17.02.2023, 21:43 ✶
Duchy nie były nowością dla Cathala. Nie były nowością chyba dla żadnego czarodzieja, który uczęszczał do Hogwartu, jednego z bodaj najbardziej nawiedzonych miejsc w Anglii. Shafiq wciąż pamiętał irytujące pobrzękiwanie łańcuchów Krwawego Barona w lochach, smród zepsutego mięsa, dostarczonego do podziemi na ucztę zjaw, smutną twarz Szarej Damy, uczucie chłodu, kiedy przez przypadek przeszedł przez Jęczącą Martę… Spotkał je i później, nie zawsze tak uprzejmie i nieszkodliwe jak hogwarckie duchy. Niektóre, nawiedzające stare grobowce, wciąż nie wiedziały, że umarły. Inne czekały tylko na okazję, aby opętać żywych.
Dlatego kiedy widmowa ręka wyłoniła się z jednego z grobów, Shafiq po prostu się cofnął, na wszelki wypadek dobywając różdżki. Istota, która zawisła po chwili w powietrzu, nie wydawała się jednak ani trochę niebezpieczna. Na pierwszy rzut oka, przynajmniej. Ani jego wygląd, ani wypowiadane słowa, nie sugerowały zagrożenia, Cathal nauczył się jednak, że nie można ufać pozorom. Nie w takich przypadkach.
De Berkeley. Gdy duch wypowiedział nazwisko, Shafiq ledwo słuchał kolejnych słów, bo jego umysł natychmiast zaczął przetwarzać informacje na temat tej rodziny, jakie posiadał… i niemal natychmiast mógł stwierdzić, że tych nie było wielu. Pamiętał może jeden nagrobek, na którym wyryto to nazwisko i nie należał raczej do Wolfganga, którego grób był zarośnięty i zaniedbany. Jeden rzut oka na niego wystarczył, aby Cathal wiedział, że nikt się o niego nie troszczył od kilkudziesięciu lat. Jeżeli mężczyzna miał rodzinę, to ta przeniosła się na tamten świat już dawno temu.
On został.
Takie duchy bywały nieocenionym źródłem informacji. Ale Shafiq nie miał do nich wiele szacunku, odkąd dowiedział się, że większość z nich została po tej stronie, bo po prostu stchórzyła wobec pójścia „dalej”. Niektórzy może i pozostawali, bo coś tu ich trzymało – zwykle miłość i nienawiść silniejsze od śmierci – to jednak raczej nie był ten przypadek. Skoro zaś nie kojarzył de Berkeleya, szczerze wątpił, by ten był ważną postacią historyczną. Nie słyszał o nim w Little Hangleton, nie znał tego nazwiska z ksiąg, nie był więc zapewne dość ciekawy, aby ktokolwiek faktycznie opowiadał o nim jakieś oszczerstwa. Sądząc po jego stroju, nie żył od jakichś stu lat: a historia najnowsza (za jaką Cathal uważał wszystko, co przydarzyło się od początku XVIII wieku) nigdy go specjalnie nie interesowała.
Na pewno nie miał zamiaru rozmawiać z duchem teraz, gdy odchodził od grobu matki, kiedy zastanawiał się, czy to pora, aby po latach wejść do posiadłości Gauntów, czy wręcz przeciwnie – aby spróbować puścić tę posiadłość z dymem - a w jego głowie wyraźniej niż kiedykolwiek rozbrzmiewały głosy umarłych.
- Nie jestem zainteresowany – odparł krótko, po czym obrócił się i ruszył zarośniętą ścieżką pomiędzy nagrobkami. Nieśpiesznym krokiem kierował się ku bramie cmentarza, palce wciąż zaciskając na różdżce.
Dlatego kiedy widmowa ręka wyłoniła się z jednego z grobów, Shafiq po prostu się cofnął, na wszelki wypadek dobywając różdżki. Istota, która zawisła po chwili w powietrzu, nie wydawała się jednak ani trochę niebezpieczna. Na pierwszy rzut oka, przynajmniej. Ani jego wygląd, ani wypowiadane słowa, nie sugerowały zagrożenia, Cathal nauczył się jednak, że nie można ufać pozorom. Nie w takich przypadkach.
De Berkeley. Gdy duch wypowiedział nazwisko, Shafiq ledwo słuchał kolejnych słów, bo jego umysł natychmiast zaczął przetwarzać informacje na temat tej rodziny, jakie posiadał… i niemal natychmiast mógł stwierdzić, że tych nie było wielu. Pamiętał może jeden nagrobek, na którym wyryto to nazwisko i nie należał raczej do Wolfganga, którego grób był zarośnięty i zaniedbany. Jeden rzut oka na niego wystarczył, aby Cathal wiedział, że nikt się o niego nie troszczył od kilkudziesięciu lat. Jeżeli mężczyzna miał rodzinę, to ta przeniosła się na tamten świat już dawno temu.
On został.
Takie duchy bywały nieocenionym źródłem informacji. Ale Shafiq nie miał do nich wiele szacunku, odkąd dowiedział się, że większość z nich została po tej stronie, bo po prostu stchórzyła wobec pójścia „dalej”. Niektórzy może i pozostawali, bo coś tu ich trzymało – zwykle miłość i nienawiść silniejsze od śmierci – to jednak raczej nie był ten przypadek. Skoro zaś nie kojarzył de Berkeleya, szczerze wątpił, by ten był ważną postacią historyczną. Nie słyszał o nim w Little Hangleton, nie znał tego nazwiska z ksiąg, nie był więc zapewne dość ciekawy, aby ktokolwiek faktycznie opowiadał o nim jakieś oszczerstwa. Sądząc po jego stroju, nie żył od jakichś stu lat: a historia najnowsza (za jaką Cathal uważał wszystko, co przydarzyło się od początku XVIII wieku) nigdy go specjalnie nie interesowała.
Na pewno nie miał zamiaru rozmawiać z duchem teraz, gdy odchodził od grobu matki, kiedy zastanawiał się, czy to pora, aby po latach wejść do posiadłości Gauntów, czy wręcz przeciwnie – aby spróbować puścić tę posiadłość z dymem - a w jego głowie wyraźniej niż kiedykolwiek rozbrzmiewały głosy umarłych.
- Nie jestem zainteresowany – odparł krótko, po czym obrócił się i ruszył zarośniętą ścieżką pomiędzy nagrobkami. Nieśpiesznym krokiem kierował się ku bramie cmentarza, palce wciąż zaciskając na różdżce.