22.08.2025, 16:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2025, 16:49 przez Lyssa Dolohov.)
przechodzę do sali bankietowej i staję obok Morpheusa
Owacje zakończyły się, a ciężka kotara na stałe przysłoniła scenę. Światła wreszcie rozjaśniły się i tym samym widownia dostała znak, że może rozejść na dalszą część wydarzenia. Lyssa natomiast siedziała do samego końca, może odrobinę się ociągając, ale uważała za stosowne by pozwolić sztuce i oklaskom wybrzmieć - bo przecież to też nie było tak, że gdziekolwiek jej się w tym wszystkim śpieszyło. Kiedy jednak podczas braw rozglądała się jeszcze dookoła, zauważyła że niektóre loże opustoszały szybciej, tak samo jak pewne grupki ludzi wydawały się o wiele bardziej entuzjastyczne jak reszta. Ale chyba nie powinno to dziwić - na miałką, nudną sztukę nie było tutaj zbyt dużo miejsca. Londyn potrzebował sukcesu.
Lyssa przepłynęła przez korytarz prowadzący do foyer nie poświęcając swoim obrazom zbyt wielkiej uwagi; znała na pamięć każdy z nich. Każde pociągnięcie pędzla, każdą formułę zmieszanych kolorów i każdą myśl, która towarzyszyła ich tworzeniu. Mało w nich było Merlina, któremu przecież towarzyszyły, a o wiele więcej ambicji, ekstazy, zamyślenia czy ekscytacji. Było w nich po prostu dużo emocji i tego, co pchało samego człowieka przez życie.
Zgarnęła po drodze jakiś kieliszek, trochę żałując że nie było przy niej Vakela. Nie chodziło nawet, żeby się z nim pokazać, a raczej o zwykłe towarzystwo - nie miała jednak żalu, że nie znalazł dla niej czasu. Wystarczyłby jej nawet Peregrinus, ale on też był zajęty. Chociaż tak naprawdę doskonale wiedziała, kim chciałaby się tego dnia popisywać - wciąż była tak samo rozczarowana i obrażona obrotem pewnych spraw, ale cóż, musiała to jakoś przełknąć.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, znajdując swoje miejsce obok Morpheusa i w pierwszej chwili patrząc na niego. Zaglądała mu w oczy z pewnym zastanowieniem, ale do twarzy przyklejony miała przyjemny, grzeczny uśmiech. - Morpheusie - kiwnęła głową - Jonathanie - jej głos pojaśniał na moment, bo w sumie on wydawał się najbardziej przyjazny ze wszystkich tych starych pryków, którzy otaczali Anthony'ego Shafiqa. - Hannibalu, niesamowicie prezentowałeś się na scenie. Była cała twoja - rzuciła wreszcie z promiennym uśmiechem, unosząc na moment kieliszek w jego stronę i oddając mu tym samym honory. - A państwo? Nie sądzę bym zdążyła poznać. Lyssa Dolohov - zwróciła w końcu swoją uwagę na Monę i Roberta, uśmiechając się do nich nieco przepraszająco, ale jednocześnie z uwagą studiując łączącą ich nić.
// percepcja ◉◉◉◉○ na nić łączącą Monę i Roberta
Owacje zakończyły się, a ciężka kotara na stałe przysłoniła scenę. Światła wreszcie rozjaśniły się i tym samym widownia dostała znak, że może rozejść na dalszą część wydarzenia. Lyssa natomiast siedziała do samego końca, może odrobinę się ociągając, ale uważała za stosowne by pozwolić sztuce i oklaskom wybrzmieć - bo przecież to też nie było tak, że gdziekolwiek jej się w tym wszystkim śpieszyło. Kiedy jednak podczas braw rozglądała się jeszcze dookoła, zauważyła że niektóre loże opustoszały szybciej, tak samo jak pewne grupki ludzi wydawały się o wiele bardziej entuzjastyczne jak reszta. Ale chyba nie powinno to dziwić - na miałką, nudną sztukę nie było tutaj zbyt dużo miejsca. Londyn potrzebował sukcesu.
Lyssa przepłynęła przez korytarz prowadzący do foyer nie poświęcając swoim obrazom zbyt wielkiej uwagi; znała na pamięć każdy z nich. Każde pociągnięcie pędzla, każdą formułę zmieszanych kolorów i każdą myśl, która towarzyszyła ich tworzeniu. Mało w nich było Merlina, któremu przecież towarzyszyły, a o wiele więcej ambicji, ekstazy, zamyślenia czy ekscytacji. Było w nich po prostu dużo emocji i tego, co pchało samego człowieka przez życie.
Zgarnęła po drodze jakiś kieliszek, trochę żałując że nie było przy niej Vakela. Nie chodziło nawet, żeby się z nim pokazać, a raczej o zwykłe towarzystwo - nie miała jednak żalu, że nie znalazł dla niej czasu. Wystarczyłby jej nawet Peregrinus, ale on też był zajęty. Chociaż tak naprawdę doskonale wiedziała, kim chciałaby się tego dnia popisywać - wciąż była tak samo rozczarowana i obrażona obrotem pewnych spraw, ale cóż, musiała to jakoś przełknąć.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, znajdując swoje miejsce obok Morpheusa i w pierwszej chwili patrząc na niego. Zaglądała mu w oczy z pewnym zastanowieniem, ale do twarzy przyklejony miała przyjemny, grzeczny uśmiech. - Morpheusie - kiwnęła głową - Jonathanie - jej głos pojaśniał na moment, bo w sumie on wydawał się najbardziej przyjazny ze wszystkich tych starych pryków, którzy otaczali Anthony'ego Shafiqa. - Hannibalu, niesamowicie prezentowałeś się na scenie. Była cała twoja - rzuciła wreszcie z promiennym uśmiechem, unosząc na moment kieliszek w jego stronę i oddając mu tym samym honory. - A państwo? Nie sądzę bym zdążyła poznać. Lyssa Dolohov - zwróciła w końcu swoją uwagę na Monę i Roberta, uśmiechając się do nich nieco przepraszająco, ale jednocześnie z uwagą studiując łączącą ich nić.
// percepcja ◉◉◉◉○ na nić łączącą Monę i Roberta
Rzut PO 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.