Ozzy jedynie skinął głową, w milczeniu zgadzając się z tym, że Black nie mógł pomóc bardziej tamtemu człowiekowi. Żaden z nich nie znał się aż tak na uzdrawianiu, żeby próbować się tego podjąć, więc jedyne co mogli zrobić, to właśnie to, co zrobił chwilę wcześniej wampir. Czy ten człowiek przeżyje czy nie... to już tak naprawdę zależało wyłącznie od tego ile będzie miał szczęścia.
Pozwolił pociągnąć się Blackowi za rękaw, bo i tak nie miał za bardzo pojęcia co mogliby zrobić tutaj więcej, a faktycznie zależało mu też na tym, żeby sprawdzić jak się mają ich domy. Wodził wzrokiem po budynkach, które mijali biegnąc w stronę Dziurawego Kotła, zastanawiając się mimowolnie czy znajdują się w nich ludzie i czy gdyby nie był takim tchórzem, to mógłby kogoś uratować... Z drugiej jednak strony nie był ani bohaterem, ani uzdrowicielem, a ryzykowanie własnego życia, żeby być może uratować kogoś innego jakoś nie było w jego stylu.
Gdy w końcu wsiedli na motocykl Lupina ten odpalił swój dwukołowiec i niemalże z piskiem opon ruszył przez Londyn, oddalając się od Dziurawego Kotła i kierując się w stronę Camden Town. Nie konsultowali tego wcześniej, ale Osirisowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby mieli jechać najpierw do jego własnego domu. Zawsze myślał o sobie w drugiej kolejności, najpierw dbając o rodzinę i przyjaciół, a dopiero później o siebie, a tym razem chodziło konkretnie o Dacre, który zawsze był dla niego najważniejszy, więc... nie było nawet opcji, żeby pojechali najpierw do Archway.
Starał się jechać szybko, żeby jak najkrócej narażać siebie i Blacka na działanie płomieni i jednocześnie na tyle bezpiecznie, żeby nie spowodować żadnego wypadku drogowego (bo jeszcze tego by im brakowało w momencie, gdy spora część Londynu płonęła). Płomienie wgryzały się w Londyn jak bestia łapczywie pożerająca miasto. Ulice były rozpalonymi korytarzami, szyby w oknach pękały z trzaskiem, a nad dachami unosiły się języki ognia, jakby ktoś próbował zamienić całe niebo w żywą pochodnię. Osiris i Dacre pędzili na motocyklu, oślepiani blaskiem, ogłuszani rykiem płomieni i odległym hukiem walących się budynków. Silnik wył jak ranne zwierzę, ale wciąż ich niósł naprzód, przez piekło utkane przez Śmierciożerców. Wiatr smagał ich twarze, niosąc gryzący dym, a powietrze było tak gęste, że każdy oddech palił płuca.
Nagle wyrosła przed nimi ściana ognia – żywioł nie do ominięcia. Ozzy, zaciskając dłonie na kierownicy, wbił się w nią, wybierając ból zamiast zatrzymania; nie mogli też zawrócić, bo nie było gdzie wracać, wszystko trawił ogień. W jednej chwili motocykl zniknął w pomarańczowo-białej paszczy.
Krzyk Osirisa zniknął w ryku ognia. Gorąco wdzierało mu się przez ubranie, kłuło jak tysiące igieł. Czuł, jak płomienie liżą jego tors, rozdzierając powietrze wokół klatki piersiowej, a ból uderzał go falą, która zaciemniała wzrok. Gdy wreszcie wypadli z paszczy ognia zatrzymał się gwałtownie, w bezpiecznej odległości od płomieni i ugasił swoją płonącą kurtkę, przyklepując ją odzianymi w rękawice motocyklowe dłońmi. Nie wiedział w jakim stanie był Dacre, ale zanim mógł się odwrócić w stronę przyjaciela musiał ogarnąć sam siebie; nie będzie w stanie nijak pomóc przyjacielowi, jeśli sam zginie, prawda?
@dacre black