Pomógł jej wstać, nie wzgardziła dłonią wyciągniętą w jej kierunku, nie wydawało jej się to konieczne, zresztą zaczęli poprawiać swoje stosunki, to był kolejny krok ku temu, aby było nieco lepiej. Benjy dzisiaj pokazał jej się z zupełnie innej strony, może trochę nie miał wyboru, tak właściwie to jednak zawsze był jakiś wybór, mógł zmrużyć oczy, odwrócić się na pięcie i udawać, że nie widzi w jakim jest stanie, jednak tego nie zrobił. Pomógł jej, nie zignorował jej stanu, gdy tego potrzebowała, doceniała to, chociaż oczywiście nie wracała do tematu, bo nie był dla niej do końca wygodny. Nie znosiła, kiedy ktoś widział jej słabość.
- Całkiem odpowiedzialne posunięcie, jak na dziewiętnastolatka. - Nie wydawało jej się, aby wielu w podobnej sytuacji zachowałoby się w taki sposób. Przekreślił całą swoją przyszłość dla jakiejś mugolaczki, nie zostawił jej samej, kiedy przytrafiła im się ciąża. Niektórzy pewnie uznaliby to za głupotę, inni za odwagę, Yaxley trochę sama nie wiedziała co o tym myśleć. Niby fajnie, że nie porzucił dziewczyny z problemem, stawił czoła konsekwencjom swoich czynów, z drugiej jednak strony, to zmieniło jego całe życie. Niby byli rodziną, jednak Rookwoodowie wraz z ciotką mocno się od nich zdystansowali, słyszała, że w ich domu nie było kolorowo, bo metody wychowania różniły się od tych, które ona znała. U nich też było szorstko, jednak nie mogła narzekać na brak miłości ze strony rodziców, ojciec od zawsze powtarzał jej, że jest z niej dumny, nie mogła narzekać, nie wszędzie było tak kolorowo. Może to była dobra wymówka, aby porzucić to wszystko w pizdu i zostawić za sobą. Nie zawsze w nieskończoność udawało się zaciskać zęby i jakoś sobie radzić z rzeczywistością.
- To wiele wyjaśnia. - Nie miał innego wyjścia, musiał nabyć doświadczenia w podobnych sprawach, skoro byli pozostawieni sami sobie, w obcym świecie. Nie mieli na kogo liczyć, do kogo pójść po pomoc, uważała to za dość mocno przejebane.
- Nie chciałabym, żebyś to robił. - Nie byli ze sobą blisko, nie należał do najbliższych jej osób, nie wybrałaby go na kogoś, kto miałby jej towarzyszyć w podobnych problemach, jakoś jednak tak wyszło, że padło właśnie na niego, że to on ze wszystkich, którzy aktualnie mieszkali w domu znalazł się przy niej, kiedy potrzebowała obecności drugiego człowieka. Ironia losu.
- Jak pewnie zauważyłeś, dom jest dzisiaj wyjątkowo pusty. - Nie miała kogo tam wysłać, skrzaty nie mogły jej w tym wyręczyć, a większość tymczasowych mieszkańców rezydencji znajdowała się w Exmoor, nasuwało się jedno rozwiązanie - musiała tam pójść sama, co było dość ryzykowne, zważając na jej dzisiejsze samopoczucie.
- Pójdziesz ze mną? - Nie zdziwiłaby jej odmowa, nie rozczarowałoby jej to zupełnie, bo przecież ich relacja nie należała do najlepszych, a dzisiaj wyjątkowo sprawdzała jego cierpliwość, nie miała jednak zbyt wielkiego wyboru, więc łapała się tego co było pod ręką.
Ku jej zaskoczeniu zgodził się, więc gdy dotarli do rezydencji mieli moment, aby nieco się ogarnąć, a później wyruszyli razem w stronę miasteczka, by mogła uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania.