24.08.2025, 13:40 ✶
Przy barze z Philomeną, Elliottem, później jeszcze z Desmondem, Erikiem i Norą. Przez moment uwaga skupiona na Anthony'm.
Nie zwracała uwagi na Philomenę.
Chwila moment, co takiego?
Lorien Mulciber nie zwracała większej uwagi na Philomenę Mulciber, chwilę po tym jak prześlizgnęła się spojrzeniem po przyczepionym do jej ramienia Elliotem. Młodszych ozdób nie było? Podejrzewała, że babka ma pierścionki starsze niż jej towarzysz. Ale zachowywała się wobec nestorki ze wszelkim przynależnym jej szacunkiem. Może tylko na przekór całemu światu zaciskając mocniej palce na przedramieniu aurora. Przekora. To zawsze była ta cholera przekora. Zapewne zapytana o swoje zachowanie stwierdziłaby lekko “och mam ministerialne przyzwolenie!” po czym z prześlicznym uśmiechem wyciągnęła z torebki wizytówkę z wykaligrafowanym nań “Mogę robić co mi się żywnie podoba.” Cóż. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Adeline Prewett była taka sama.
Ucieszyła się za to widząc zmierzającego w ich stronę Anthony’ego, który… jednak zrezygnował? Och. Stanął w dalszej części baru, zaaferowany rozmową i dobieraniem wina. Ale kiedy złapała go wreszcie spojrzeniem, uniosła trzymany w dłoni kieliszek. Niemy gest toastu. No cóż. Później porozmawiają.
Gdy do ich grona dołączył młodziak, skinęła mu głową na przywitanie. Sztywno. Desmond. Znała Paullusa, jego ojca. Cenny nabytek Departamentu Magicznej Współpracy Czarodziejów. Mogłaby przysiąc, że dzieciaka też raz czy dwa widziała na korytarzu, ale po prawdzie… wszyscy stażyści wyglądali tak samo. Więc tylko uśmiechnęła się grzecznie, równie grzecznie tracąc nim od razu jakiekolwiek zainteresowanie. Ale było w tym coś więcej. Lorien zwyczajnie w świecie starała się po sobie nie pokazać irytacji. Jakim prawem ten smarkacz nie podał ręki jej towarzyszowi. Prawem krwi. Odpowiedział złośliwy głosik z tyłu głowy.
Jąkała, czerwieniący się na widok Philomeny.
Dlatego zaśmiała się dość sztucznie z komentarza Elliotta.
- Cóż.. Nie dał nam nic więcej, nieprawdaż? Przyznaję, stronnictwo liczyło na komentarz Pańskiego Ojca odnośnie sytuacji w jakiej znalazł się nasz kraj. Wierzymy, że jego głos pozostaje istotnym w polityce i ma szansę dotrzeć do wielu młodych ludzi. Szacunek do stanowisk i pozycji w strukturze władzy w nich powoli umiera.- Odpowiedziała, a dotychczas miękki ton uderzył w ostrzejsze, bardziej suche nuty.- Cieszę się, że jest zdrów.
Zanim jednak zdążyła dodać coś więcej, pojawił się przy nich ktoś jeszcze. Erik Longbottom. Zmarszczyła nos. Nie był na służbie? Przyszedł z kimś kogo nie znała i nawet nie planowała udawać, że zna.
- Panie Longbottom.- Nie skinęła głową. Ale posłała kobiecie kolejny wystudiowany uśmiech, żeby nie czuła się pominięta.
Przekręciła głowę w bok. Zadarła podbródek, na tyle, żeby móc spojrzeć na Moody’ego i ściągnąć jego pełnię uwagi na siebie.
- Słyszałam, że specjalnie na dzisiejszy wieczór importowali kwiaty aż z Indii Wschodnich.- Powiedziała, robiąc to co politycy robią najlepiej - łżąc w oczy wszystkim dookoła.- Chciałabym je zobaczyć. Teraz.
Jej głos nawet nie drgnął na czymś co powinno być prośbą, ale zabrzmiało bardziej jak suche, służbowe polecenie, rozkaz albo komenda wydana niezwykle dobrze wytresowanemu psu.
- Pozostawiam Państwa w dobrych rękach.- Zwróciła się do całej gromadki implikując przy okazji, że każde ręce byłyby lepsze od szponów babki.
Zabrała swój kieliszek i wciąż wsparta o ramię aurora skierowała swoje kroki w stronę jednego z balkonów.
Nie zwracała uwagi na Philomenę.
Chwila moment, co takiego?
Lorien Mulciber nie zwracała większej uwagi na Philomenę Mulciber, chwilę po tym jak prześlizgnęła się spojrzeniem po przyczepionym do jej ramienia Elliotem. Młodszych ozdób nie było? Podejrzewała, że babka ma pierścionki starsze niż jej towarzysz. Ale zachowywała się wobec nestorki ze wszelkim przynależnym jej szacunkiem. Może tylko na przekór całemu światu zaciskając mocniej palce na przedramieniu aurora. Przekora. To zawsze była ta cholera przekora. Zapewne zapytana o swoje zachowanie stwierdziłaby lekko “och mam ministerialne przyzwolenie!” po czym z prześlicznym uśmiechem wyciągnęła z torebki wizytówkę z wykaligrafowanym nań “Mogę robić co mi się żywnie podoba.” Cóż. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Adeline Prewett była taka sama.
Ucieszyła się za to widząc zmierzającego w ich stronę Anthony’ego, który… jednak zrezygnował? Och. Stanął w dalszej części baru, zaaferowany rozmową i dobieraniem wina. Ale kiedy złapała go wreszcie spojrzeniem, uniosła trzymany w dłoni kieliszek. Niemy gest toastu. No cóż. Później porozmawiają.
Gdy do ich grona dołączył młodziak, skinęła mu głową na przywitanie. Sztywno. Desmond. Znała Paullusa, jego ojca. Cenny nabytek Departamentu Magicznej Współpracy Czarodziejów. Mogłaby przysiąc, że dzieciaka też raz czy dwa widziała na korytarzu, ale po prawdzie… wszyscy stażyści wyglądali tak samo. Więc tylko uśmiechnęła się grzecznie, równie grzecznie tracąc nim od razu jakiekolwiek zainteresowanie. Ale było w tym coś więcej. Lorien zwyczajnie w świecie starała się po sobie nie pokazać irytacji. Jakim prawem ten smarkacz nie podał ręki jej towarzyszowi. Prawem krwi. Odpowiedział złośliwy głosik z tyłu głowy.
Jąkała, czerwieniący się na widok Philomeny.
Dlatego zaśmiała się dość sztucznie z komentarza Elliotta.
- Cóż.. Nie dał nam nic więcej, nieprawdaż? Przyznaję, stronnictwo liczyło na komentarz Pańskiego Ojca odnośnie sytuacji w jakiej znalazł się nasz kraj. Wierzymy, że jego głos pozostaje istotnym w polityce i ma szansę dotrzeć do wielu młodych ludzi. Szacunek do stanowisk i pozycji w strukturze władzy w nich powoli umiera.- Odpowiedziała, a dotychczas miękki ton uderzył w ostrzejsze, bardziej suche nuty.- Cieszę się, że jest zdrów.
Zanim jednak zdążyła dodać coś więcej, pojawił się przy nich ktoś jeszcze. Erik Longbottom. Zmarszczyła nos. Nie był na służbie? Przyszedł z kimś kogo nie znała i nawet nie planowała udawać, że zna.
- Panie Longbottom.- Nie skinęła głową. Ale posłała kobiecie kolejny wystudiowany uśmiech, żeby nie czuła się pominięta.
Przekręciła głowę w bok. Zadarła podbródek, na tyle, żeby móc spojrzeć na Moody’ego i ściągnąć jego pełnię uwagi na siebie.
- Słyszałam, że specjalnie na dzisiejszy wieczór importowali kwiaty aż z Indii Wschodnich.- Powiedziała, robiąc to co politycy robią najlepiej - łżąc w oczy wszystkim dookoła.- Chciałabym je zobaczyć. Teraz.
Jej głos nawet nie drgnął na czymś co powinno być prośbą, ale zabrzmiało bardziej jak suche, służbowe polecenie, rozkaz albo komenda wydana niezwykle dobrze wytresowanemu psu.
- Pozostawiam Państwa w dobrych rękach.- Zwróciła się do całej gromadki implikując przy okazji, że każde ręce byłyby lepsze od szponów babki.
Zabrała swój kieliszek i wciąż wsparta o ramię aurora skierowała swoje kroki w stronę jednego z balkonów.