22.08.2025, 08:02 ✶
Przy barze z Lorien, Elliottem, Philomeną i Desmondem.
Rozglądając się po sali, zwrócił uwagę na młodszego brata Woody'ego. Na Morpheusa. Nie zatrzymał na nim dłużej spojrzenia, chociaż chciał: zastanawiał się, czy uda mu się go dzisiaj spotkać, przyjrzeć jasnowidzowi z bliska. Bo przez lata był dla niego po prostu jasnowidzem. Młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela, na oko niedopasowanym do reszty rodzeństwa, a może i do rodziny, w której się urodził. Dzieciakiem trochę słabowitym, trochę przyjebanym, jak to jasnowidz... A jednak naturalnie darzył go sympatią, jak wszyscy dookoła wierząc, że Morpheus został stworzonym do rzeczy wielkich, wymykających się zrozumieniu maluczkich. Tak samo jak wierzył, że do rzeczy wielkich stworzona była Madeleine, obdarzona darem trzeciego oka.
Nie patrzył na Morpheusa, obawiając się, że ten wyczuje jego intencje mimo osłony oklumencji.
Nie można było ufać jasnowidzom. Zawsze widzieli więcej. Wiedzieli więcej. Przeżywszy tyle lat u boku Madeleine, nauczył się cenić jej intuicję, znał szczególny ton w jej głosie, z jakim nie wolno było się kłócić: wypowiadane nim sądy zawsze były słusznymi. Wierzył w przepowiednie, w nawiedzające jasnowidzów wizje, nie dlatego, że pochodziły od jakieś siły wyższej, ale dlatego, że na własne oczy widział, jak się wypełniają. Aaron nie ryzykował. Nie patrzył na Morpheusa Longbottoma, nie myślał o nim... Myślał o Millie. O tym, jak wiele czasu spędzała u boku Longbottoma obdarzonego trzecim okiem. Jak gdyby była jego pieprzoną sekretareczką. Prawie jak młody Peregrin, który prowadził badania naukowe u sławnego wieszcza, Dolohova. Ale jego Millie brakowało podobnej wytrwałości, daru, który pozwoliłby jej zrobić karierę z wróżenia z fusów i czytania z dłoni.
A przede wszystkim, brakowało jej już, kurwa, pomysłów, jak bardziej wkurwić Aarona.
Na początku nie widział w tym przecież niczego więcej ponad kolejny głupi projekt, który, jak zawsze, porzuci przy pierwszym prawdziwym wyzwaniu, z czasem przestał być już taki pewien swego. Nie rozumiał tej relacji. Nie podobał mu się jednak wpływ, jaki wywierał na Millie Morpheus. Myślał pewnie, że skoro ma to pieprzone trzecie oko, wie wszystko o wszystkim, ale co on mógł niby wiedzieć o Limbo? O tym zasraństwie, które prześladowało Maddie, o wizjach, które wysysały z niej resztki sił, gdy jeszcze żyła? Nie chciała nigdy, żeby jej dzieci męczyły się z ciężarem jej daru. Żeby męczyła się z nim jej mała córeczka, jej "trzecie oczko w głowie", jak zwykła żartować. Aaron też tego nie chciał.
Millie nie nie potrzebowała jebanych dziwactw Morpheusa. Nie była jebanym dziwadłem. Była jego córką, nie córką Morpheusa.
Nie zatrzymywał się na Longbottomie, powiódł zamiast tego wzrokiem dalej, odnotowując jednak w pamięci, z kim stał, z kim rozmawiał... Przypadkiem napotykając spojrzeniem na Anthony'ego Shafiqa, wysoko postawionego urzędnika w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Na mężczyznę, z którym, wedle plotek, Lorien miała zdradzać swojego męża. Nigdy nie dawał wiary plotkom, zwłaszcza tym, które krążyły pośród magicznej socjety.
Bez wątpienia żywiła wobec niego przywiązanie, choć nie wydawało się Moody'emu wystarczająco żywym, aby o niego dopytywać. Znał Lorien na tyle dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie zdradziłaby swojego męża. Odwzajemnił jednak uważne spojrzenie Shafiqa, widząc w tym pretekst, żeby dłużej poobserwować otoczenie Morpheusa.
!Strach przed imieniem
Rozglądając się po sali, zwrócił uwagę na młodszego brata Woody'ego. Na Morpheusa. Nie zatrzymał na nim dłużej spojrzenia, chociaż chciał: zastanawiał się, czy uda mu się go dzisiaj spotkać, przyjrzeć jasnowidzowi z bliska. Bo przez lata był dla niego po prostu jasnowidzem. Młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela, na oko niedopasowanym do reszty rodzeństwa, a może i do rodziny, w której się urodził. Dzieciakiem trochę słabowitym, trochę przyjebanym, jak to jasnowidz... A jednak naturalnie darzył go sympatią, jak wszyscy dookoła wierząc, że Morpheus został stworzonym do rzeczy wielkich, wymykających się zrozumieniu maluczkich. Tak samo jak wierzył, że do rzeczy wielkich stworzona była Madeleine, obdarzona darem trzeciego oka.
Nie patrzył na Morpheusa, obawiając się, że ten wyczuje jego intencje mimo osłony oklumencji.
Nie można było ufać jasnowidzom. Zawsze widzieli więcej. Wiedzieli więcej. Przeżywszy tyle lat u boku Madeleine, nauczył się cenić jej intuicję, znał szczególny ton w jej głosie, z jakim nie wolno było się kłócić: wypowiadane nim sądy zawsze były słusznymi. Wierzył w przepowiednie, w nawiedzające jasnowidzów wizje, nie dlatego, że pochodziły od jakieś siły wyższej, ale dlatego, że na własne oczy widział, jak się wypełniają. Aaron nie ryzykował. Nie patrzył na Morpheusa Longbottoma, nie myślał o nim... Myślał o Millie. O tym, jak wiele czasu spędzała u boku Longbottoma obdarzonego trzecim okiem. Jak gdyby była jego pieprzoną sekretareczką. Prawie jak młody Peregrin, który prowadził badania naukowe u sławnego wieszcza, Dolohova. Ale jego Millie brakowało podobnej wytrwałości, daru, który pozwoliłby jej zrobić karierę z wróżenia z fusów i czytania z dłoni.
A przede wszystkim, brakowało jej już, kurwa, pomysłów, jak bardziej wkurwić Aarona.
Na początku nie widział w tym przecież niczego więcej ponad kolejny głupi projekt, który, jak zawsze, porzuci przy pierwszym prawdziwym wyzwaniu, z czasem przestał być już taki pewien swego. Nie rozumiał tej relacji. Nie podobał mu się jednak wpływ, jaki wywierał na Millie Morpheus. Myślał pewnie, że skoro ma to pieprzone trzecie oko, wie wszystko o wszystkim, ale co on mógł niby wiedzieć o Limbo? O tym zasraństwie, które prześladowało Maddie, o wizjach, które wysysały z niej resztki sił, gdy jeszcze żyła? Nie chciała nigdy, żeby jej dzieci męczyły się z ciężarem jej daru. Żeby męczyła się z nim jej mała córeczka, jej "trzecie oczko w głowie", jak zwykła żartować. Aaron też tego nie chciał.
Millie nie nie potrzebowała jebanych dziwactw Morpheusa. Nie była jebanym dziwadłem. Była jego córką, nie córką Morpheusa.
Nie zatrzymywał się na Longbottomie, powiódł zamiast tego wzrokiem dalej, odnotowując jednak w pamięci, z kim stał, z kim rozmawiał... Przypadkiem napotykając spojrzeniem na Anthony'ego Shafiqa, wysoko postawionego urzędnika w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Na mężczyznę, z którym, wedle plotek, Lorien miała zdradzać swojego męża. Nigdy nie dawał wiary plotkom, zwłaszcza tym, które krążyły pośród magicznej socjety.
Bez wątpienia żywiła wobec niego przywiązanie, choć nie wydawało się Moody'emu wystarczająco żywym, aby o niego dopytywać. Znał Lorien na tyle dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie zdradziłaby swojego męża. Odwzajemnił jednak uważne spojrzenie Shafiqa, widząc w tym pretekst, żeby dłużej poobserwować otoczenie Morpheusa.
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.