22.08.2025, 14:15 ✶
Nie spodziewał się, że ten poranek skończy się w taki sposób. Nie było to nic wielkiego, żaden prawdziwy konflikt, ale i tak wystarczyło, by pojawiła się u nich ta pierwsza iskra rywalizacji. Cała ta sprzeczka z Benjym zaczęła się od byle czego, jakiejś uwagi rzuconej pół żartem, pół serio, która niepotrzebnie rozrosła się do punktu, w którym obaj zapragnęli udowodnić sobie nawzajem przewagę. Zarówno fizyczną, jak i zręcznościową, czy też tę związaną z przewidywaniem ruchu przeciwnika.
Skoro obaj uznali, że najlepiej będzie rozstrzygnąć to natychmiast, trudno było mu się z tego wycofać, nawet gdyby postanowił zmienić zdanie. A nie zamierzał, oj nie.
Ogród Ursuli wydawał się rozsądnym wyborem. Było to zdecydowanie lepsze wyjście niż demolowanie wnętrza domu. Tym bardziej, że jesienne powietrze, choć chłodniejsze, miało w sobie świeżość dodającą energii niemal tak dobrze, co kilka kubków kawy. Pojedyncze promienie słońca przebijały się przez ciężkie chmury, ocieplając policzki i ramiona. Powietrze pachniało wilgocią, ale trawa wciąż trzymała kolor, a ostatnie kwiaty łapały światło, jakby nie chciały poddać się nadchodzącej porze roku. To były idealne warunki, by trochę się rozruszać.
Zsunął z ramion marynarkę, rzucił ją na bok i podwinął rękawy koszuli. Skoro miało pójść o siłę, nie było sensu przesadnie się stroić, ale też nie zamierzał tracić czasu na przebieranie się po śniadaniu. Zerknął na Benjy’ego, spojrzeniem mierząc sylwetkę przyjaciela. Znał już jego sposób poruszania się, znał też własne możliwości i choć nie bił się na co dzień, był pewien swojej kondycji. Umiał przyjąć cios i umiał go oddać, a to miało największe znaczenie.
Kiedy głos Geraldine przeciął przestrzeń ogrodu, odruchowo obrócił głowę w jej stronę. Nie przeszkadzało mu to, że postanowiła do nich dołączyć. Uznał to nawet za całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, ile ostatnio działo się w otoczeniu ich obojga. Z pewnością ona także potrzebowała złapać oddech, zajmując się czymś innym niż organizacja przyjęcia.
Nie miał zamiaru zabraniać jej sędziowania, nawet jeśli wcale nie zamierzał ślepo podporządkowywać się jej decyzjom. No, przynajmniej, jeżeli nie miały przypaść mu do gustu. Nie zamierzał jednak udawać przed sobą, że Rina nie jest ekspertem od podobnych spraw. Jej zdanie było zazwyczaj dosyć istotne. Poza tym była jego narzeczoną, znał ją lepiej niż kogokolwiek innego, a to oznaczało, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że i tak zamierzała znaleźć sposób, by dopowiedzieć swoje, niezależnie od sytuacji.
Znowu spojrzał na Benjy'ego, unosząc brew, kiedy padła propozycja wyznaczenia granic. Przytaknął bez wahania, kiwając głową. To miało sens. Lepiej byłoby nie rzucać się na oślep i nie skończyć w krzakach albo na szybach szklarni. Przesunął spojrzeniem po ogrodzie, oceniając, gdzie najlepiej rozciągnąć pole, żeby nie zniszczyć nasadzeń.
- Przed azaliami z tej strony - powiedział, wskazując ręką linię krzewów, których nie chciał zgnieść w pierwszym lepszym dzikim pędzie. - A z drugiej przed szklarniami? - Zamilkł na moment, kalkulując.
Azalie tworzyły naturalną granicę, szklarnie też były wyraźnym punktem odniesienia. To dawało szeroką przestrzeń do manewru, a jednocześnie jasne ograniczenia. Oparł ręce na biodrach, zerkając na wyznaczone miejsce.
- Po bokach można zwęzić - dodał jeszcze, nakreślając dłonią wyimaginowane linie prostokątnego kształtu.
Wciągnął głębiej powietrze, czując zapach trawy i mokrej ziemi. Mięśnie miał rozgrzane, serce biło mu miarowo. Był gotów. Wiedział jednak, że wpierw rzeczywiście powinni zabezpieczyć otoczenie, dlatego przesunął wzrokiem od jednej osoby do drugiej, sięgając po różdżkę.
- Tymczasowe pole siłowe? Nie ściana, prędzej coś, od czego można się odbić? - Zasugerował. - Niezbyt trwałe, pół godziny wystarczy - wzruszył ramionami.
Nie to, by chciał się rządzić, ale to po prostu brzmiało właściwie, czyż nie?
- Mogę to zrobić przy szklarni i do połowy lewego boku. Wy podzielicie się resztą - dodał z dosyć jasnych pobudek, chwilowo jednak nie ruszając się z miejsca.
Skoro obaj uznali, że najlepiej będzie rozstrzygnąć to natychmiast, trudno było mu się z tego wycofać, nawet gdyby postanowił zmienić zdanie. A nie zamierzał, oj nie.
Ogród Ursuli wydawał się rozsądnym wyborem. Było to zdecydowanie lepsze wyjście niż demolowanie wnętrza domu. Tym bardziej, że jesienne powietrze, choć chłodniejsze, miało w sobie świeżość dodającą energii niemal tak dobrze, co kilka kubków kawy. Pojedyncze promienie słońca przebijały się przez ciężkie chmury, ocieplając policzki i ramiona. Powietrze pachniało wilgocią, ale trawa wciąż trzymała kolor, a ostatnie kwiaty łapały światło, jakby nie chciały poddać się nadchodzącej porze roku. To były idealne warunki, by trochę się rozruszać.
Zsunął z ramion marynarkę, rzucił ją na bok i podwinął rękawy koszuli. Skoro miało pójść o siłę, nie było sensu przesadnie się stroić, ale też nie zamierzał tracić czasu na przebieranie się po śniadaniu. Zerknął na Benjy’ego, spojrzeniem mierząc sylwetkę przyjaciela. Znał już jego sposób poruszania się, znał też własne możliwości i choć nie bił się na co dzień, był pewien swojej kondycji. Umiał przyjąć cios i umiał go oddać, a to miało największe znaczenie.
Kiedy głos Geraldine przeciął przestrzeń ogrodu, odruchowo obrócił głowę w jej stronę. Nie przeszkadzało mu to, że postanowiła do nich dołączyć. Uznał to nawet za całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, ile ostatnio działo się w otoczeniu ich obojga. Z pewnością ona także potrzebowała złapać oddech, zajmując się czymś innym niż organizacja przyjęcia.
Nie miał zamiaru zabraniać jej sędziowania, nawet jeśli wcale nie zamierzał ślepo podporządkowywać się jej decyzjom. No, przynajmniej, jeżeli nie miały przypaść mu do gustu. Nie zamierzał jednak udawać przed sobą, że Rina nie jest ekspertem od podobnych spraw. Jej zdanie było zazwyczaj dosyć istotne. Poza tym była jego narzeczoną, znał ją lepiej niż kogokolwiek innego, a to oznaczało, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że i tak zamierzała znaleźć sposób, by dopowiedzieć swoje, niezależnie od sytuacji.
Znowu spojrzał na Benjy'ego, unosząc brew, kiedy padła propozycja wyznaczenia granic. Przytaknął bez wahania, kiwając głową. To miało sens. Lepiej byłoby nie rzucać się na oślep i nie skończyć w krzakach albo na szybach szklarni. Przesunął spojrzeniem po ogrodzie, oceniając, gdzie najlepiej rozciągnąć pole, żeby nie zniszczyć nasadzeń.
- Przed azaliami z tej strony - powiedział, wskazując ręką linię krzewów, których nie chciał zgnieść w pierwszym lepszym dzikim pędzie. - A z drugiej przed szklarniami? - Zamilkł na moment, kalkulując.
Azalie tworzyły naturalną granicę, szklarnie też były wyraźnym punktem odniesienia. To dawało szeroką przestrzeń do manewru, a jednocześnie jasne ograniczenia. Oparł ręce na biodrach, zerkając na wyznaczone miejsce.
- Po bokach można zwęzić - dodał jeszcze, nakreślając dłonią wyimaginowane linie prostokątnego kształtu.
Wciągnął głębiej powietrze, czując zapach trawy i mokrej ziemi. Mięśnie miał rozgrzane, serce biło mu miarowo. Był gotów. Wiedział jednak, że wpierw rzeczywiście powinni zabezpieczyć otoczenie, dlatego przesunął wzrokiem od jednej osoby do drugiej, sięgając po różdżkę.
- Tymczasowe pole siłowe? Nie ściana, prędzej coś, od czego można się odbić? - Zasugerował. - Niezbyt trwałe, pół godziny wystarczy - wzruszył ramionami.
Nie to, by chciał się rządzić, ale to po prostu brzmiało właściwie, czyż nie?
- Mogę to zrobić przy szklarni i do połowy lewego boku. Wy podzielicie się resztą - dodał z dosyć jasnych pobudek, chwilowo jednak nie ruszając się z miejsca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down