23.08.2025, 11:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2025, 11:38 przez Baldwin Malfoy.)
Błądził przez chwilę spojrzeniem po starych zeszytach i notatkach. Eliksiry. Oczywiście, że w takiej chwili skierowała się właśnie ku nim. Milczał. Nie oszukiwał się. Nie było magicznego środka, który wyciągnąłby ich córkę ze śmiertelnego marazmu. Potrzebowała czasu. Jej małe ciało potrzebowało czasu i odpoczynku, siły, żeby zwalczyć choróbsko. Nawet jeśli nie chciał jej oddawać Matce - wiedział, że to co trzymało duszę Fridy i jej świadomość nie należało już do tego świata. Więc nic co z tego świata zapewne nie mogło jej pomóc. Tu nie potrzeba było książek o eliksirach. Potrzeba było tomów, które spoczywały zamknięte w kufrze na strychu. Zaraz obok drzwi, pod stertą mniejszych pudełek i słoików starego Malika. Tu potrzeba było nekromancji. Magii krwi i życia.
Gdyby mógł, gdyby tylko wiedział jak, zakląłby w tym drobnym ciele cząstkę własnej duszy, by mieć pewność, że Frida będzie żyć wiecznie. Na przekór Bogom i ludziom.
Nachylił delikatnie głowę, by mogła przeczesać palcami jego mokre włosy; przesunął ją później tak, by dłoń spoczęła na zimnym od wieczornego, zimowego powietrza, policzku. Przekręcił się, składając pełen czułości pocałunek na miękkiej skórze siostrzanej dłoni. Tęsknił za tym - świadomie czy nie. Za jej oddechem, za ciepłem.
Jestem tu. Przepraszam, że tak późno.
- Ten niesmaczny? To rzeczywiście najdzielniejsza.- Odparł z niemal przerysowanym uznaniem i podziwem. Ale to wystarczyło, żeby ghoulka uśmiechnęła się słabo. Zbyt słaba, żeby wyciągnąć ręce; Baldwin znał jednak ten niemrawy ruch.
W odpowiedzi na prośbę o przebranie się, zsunął po prostu z ramion przemoczoną wierzchnią szatę, zostając tylko w spodniach i szarym podkoszulku. Pewnie kiedyś był biały, ale czasy te dawno przeminęły. Tyle musiało wystarczyć, bo zaraz potem wydłubał ze zmęczonych objęć półwili dziecięcy kokonik. Pilnując, żeby Frida była nadal okryta ciepłym pledem, ułożył ją sobie na piersi. Ghoulka oparła główkę o zgięcie między szyją, a ramieniem Malfoya. Oddychała cicho. Wciąż płytko, więc cokolwiek zagnieździło się w jej płucach jeszcze nie odpuściło. Ale przynajmniej nie była tak rozpalona jak rano.
- Spotkałem Fletcherową. Dała jakieś zioła do spalenia. Są w kieszeni. Nie wiem czy pomogą ale... można zapalić.- Powiedział, wspierając podbródek o czubek głowy dziewczynki. Cały czas wpatrywał się w Lorraine. Z tą nietypową dla siebie troską. Jakąkolwiek maskę nosił na co dzień - teraz została zdarta. Transakcja zawsze była obustronna. W cichych ścianach zakładu pogrzebowego odzyskiwał swoją Lorraine. Ale i ona w tym małym świecie, niedostępnym dla ciekawskich oczu, mogła mieć swojego Baldwina. Tego prawdziwego.
Dokładnie tego, który właśnie wyciągnął w jej stronę dłoń i wsparł ją o szczupłe ramię siostry. Nie pytał czy cokolwiek dzisiaj jadła. Wiedział, że nie. Widział to w zapadłych policzkach i spojrzeniu błądzącym po ścianach gabinetu. Wiedział też, że nie spała. Czy go to dziwiło? Skądże. Sam nie zmrużył oka, nasłuchując cichego oddechu dziecka, przy którego łóżku spędził całą poprzednią noc. Nie pozwolił jej położyć do wyścielonej aksamitem trumny, którą trzymali w schowku na tą rzadką okazję, gdy przychodził jakiś bogacz i kręcił nosem na wszystkie “normalne” z ekspozycji. Wszyscy wiedzieli, że pokurwiała szlachta rozkładała się najlepiej otulona dębem, atłasem i złotymi okuciami. Nie pozwolił Fridy tam położyć, bo choć aksamit był miękki i wygodny, to nie zniósłby widoku córki w trumnie, na zawsze wdrukowanego w swoją pamięć. Więc Frida odpoczywała w jego starym łóżku, które pamiętało szkolne czasy Baldwina, przykryta wszystkimi kocami jakie znaleźli.
- Powinnaś się wykąpać.- Zadecydował nagle. Wygrzać w ciepłej wodzie; pozwolić odpocząć spiętym mięśniom, które cały dzień pewnie trzymały jego dziecko w objęciach.
Widzę Cię taką jaką jesteś. Widzę twoje poświęcenie.
Bo poświęcenie matki nie było pustym słowem. Nie miało w sobie nic z heroizmu. Było za to cichym, żmudnym rytuałem, składanym każdego dnia w ofierze Bogom. Ciche jak oddech dziecka, dla którego biło jej zmęczone serce; wokół którego błądziły wszystkie myśli. Każdy dzień choroby Fridy odbierał coś Lorraine - oddawała siebie, kawałek po kawałku, tak niepostrzeżenie, że sama tego pewnie nie dostrzegała. Wykrwawiała się, kropla za kroplą, jakby nie znała innego sposobu na kochanie.
Przełożył Fridę nieco wygodniej na swoje ramię. Ważyła tyle co piórko złożone na wadze Anubisa, a ciążyła w objęciach bardziej niż najcięższy z grzechów. Podniósł się z ziemi, po czym… wyciągnął w stronę Lorraine dłoń.
Pomogę ci.
Ale tym razem w jego dłoni nie było gasnącej latarenki, a oni nie byli w ciemnych katakumbach. Byli w domu.- Chodź, naszykuję ci kąpiel.
Gdyby mógł, gdyby tylko wiedział jak, zakląłby w tym drobnym ciele cząstkę własnej duszy, by mieć pewność, że Frida będzie żyć wiecznie. Na przekór Bogom i ludziom.
Nachylił delikatnie głowę, by mogła przeczesać palcami jego mokre włosy; przesunął ją później tak, by dłoń spoczęła na zimnym od wieczornego, zimowego powietrza, policzku. Przekręcił się, składając pełen czułości pocałunek na miękkiej skórze siostrzanej dłoni. Tęsknił za tym - świadomie czy nie. Za jej oddechem, za ciepłem.
Jestem tu. Przepraszam, że tak późno.
- Ten niesmaczny? To rzeczywiście najdzielniejsza.- Odparł z niemal przerysowanym uznaniem i podziwem. Ale to wystarczyło, żeby ghoulka uśmiechnęła się słabo. Zbyt słaba, żeby wyciągnąć ręce; Baldwin znał jednak ten niemrawy ruch.
W odpowiedzi na prośbę o przebranie się, zsunął po prostu z ramion przemoczoną wierzchnią szatę, zostając tylko w spodniach i szarym podkoszulku. Pewnie kiedyś był biały, ale czasy te dawno przeminęły. Tyle musiało wystarczyć, bo zaraz potem wydłubał ze zmęczonych objęć półwili dziecięcy kokonik. Pilnując, żeby Frida była nadal okryta ciepłym pledem, ułożył ją sobie na piersi. Ghoulka oparła główkę o zgięcie między szyją, a ramieniem Malfoya. Oddychała cicho. Wciąż płytko, więc cokolwiek zagnieździło się w jej płucach jeszcze nie odpuściło. Ale przynajmniej nie była tak rozpalona jak rano.
- Spotkałem Fletcherową. Dała jakieś zioła do spalenia. Są w kieszeni. Nie wiem czy pomogą ale... można zapalić.- Powiedział, wspierając podbródek o czubek głowy dziewczynki. Cały czas wpatrywał się w Lorraine. Z tą nietypową dla siebie troską. Jakąkolwiek maskę nosił na co dzień - teraz została zdarta. Transakcja zawsze była obustronna. W cichych ścianach zakładu pogrzebowego odzyskiwał swoją Lorraine. Ale i ona w tym małym świecie, niedostępnym dla ciekawskich oczu, mogła mieć swojego Baldwina. Tego prawdziwego.
Dokładnie tego, który właśnie wyciągnął w jej stronę dłoń i wsparł ją o szczupłe ramię siostry. Nie pytał czy cokolwiek dzisiaj jadła. Wiedział, że nie. Widział to w zapadłych policzkach i spojrzeniu błądzącym po ścianach gabinetu. Wiedział też, że nie spała. Czy go to dziwiło? Skądże. Sam nie zmrużył oka, nasłuchując cichego oddechu dziecka, przy którego łóżku spędził całą poprzednią noc. Nie pozwolił jej położyć do wyścielonej aksamitem trumny, którą trzymali w schowku na tą rzadką okazję, gdy przychodził jakiś bogacz i kręcił nosem na wszystkie “normalne” z ekspozycji. Wszyscy wiedzieli, że pokurwiała szlachta rozkładała się najlepiej otulona dębem, atłasem i złotymi okuciami. Nie pozwolił Fridy tam położyć, bo choć aksamit był miękki i wygodny, to nie zniósłby widoku córki w trumnie, na zawsze wdrukowanego w swoją pamięć. Więc Frida odpoczywała w jego starym łóżku, które pamiętało szkolne czasy Baldwina, przykryta wszystkimi kocami jakie znaleźli.
- Powinnaś się wykąpać.- Zadecydował nagle. Wygrzać w ciepłej wodzie; pozwolić odpocząć spiętym mięśniom, które cały dzień pewnie trzymały jego dziecko w objęciach.
Widzę Cię taką jaką jesteś. Widzę twoje poświęcenie.
Bo poświęcenie matki nie było pustym słowem. Nie miało w sobie nic z heroizmu. Było za to cichym, żmudnym rytuałem, składanym każdego dnia w ofierze Bogom. Ciche jak oddech dziecka, dla którego biło jej zmęczone serce; wokół którego błądziły wszystkie myśli. Każdy dzień choroby Fridy odbierał coś Lorraine - oddawała siebie, kawałek po kawałku, tak niepostrzeżenie, że sama tego pewnie nie dostrzegała. Wykrwawiała się, kropla za kroplą, jakby nie znała innego sposobu na kochanie.
Przełożył Fridę nieco wygodniej na swoje ramię. Ważyła tyle co piórko złożone na wadze Anubisa, a ciążyła w objęciach bardziej niż najcięższy z grzechów. Podniósł się z ziemi, po czym… wyciągnął w stronę Lorraine dłoń.
Pomogę ci.
Ale tym razem w jego dłoni nie było gasnącej latarenki, a oni nie byli w ciemnych katakumbach. Byli w domu.- Chodź, naszykuję ci kąpiel.