23.08.2025, 14:01 ✶
Wreszcie wypuściła kota z rąk. Zwierzak przeciągnął się leniwie, po czym przeskoczył sobie zgrabnie na poduszkę, a stamtąd na parapet. Kot jak to kot, za wiele atencji nie potrzebował, a co ważniejsze - wcale jej nie chciał. Dopiero wtedy wyciągnęła do Anthony’ego obie dłonie, ujmując go ostrożnie za jego. Uważała na poranione nadgarstki.
- Dziękuję Ci.- Powtórzyła powoli, pozwalając słowom wybrzmieć z całą swoją mocą. Dziękuję za pomoc. Dziękuję za to, że byłeś. Dziękuję, że mnie szukałeś. Ale Little Hangleton nigdy nie było jej domem. Oboje o tym wiedzieli. Należało do innych dusz, cieni, które śniły zaklęte w posągach pośród cieni cyprysów; do innych ptaków, które wyśpiewywały swoją pieśń przez całą wieczność; do Słońca, którym nigdy nie była.
- Jeśli chcesz…- Zaczęła, ale zamilkła. Jeśli chcesz, udaj się tam ze mną. Pozwól mi. Chcę ci pokazać, że to piękne miejsce. Pogrążone w wiecznym śnie ludzi, którzy nigdy nie zasypiają. Znajdę dla Ciebie miejsce - Masz je w moim sercu, nie zabraknie go w moim domu.
Nie mogła wykrztusić z siebie kolejnego słowa.
Strach ją sparaliżował.
Zgodziłby się wrócić z nią do Mulciber Manor? Czy wreszcie ukląkł by ponownie i poprosił o rękę? Czy tym razem by zrozumiał dlaczego nie mogła zgodzić się wcześniej? Dlaczego nie mogła zdradzić słońca, wiatru i strumienia. Ale pośród cichych oddechów wypełniających posiadłość w Yorkshire wiatr pieścił jej skórę inaczej niż w Jordanii; zachodzące słońce oświetlało jej postać świętą aureolą, nie śmiąc spalić alabastrowej skórę; a krystaliczny strumień chłodził łagodnie, zabierając ze swoim nurtem bolesne wspomnienia przeszłości.
Gniewał się wtedy, że nie zamieniła swoich narzeczonych trzech, ale… Nie mogła. Nie wtedy.
Czy teraz też by się gniewał, że pewnie już nigdy nie opuści domu? W końcu taki był przykaz żony. Oddana pod opiekę męża miała stać przy jego boku, dzielić z nim dom i życie. Piękna bajka, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.
Nie. Anthony Shafiq nigdy nie porzuciłby dla niej swojego dziedzictwa. Zbyt wiele poświęcił. Nie mogła od niego oczekiwać, żeby stał się mężem Lorien Mulciber. Nie chciała wypłakiwać sobie za nim oczu, więc zwyczajnie w świecie nie ryzykowała.
- Jeśli chcesz… Mogę dopłacić do odbudowy.- Powiedziała wreszcie pełne zdanie, kończąc je czymś tak żałośnie sztucznym, że musiał się zorientować co tak naprawdę próbowała powiedzieć. Czego ostatecznie wcale nie powiedziała.
- Zaprosiłabym cię na ognisko do Mulciber Manor, ale… Chyba mamy ich na razie dość, prawda? Ognisk.- Odwzajemniła zmęczony uśmiech, splatając ich palce razem. Byli sami, a prawdopodobieństwo, że komuś jeszcze uda się wymusić na pielęgniarce odwiedziny - zerowe.- Ale… Mamy przepiękne wrzosowiska. I mogłabym Ci pokazać stare figury na cmentarzu. Niektóre są zachwycające.
Jej głos był cichy, ale tliła się w nim nuta niepokoju. Nie zostawiaj mnie. Nie odchodź. Nawet jeśli ja muszę odejść, wiedz, że mój dom będzie zawsze i twoim domem.
Kiedy ostatni raz byli tak blisko? Tak długo trzymali się za dłonie? Rozmawiali tak spokojnie? Bez łez, krzyków, okrutnego niezrozumienia, które zdawało się ciążyć im obojgu. Spuściła wzrok słysząc o Longbottomach.
Warownia upadła.
Było w tym zdaniu coś o wiele bardziej przerażającego niż mogłoby się z początku wydawać. Nie tylko Londyn. Nie tylko Little Hangleton. Zawiedli cały kraj.
- Przekaż Morpheusowi i jego rodzinie moje kondolencje. Gdyby czegokolwiek potrzebowali… Gdybym jakkolwiek mogła pomóc…- Nigdy nie była dobra z oferowania pomocy. Może dlatego, że sama nie wiedziała jak o nią prosić.
Temat Koroleva był prostszy, bo emocje, które mu towarzyszyły były o wiele mniej skomplikowane. A jedyną rzeczą jaką teraz czuła była cholerna potrzeba wsadzenia napastnika za kratki. Do tej samej celi, w której zdechł jego ojciec.
- Nie ma wytłumaczenia dla zaatakowania sędzi Wizengamotu.- Sędzi. Nie Lorien. Jej rola była ważniejsza od niej samej; to że z biegiem lat dorosła do butów pozostawionych w spadku przez ojca, nie znaczyło, że nagle ona zaczęła się liczyć bardziej. Ale była sędzią i w całej swojej pokorze wobec władzy i Ministerstwa, czarownica uwielbiała o sobie myśleć, że jest też Prawem.- Przekazałam sprawę w ręce pana Moody’ego. Aarona Moody’ego. Pracował przed laty nad sprawą Koroleva seniora, więc nie pozwoli sobie na spieprzenie tej.- Wreszcie puściła dłonie Anthony’ego.- Ale jak ty się czujesz? Nie zranili cię?
- Dziękuję Ci.- Powtórzyła powoli, pozwalając słowom wybrzmieć z całą swoją mocą. Dziękuję za pomoc. Dziękuję za to, że byłeś. Dziękuję, że mnie szukałeś. Ale Little Hangleton nigdy nie było jej domem. Oboje o tym wiedzieli. Należało do innych dusz, cieni, które śniły zaklęte w posągach pośród cieni cyprysów; do innych ptaków, które wyśpiewywały swoją pieśń przez całą wieczność; do Słońca, którym nigdy nie była.
- Jeśli chcesz…- Zaczęła, ale zamilkła. Jeśli chcesz, udaj się tam ze mną. Pozwól mi. Chcę ci pokazać, że to piękne miejsce. Pogrążone w wiecznym śnie ludzi, którzy nigdy nie zasypiają. Znajdę dla Ciebie miejsce - Masz je w moim sercu, nie zabraknie go w moim domu.
Nie mogła wykrztusić z siebie kolejnego słowa.
Strach ją sparaliżował.
Zgodziłby się wrócić z nią do Mulciber Manor? Czy wreszcie ukląkł by ponownie i poprosił o rękę? Czy tym razem by zrozumiał dlaczego nie mogła zgodzić się wcześniej? Dlaczego nie mogła zdradzić słońca, wiatru i strumienia. Ale pośród cichych oddechów wypełniających posiadłość w Yorkshire wiatr pieścił jej skórę inaczej niż w Jordanii; zachodzące słońce oświetlało jej postać świętą aureolą, nie śmiąc spalić alabastrowej skórę; a krystaliczny strumień chłodził łagodnie, zabierając ze swoim nurtem bolesne wspomnienia przeszłości.
Gniewał się wtedy, że nie zamieniła swoich narzeczonych trzech, ale… Nie mogła. Nie wtedy.
Czy teraz też by się gniewał, że pewnie już nigdy nie opuści domu? W końcu taki był przykaz żony. Oddana pod opiekę męża miała stać przy jego boku, dzielić z nim dom i życie. Piękna bajka, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.
Nie. Anthony Shafiq nigdy nie porzuciłby dla niej swojego dziedzictwa. Zbyt wiele poświęcił. Nie mogła od niego oczekiwać, żeby stał się mężem Lorien Mulciber. Nie chciała wypłakiwać sobie za nim oczu, więc zwyczajnie w świecie nie ryzykowała.
- Jeśli chcesz… Mogę dopłacić do odbudowy.- Powiedziała wreszcie pełne zdanie, kończąc je czymś tak żałośnie sztucznym, że musiał się zorientować co tak naprawdę próbowała powiedzieć. Czego ostatecznie wcale nie powiedziała.
- Zaprosiłabym cię na ognisko do Mulciber Manor, ale… Chyba mamy ich na razie dość, prawda? Ognisk.- Odwzajemniła zmęczony uśmiech, splatając ich palce razem. Byli sami, a prawdopodobieństwo, że komuś jeszcze uda się wymusić na pielęgniarce odwiedziny - zerowe.- Ale… Mamy przepiękne wrzosowiska. I mogłabym Ci pokazać stare figury na cmentarzu. Niektóre są zachwycające.
Jej głos był cichy, ale tliła się w nim nuta niepokoju. Nie zostawiaj mnie. Nie odchodź. Nawet jeśli ja muszę odejść, wiedz, że mój dom będzie zawsze i twoim domem.
Kiedy ostatni raz byli tak blisko? Tak długo trzymali się za dłonie? Rozmawiali tak spokojnie? Bez łez, krzyków, okrutnego niezrozumienia, które zdawało się ciążyć im obojgu. Spuściła wzrok słysząc o Longbottomach.
Warownia upadła.
Było w tym zdaniu coś o wiele bardziej przerażającego niż mogłoby się z początku wydawać. Nie tylko Londyn. Nie tylko Little Hangleton. Zawiedli cały kraj.
- Przekaż Morpheusowi i jego rodzinie moje kondolencje. Gdyby czegokolwiek potrzebowali… Gdybym jakkolwiek mogła pomóc…- Nigdy nie była dobra z oferowania pomocy. Może dlatego, że sama nie wiedziała jak o nią prosić.
Temat Koroleva był prostszy, bo emocje, które mu towarzyszyły były o wiele mniej skomplikowane. A jedyną rzeczą jaką teraz czuła była cholerna potrzeba wsadzenia napastnika za kratki. Do tej samej celi, w której zdechł jego ojciec.
- Nie ma wytłumaczenia dla zaatakowania sędzi Wizengamotu.- Sędzi. Nie Lorien. Jej rola była ważniejsza od niej samej; to że z biegiem lat dorosła do butów pozostawionych w spadku przez ojca, nie znaczyło, że nagle ona zaczęła się liczyć bardziej. Ale była sędzią i w całej swojej pokorze wobec władzy i Ministerstwa, czarownica uwielbiała o sobie myśleć, że jest też Prawem.- Przekazałam sprawę w ręce pana Moody’ego. Aarona Moody’ego. Pracował przed laty nad sprawą Koroleva seniora, więc nie pozwoli sobie na spieprzenie tej.- Wreszcie puściła dłonie Anthony’ego.- Ale jak ty się czujesz? Nie zranili cię?