23.08.2025, 03:01 ✶
Słysząc odpowiedź ze strony dziewczyny, jedynie krótko kiwnął głową. Wyraźnie, jednak niezbyt ochoczo. Ani przez chwilę bowiem nie wątpił w to, że w istocie miała rację. Longbottom miał sobie poradzić. W tych czasach nie było innego wyjścia. Nikt go nie miał, jeśli chciał żyć. Oni także. A przecież właśnie zaczynali robić to na nowo.
Więc czemu zaniepokoił się na dźwięk tej prostej informacji?
Musimy porozmawiać. Prosty komunikat. Przynajmniej w teorii. W praktyce jednak niósł ze sobą cały szereg emocji, nawet tych starannie tłumionych, bo przecież nie było żadnego powodu, aby odczuwał niepokój.
Słowo porozmawiać oznaczało jednak zwykle, że potrzebował zmierzyć się z czymś, na co wcale nie miał ochoty. Nie wiedział jeszcze, z czym, jednak niemal od razu poczuł ten charakterystyczny ucisk w żołądku, to znajome napięcie, które sprawiało, że odruchowo oparł się mocniej o parapet, prostując plecy, ale jednocześnie zastygając w miejscu na podobiznę kamiennej figury.
Nie ruszył się w kierunku Yaxleyówny. Przynajmniej nie od razu. Stał blisko, jednakże nie chciał jej przytłoczyć ani naruszać tej kruchej bariery, którą sama wyznaczyła. Dopiero słysząc ciche możesz usiąść?, przestąpił wreszcie z nogi na nogę i zajął miejsce na fotelu naprzeciwko Geraldine, zachowując odrobinę dystansu, którego instynktownie potrzebował.
Jeszcze nie wiedział, jak bardzo...
Jestem w ciąży, Roise.
...i wtedy padły słowa, których nie spodziewał się usłyszeć tej nocy. Nie dziś, nie jutro, nie przez najbliższe tygodnie, może lata.
A jednak...
...był uzdrowicielem. Znał tysiące przypadków medycznych, potrafił odczytać symptomy, przewidzieć przebieg choroby, znał teorię i praktykę. I żadne z jego doświadczeń nie przygotowało go na to, by musiał zaledwie w kilka sekund przestawić trybiki w głowie, zmienić rok myślenia, zacząć rozważać coś, co nie było już tak schematyczne i przewidywalne.
Świat zatrzymał się na moment. Słowa zawisły między nimi. Ciężkie, gęste, nie do odgonienia.
Jestem w ciąży.
...był uzdrowicielem. Tak. Całe życie spędzał pochylając się nad kartami pacjentów, nad chorobą, nad bólem, nad nagłymi diagnozami. A jednak teraz, wobec tej jednej informacji, poczuł, że brakuje mu słów. To nie była obca pacjentka. To nie był przypadek kliniczny. To była ona. To byli oni.
Przez kilka sekund nie odpowiedział zupełnie nic. Nie chciał reagować pochopnie, nie chciał powiedzieć słów, których mógłby później żałować. Spojrzenie, które Geraldine wbiła w podłogę, nagle stało się dla niego łatwiejsze do zniesienia niż jej oczy świdrujące go na wskroś, bo sam nie był w stanie na nie patrzeć. Nie wprost, choć jednocześnie nie odrywał wzroku od jej sylwetki. Był jej niemal wdzięczny, że nie próbowała dźgać go spojrzeniem.
Nie dlatego, że ta wieść go rozgniewała. Nie dlatego, że nie chciał słuchać tego, co miała mu do powiedzenia. Nie dlatego, że nie pragnął z nią rozmawiać ani na nią patrzeć...
...ale dlatego, że czuł jak w jednej chwili jego myśli zaczynają kotłować się tak gwałtownie, że brakowało mu oddechu. Potrzebował go złapać, a gdyby w tym samym momencie wpatrywał się w niebieskie oczy Riny, niechybnie jeszcze bardziej by w nich utonął. Zawsze były jak dwa jeziora, ale chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie obawiał się dostrzec w nich wilgoci. Rozpaczy.
- Geraldine - zaczął, ale jego głos zabrzmiał niżej niż zamierzał, znacznie bardziej głucho, aniżeli mógłby to planować.
Z początku zresztą nawet nie zwrócił uwagi na własną intonację, na mimowolny układ warg i suchość w gardle. Zrobił to dopiero wtedy, gdy imię ukochanej opuściło jego usta, wybrzmiewając w tak poważny sposób, że nawet jemu samemu ciężko było nie wzdrygnąć się na ten dźwięk. Zupełnie nie wiedział przy tym, czemu nie zwrócił się do niej tak jak zawsze. To również dotarło do niego z opóźnieniem. Dopiero wtedy, gdy zwyczajowe czułe zdrobnienie zostało zastąpione przez tę oficjalną wersję, której niemal nigdy wobec niej nie używał.
- Rina - poprawił się, biorąc głębszy oddech i próbując, naprawdę cholernie mocno próbując zebrać myśli, ubierając je w słowa, które jak na złość wcale nie chciały opuszczać jego ust. - Czy?... - Zamiast tego kumulowały się w jego gardle, dusząc go, pozbawiając go możliwości powiedzenia czegoś, co momentalnie przyniosłoby ulgę im obojgu.
Choć jej, jej przede wszystkim. Przecież nie chciał doprowadzać do tego, że nie mogła na niego patrzeć. Nie chciał jej zranić.
Nie wiedział, co powinien robić. Byli zaręczeni. To nie podlegało jakimkolwiek wątpliwościom, nie wywoływało żadnych rozważań na temat tej części ich sytuacji. Ale ciąża? Dziecko? Rozmawiali o tym. Mówili o czasach sprzed wojny, o dawnych myślach, o ostrożnych planach, które nie doszły jednak do skutku. Teraz wszystko się skomplikowało. Czy byli gotowi? Czy tak naprawdę kiedykolwiek mogli być gotowi?
- Wtedy? - Spytał w końcu spokojnie, choć jego dłonie nieznacznie drżały, gdy splatał je mocniej na kolanach, starając się sprostać niepisanym, nie do końca mu znanym wymaganiom, jakie z pewnością niosła za sobą właśnie ta chwila, ta rozmowa.
Chciał mieć punkt zaczepienia. Potrzebował czegokolwiek, co miało pozwolić mu oswoić tę myśl, zanim zaskoczenie runie na niego z całą swoją siłą. A może już to zrobiło? Być może to właśnie dlatego czuł się tak bardzo otumaniony?
Nie miał pojęcia, jednak z pewnością jeszcze nigdy nie poczuł się aż tak skołowany. Tamte chwile podczas upojnej, letniej nocy. Ta impulsywność, irracjonalność, nierozsądne momenty, które teraz, w tym półmroku, przybierały zupełnie inny wymiar.
Tamte minuty, żałośnie ulotne, żenująco pozbawione ciepła i ten początek września, raptem dwa tygodnie wcześniej. To nie mogło być wtedy, nie za tym drugim razem. Na to bez wątpienia stanowczo zbyt wcześnie, nawet jeśli tamtego poranka, jak i w późniejszych dniach wielokrotnie przekraczali granicę między tym, co powinni, a czego chcieli, nie do końca zważając na okoliczności czy konsekwencje. Tak, byli nierozsądni. Musiał to przed sobą przyznać, jednakże to nie mógł być efekt ich ostatnich chaotycznych zachowań.
A więc...
...potrzebował wiedzieć. Chociaż częściowo. Mieć ułamek, urywek obrazu, fragment, detal, cokolwiek. Potrzebował, musiał wiedzieć, co w tym momencie malowało się przed oczyma Riny. Co wypełniało jej myśli. Zwłaszcza wtedy, gdy powolnym, niemal niedostrzegalnym ruchem wysunął ku niej rękę, zatrzymując palce na stoliku kilka centymetrów od kolana dziewczyny.
Więc czemu zaniepokoił się na dźwięk tej prostej informacji?
Musimy porozmawiać. Prosty komunikat. Przynajmniej w teorii. W praktyce jednak niósł ze sobą cały szereg emocji, nawet tych starannie tłumionych, bo przecież nie było żadnego powodu, aby odczuwał niepokój.
Słowo porozmawiać oznaczało jednak zwykle, że potrzebował zmierzyć się z czymś, na co wcale nie miał ochoty. Nie wiedział jeszcze, z czym, jednak niemal od razu poczuł ten charakterystyczny ucisk w żołądku, to znajome napięcie, które sprawiało, że odruchowo oparł się mocniej o parapet, prostując plecy, ale jednocześnie zastygając w miejscu na podobiznę kamiennej figury.
Nie ruszył się w kierunku Yaxleyówny. Przynajmniej nie od razu. Stał blisko, jednakże nie chciał jej przytłoczyć ani naruszać tej kruchej bariery, którą sama wyznaczyła. Dopiero słysząc ciche możesz usiąść?, przestąpił wreszcie z nogi na nogę i zajął miejsce na fotelu naprzeciwko Geraldine, zachowując odrobinę dystansu, którego instynktownie potrzebował.
Jeszcze nie wiedział, jak bardzo...
Jestem w ciąży, Roise.
...i wtedy padły słowa, których nie spodziewał się usłyszeć tej nocy. Nie dziś, nie jutro, nie przez najbliższe tygodnie, może lata.
A jednak...
...był uzdrowicielem. Znał tysiące przypadków medycznych, potrafił odczytać symptomy, przewidzieć przebieg choroby, znał teorię i praktykę. I żadne z jego doświadczeń nie przygotowało go na to, by musiał zaledwie w kilka sekund przestawić trybiki w głowie, zmienić rok myślenia, zacząć rozważać coś, co nie było już tak schematyczne i przewidywalne.
Świat zatrzymał się na moment. Słowa zawisły między nimi. Ciężkie, gęste, nie do odgonienia.
Jestem w ciąży.
...był uzdrowicielem. Tak. Całe życie spędzał pochylając się nad kartami pacjentów, nad chorobą, nad bólem, nad nagłymi diagnozami. A jednak teraz, wobec tej jednej informacji, poczuł, że brakuje mu słów. To nie była obca pacjentka. To nie był przypadek kliniczny. To była ona. To byli oni.
Przez kilka sekund nie odpowiedział zupełnie nic. Nie chciał reagować pochopnie, nie chciał powiedzieć słów, których mógłby później żałować. Spojrzenie, które Geraldine wbiła w podłogę, nagle stało się dla niego łatwiejsze do zniesienia niż jej oczy świdrujące go na wskroś, bo sam nie był w stanie na nie patrzeć. Nie wprost, choć jednocześnie nie odrywał wzroku od jej sylwetki. Był jej niemal wdzięczny, że nie próbowała dźgać go spojrzeniem.
Nie dlatego, że ta wieść go rozgniewała. Nie dlatego, że nie chciał słuchać tego, co miała mu do powiedzenia. Nie dlatego, że nie pragnął z nią rozmawiać ani na nią patrzeć...
...ale dlatego, że czuł jak w jednej chwili jego myśli zaczynają kotłować się tak gwałtownie, że brakowało mu oddechu. Potrzebował go złapać, a gdyby w tym samym momencie wpatrywał się w niebieskie oczy Riny, niechybnie jeszcze bardziej by w nich utonął. Zawsze były jak dwa jeziora, ale chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie obawiał się dostrzec w nich wilgoci. Rozpaczy.
- Geraldine - zaczął, ale jego głos zabrzmiał niżej niż zamierzał, znacznie bardziej głucho, aniżeli mógłby to planować.
Z początku zresztą nawet nie zwrócił uwagi na własną intonację, na mimowolny układ warg i suchość w gardle. Zrobił to dopiero wtedy, gdy imię ukochanej opuściło jego usta, wybrzmiewając w tak poważny sposób, że nawet jemu samemu ciężko było nie wzdrygnąć się na ten dźwięk. Zupełnie nie wiedział przy tym, czemu nie zwrócił się do niej tak jak zawsze. To również dotarło do niego z opóźnieniem. Dopiero wtedy, gdy zwyczajowe czułe zdrobnienie zostało zastąpione przez tę oficjalną wersję, której niemal nigdy wobec niej nie używał.
- Rina - poprawił się, biorąc głębszy oddech i próbując, naprawdę cholernie mocno próbując zebrać myśli, ubierając je w słowa, które jak na złość wcale nie chciały opuszczać jego ust. - Czy?... - Zamiast tego kumulowały się w jego gardle, dusząc go, pozbawiając go możliwości powiedzenia czegoś, co momentalnie przyniosłoby ulgę im obojgu.
Choć jej, jej przede wszystkim. Przecież nie chciał doprowadzać do tego, że nie mogła na niego patrzeć. Nie chciał jej zranić.
Nie wiedział, co powinien robić. Byli zaręczeni. To nie podlegało jakimkolwiek wątpliwościom, nie wywoływało żadnych rozważań na temat tej części ich sytuacji. Ale ciąża? Dziecko? Rozmawiali o tym. Mówili o czasach sprzed wojny, o dawnych myślach, o ostrożnych planach, które nie doszły jednak do skutku. Teraz wszystko się skomplikowało. Czy byli gotowi? Czy tak naprawdę kiedykolwiek mogli być gotowi?
- Wtedy? - Spytał w końcu spokojnie, choć jego dłonie nieznacznie drżały, gdy splatał je mocniej na kolanach, starając się sprostać niepisanym, nie do końca mu znanym wymaganiom, jakie z pewnością niosła za sobą właśnie ta chwila, ta rozmowa.
Chciał mieć punkt zaczepienia. Potrzebował czegokolwiek, co miało pozwolić mu oswoić tę myśl, zanim zaskoczenie runie na niego z całą swoją siłą. A może już to zrobiło? Być może to właśnie dlatego czuł się tak bardzo otumaniony?
Nie miał pojęcia, jednak z pewnością jeszcze nigdy nie poczuł się aż tak skołowany. Tamte chwile podczas upojnej, letniej nocy. Ta impulsywność, irracjonalność, nierozsądne momenty, które teraz, w tym półmroku, przybierały zupełnie inny wymiar.
Tamte minuty, żałośnie ulotne, żenująco pozbawione ciepła i ten początek września, raptem dwa tygodnie wcześniej. To nie mogło być wtedy, nie za tym drugim razem. Na to bez wątpienia stanowczo zbyt wcześnie, nawet jeśli tamtego poranka, jak i w późniejszych dniach wielokrotnie przekraczali granicę między tym, co powinni, a czego chcieli, nie do końca zważając na okoliczności czy konsekwencje. Tak, byli nierozsądni. Musiał to przed sobą przyznać, jednakże to nie mógł być efekt ich ostatnich chaotycznych zachowań.
A więc...
...potrzebował wiedzieć. Chociaż częściowo. Mieć ułamek, urywek obrazu, fragment, detal, cokolwiek. Potrzebował, musiał wiedzieć, co w tym momencie malowało się przed oczyma Riny. Co wypełniało jej myśli. Zwłaszcza wtedy, gdy powolnym, niemal niedostrzegalnym ruchem wysunął ku niej rękę, zatrzymując palce na stoliku kilka centymetrów od kolana dziewczyny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down