22.08.2025, 23:49 ✶
Oczywiście, że w pierwszej kolejności miał usłyszeć dokładnie takie pytanie. Był lekko wstawiony, ale nie na tyle półprzytomny, by nie wiedzieć, na co się pisał, gdy wspomniał o spotkaniu z przyjacielem narzeczonej. Nie zamierzał wchodzić zbyt głęboko w temat ich niezbyt długiej popijawy, jednak zdecydowanie liczył się z tym, że zostanie o nią zapytany. A gdy jeszcze dołożył tam imię Erika, gwarancja zainteresowania ze strony Riny była praktycznie stuprocentowa. Niemal uśmiechnął się pod nosem.
Pewnie zresztą nawet by to zrobił, gdyby nie to, co musiało paść z jego ust. A nie było to raczej nic pocieszającego.
- Nie - odpowiedział wprost, nieznacznie kręcąc przy tym głową, bo zupełnie nie widział sensu ukrywania tego, co i tak wyszłoby na jaw, przynajmniej w jego oczach i według osądu, jakiego dokonał.
Erik był przyjacielem Geraldine. Roise nie wiedział, kiedy spotkali się po raz ostatni. Nie zwykł wypytywać o Longbottoma, nie czuł takiej potrzeby, ale nie sądził także, aby jego udawanie, że młodszy mężczyzna przez kilka minionych dni nagle stał się bardziej radosny i żywy miało być dla niej przekonujące. Nie była głupia. To, co wydarzyło się w związku z Warownią miało jeszcze długo odbijać się na wszystkich powiązanych z tamtym miejscem. Szczególnie na rodzinie jej dosyć bliskich znajomych.
- Jest w rozsypce. Całkowicie przytłoczony - nie odwracał wzroku z twarzy Yaxleyówny, gdy to mówił; nie zwykł uciekać spojrzeniem, kiedy przekazywał komuś coś, co nie było zbyt dobrymi wieściami. - Wyjdzie z tego, to na pewno, ale odmieniony - tak, pacjent miał przeżyć, jednak nie bez konsekwencji, jakie już poniósł i jakie jeszcze nań czekały.
To były wieści porównywalne do tych dotyczących amputacji. Utracony fragment ciała nie mógł już magicznie odrosnąć. Mógł jednak zostać zastąpiony sztucznym wytworem. Czy właściwie funkcjonującym? Czy dostatecznym? To miało okazać się w dłuższej perspektywie i było zależne tylko i wyłącznie od samego głównego zainteresowanego, który zresztą chwilowo wydawał się zbyt zmiażdżony emocjonalnie, aby podejmować właściwe, rozsądne decyzje. Erik potrzebował pomocy. Tej, której oni nie mogli mu dać.
Sami zresztą mieli własne problemy. Niestety, tak wyglądał teraz świat, w którym żyli. Należało w pierwszej kolejności zająć się sobą, aby móc pomagać pozostałym. W innym przypadku byłby to raczej krótkotrwały, doraźny wysiłek okupiony zdecydowanie zbyt wysokimi kosztami. Ambroise był uzdrowicielem, co prawda w żadnym wypadku nie specjalizował się w problemach natury umysłowej, jednak w pierwszej kolejności był obecnie bratem, przyjacielem, narzeczonym.
Podczas tamtych piekielnych dni spędzonych w Mungu, zrobił dokładnie tyle, ile mógł. Teraz musiał brać pod uwagę również swoich najbliższych. Tych, z którymi dzielił te same przestrzenie, mieszkał w jednym domu. Tych, którzy także odczuli skutki niszczycielskiego żywiołu, nawet jeśli nie były one tak tragiczne, jak u co poniektórych.
Sam nie wiedział, czego dokładnie powinien spodziewać się po powrocie do domu, szczególnie, że list otrzymany od Ursuli nie był zbyt długi i nie zawierał praktycznie żadnych informacji, ponad tym, że nie była to sprawa życia i śmierci. Jednakże raczej nie był przygotowany na tego typu słowa. Nie. Zdecydowanie nie. Zwłaszcza, gdy zostały wypowiedziane przez nią tak poważnym tonem.
Będąc całkowicie szczerym, musimy porozmawiać chyba jeszcze nigdy nie prowadziło go do jakiejkolwiek lekkiej, swobodnej konwersacji. Nie, od tego zaczynały się wyłącznie te poważne rozmowy. Takie, przed którymi rzeczywiście brało się głębszy oddech. On jednak wyłącznie zamrugał, nieznacznie unosząc brwi i bardzo lekko kiwając podbródkiem.
- O czym? - Spytał bez zbytecznej ostrożności, nie zamierzając przedłużać wstępów do tego, o czym chciała z nim mówić.
I tak, oczywiście, że przez jego głowę przeleciało teraz co najmniej kilkanaście skrajnie różnych scenariuszy. Nie miał tendencji do dramatyzowania, nie analizował nadmiernie tego, co mogło, ale nie musiało się wydarzyć, jednak nie dało się ukryć, że nie był całkowicie trzeźwy. Nie był także zupełnie w swojej porannej formie, to mimo wszystko był dosyć długi dzień, spędzony w znacznej mierze na walce z systemem prawnym.
Nie chciał czekać na odpowiedź. Nie potrzebował nakreślania mu całej sytuacji prowadzącej do sedna ich rozmowy. A przynajmniej nie sądził, aby musiał tego chcieć. Być może miał tego pożałować. Możliwe, że powinien dążyć do poznania całego kontekstu tego, co miało zaraz paść ze strony dziewczyny, ale nie mógł tego wiedzieć, nie dowiadując się, o co jej chodzi, prawda? Potrzebował usłyszeć dokładnie to, co chciała mu powiedzieć. A podskórnie czuł, że nie były to zwykłe wyjarałam ci wszystkie papierosy.
Pewnie zresztą nawet by to zrobił, gdyby nie to, co musiało paść z jego ust. A nie było to raczej nic pocieszającego.
- Nie - odpowiedział wprost, nieznacznie kręcąc przy tym głową, bo zupełnie nie widział sensu ukrywania tego, co i tak wyszłoby na jaw, przynajmniej w jego oczach i według osądu, jakiego dokonał.
Erik był przyjacielem Geraldine. Roise nie wiedział, kiedy spotkali się po raz ostatni. Nie zwykł wypytywać o Longbottoma, nie czuł takiej potrzeby, ale nie sądził także, aby jego udawanie, że młodszy mężczyzna przez kilka minionych dni nagle stał się bardziej radosny i żywy miało być dla niej przekonujące. Nie była głupia. To, co wydarzyło się w związku z Warownią miało jeszcze długo odbijać się na wszystkich powiązanych z tamtym miejscem. Szczególnie na rodzinie jej dosyć bliskich znajomych.
- Jest w rozsypce. Całkowicie przytłoczony - nie odwracał wzroku z twarzy Yaxleyówny, gdy to mówił; nie zwykł uciekać spojrzeniem, kiedy przekazywał komuś coś, co nie było zbyt dobrymi wieściami. - Wyjdzie z tego, to na pewno, ale odmieniony - tak, pacjent miał przeżyć, jednak nie bez konsekwencji, jakie już poniósł i jakie jeszcze nań czekały.
To były wieści porównywalne do tych dotyczących amputacji. Utracony fragment ciała nie mógł już magicznie odrosnąć. Mógł jednak zostać zastąpiony sztucznym wytworem. Czy właściwie funkcjonującym? Czy dostatecznym? To miało okazać się w dłuższej perspektywie i było zależne tylko i wyłącznie od samego głównego zainteresowanego, który zresztą chwilowo wydawał się zbyt zmiażdżony emocjonalnie, aby podejmować właściwe, rozsądne decyzje. Erik potrzebował pomocy. Tej, której oni nie mogli mu dać.
Sami zresztą mieli własne problemy. Niestety, tak wyglądał teraz świat, w którym żyli. Należało w pierwszej kolejności zająć się sobą, aby móc pomagać pozostałym. W innym przypadku byłby to raczej krótkotrwały, doraźny wysiłek okupiony zdecydowanie zbyt wysokimi kosztami. Ambroise był uzdrowicielem, co prawda w żadnym wypadku nie specjalizował się w problemach natury umysłowej, jednak w pierwszej kolejności był obecnie bratem, przyjacielem, narzeczonym.
Podczas tamtych piekielnych dni spędzonych w Mungu, zrobił dokładnie tyle, ile mógł. Teraz musiał brać pod uwagę również swoich najbliższych. Tych, z którymi dzielił te same przestrzenie, mieszkał w jednym domu. Tych, którzy także odczuli skutki niszczycielskiego żywiołu, nawet jeśli nie były one tak tragiczne, jak u co poniektórych.
Sam nie wiedział, czego dokładnie powinien spodziewać się po powrocie do domu, szczególnie, że list otrzymany od Ursuli nie był zbyt długi i nie zawierał praktycznie żadnych informacji, ponad tym, że nie była to sprawa życia i śmierci. Jednakże raczej nie był przygotowany na tego typu słowa. Nie. Zdecydowanie nie. Zwłaszcza, gdy zostały wypowiedziane przez nią tak poważnym tonem.
Będąc całkowicie szczerym, musimy porozmawiać chyba jeszcze nigdy nie prowadziło go do jakiejkolwiek lekkiej, swobodnej konwersacji. Nie, od tego zaczynały się wyłącznie te poważne rozmowy. Takie, przed którymi rzeczywiście brało się głębszy oddech. On jednak wyłącznie zamrugał, nieznacznie unosząc brwi i bardzo lekko kiwając podbródkiem.
- O czym? - Spytał bez zbytecznej ostrożności, nie zamierzając przedłużać wstępów do tego, o czym chciała z nim mówić.
I tak, oczywiście, że przez jego głowę przeleciało teraz co najmniej kilkanaście skrajnie różnych scenariuszy. Nie miał tendencji do dramatyzowania, nie analizował nadmiernie tego, co mogło, ale nie musiało się wydarzyć, jednak nie dało się ukryć, że nie był całkowicie trzeźwy. Nie był także zupełnie w swojej porannej formie, to mimo wszystko był dosyć długi dzień, spędzony w znacznej mierze na walce z systemem prawnym.
Nie chciał czekać na odpowiedź. Nie potrzebował nakreślania mu całej sytuacji prowadzącej do sedna ich rozmowy. A przynajmniej nie sądził, aby musiał tego chcieć. Być może miał tego pożałować. Możliwe, że powinien dążyć do poznania całego kontekstu tego, co miało zaraz paść ze strony dziewczyny, ale nie mógł tego wiedzieć, nie dowiadując się, o co jej chodzi, prawda? Potrzebował usłyszeć dokładnie to, co chciała mu powiedzieć. A podskórnie czuł, że nie były to zwykłe wyjarałam ci wszystkie papierosy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down