak jeden z tych mugolskich balonów, napęczniały nadmiernie od powietrza, pękł. Może wydawało mu się tylko, że gdy mówił do młodego Selwyna, na podłogę spadł miękki kawałek gumy. I tylko doświadczenie wielu, wielu symboli, objawień i wizji, pozwolił mu wyłowić smukłą nić przeznaczenia, która przypinała ten brzydki obrazek do Hannibala.
— Apollon szepcze Melpomene, że czekają pana krótkotrwałe kłopoty. Mam nadzieję, że to co najwyżej chwilowy problem podczas zmiany kostiumów — westchnął dziwnym głosem, jakby nienaturalnym, echem dawnych bogów, niekoniecznie mówiąc samemu. Prawie jakby sama muza teatru postanowiła przejąć na chwilę język Morpheusa i przesłać swojemu pupilowi wieści od swojego bóstwa.
!Trauma Ognia