24.08.2025, 20:38 ✶
Oceniam Elliotta. Wącham Philomenę. Ściskam dłoń Erika. Resztę obsmaruję potem. Odchodzę z Lorien na balkon.
Zanim uścisnął dłoń Erika, na dłuższą chwilę skupił uwagę na Elliottcie, przypatrując się młodemu kanclerzowi, który zręcznie wybrnął z politycznej dyskusji. Zastanawiał się, czy nie jest tym zmęczony. Byciem synem swojego ojca. Synem Fortinbrasa Malfoya, Ministra Magii. Sam Aaron pamiętał, jak na samym początku jego ministerialnej kariery, starsi stażem aurorzy zwracali się do niego imieniem jego ojca, poprawiając się w tej samej chwili, w której podnosili wzrok na jego twarz. Przyzwyczajenie podobne do tego, z jakim ręka sięgała po różdżkę w chwili zagrożenia. Wyuczone na pamięć manewry, ruchy, w które wpasował się tak szybko, jak gdyby zawsze należały do niego. Teraz on łapał się na tym, że zwraca się do synów imionami ojców. Zastanawiał się, czy i jego syna nazywali jego imieniem. Może dlatego nigdy nie ułatwiał niczego Alkowi: nie chciał, żeby wstydził się, gdy będą ich ze sobą mylić. A jak przestaną, będzie wiedział, że sam na to zapracował. Każdy ojciec chce przecież, żeby jego syn go przewyższył. Alastor przerósł go zanim jeszcze skończył Hogwart, ale Aaron wciąż patrzył na niego z góry.
Gdyby auror nie znał swojego miejsca w szeregu, nie byłby aurorem.
W rysach Elliotta nie trzeba było długo doszukiwać się podobieństwa do Fortinbrasa. A jednak, różnił się od swojego ojca. Nie miał pustki w oczach. Przeżarta spaczeniem dusza nie dogorywała na peryferiach jego spojrzenia, przesuwającego się filuternie po twarzach gości, tak jak w przypadku wiekowej madame Mulciber. Moody'emu zadrżały lekko skrzydełka nosa, gdy wciągnął przez nozdrza perfumowane powietrze, przesycone nadgniłą słodyczą: przyzwyczajony był do otaczającego Lorien zapachu jaśminu, liczył więc, że wyczuje zapach spaczenia... A jednak nic nie wyczuł.
Poczuł się niemal zawiedziony.
Powiódł wzrokiem wzdłuż baru, z niezadowoleniem stwierdziwszy, że wszystkie miejsca siedzące były wciąż zajęte. Chociaż opierająca się o jego ramię Lorien nie dawała tego po sobie poznać, wiedział, jak bardzo musi być zmęczona. Niektóre ptaki musiały pozostawać bez przerwy w locie, inaczej ginęły – stworzone, aby bujać w powietrzu, na ziemi wydawały się niezgrabnymi. Jerzyki spędzały w locie całe swoje życie, lądując tylko po to, aby uwić sobie gniazda. Kolibry nie potrafiły chodzić wcale. Wilgowrony... Aaron pochylił głowę w stronę Lorien w tym samym momencie, w którym poruszyła się, aby pochwycić jego spojrzenie. Wilgowrony były bardzo towarzyskimi, coby nie powiedzieć: bardzo próżnymi ptaszkami. Latały nisko nad ziemią, aby inni mogli podziwiać mieniące się pióra, tak jak Lorien mieniła się w świetle załamującym się na kryształach żyrandoli... Nawet jej uśmiech odbijał się w połyskliwym szkle kieliszka, który wzniosła wcześniej w niemym toaście. Przyjemnie było patrzeć jak rozkłada skrzydła i szybuje wdzięcznie ponad rozmowami, czasem popisując się słodkim trelem komplementu, a czasem – ostrą drwiną dzioba.
To był jej świat, pomyślał, żegnając towarzystwo skinieniem głowy.
Świat pięknych kłamstw przesłaniających brzydką prawdę, podobnie jak kwiaty na balkonie przesłaniały widok na spalone ulice Londynu. Odsłonił zwieszającą się z góry kwietną girlandę, aby nie zaplątała się we włosy Lorien, która oparła się o kamienną balustradę. Bez słowa zdjął galową marynarkę, przykrywając ramiona kobiety, aby nie odczuła zimna kamienia, gdy pomógł jej przysiąść wreszcie na otoczonej pergolą barierce.
Zanim uścisnął dłoń Erika, na dłuższą chwilę skupił uwagę na Elliottcie, przypatrując się młodemu kanclerzowi, który zręcznie wybrnął z politycznej dyskusji. Zastanawiał się, czy nie jest tym zmęczony. Byciem synem swojego ojca. Synem Fortinbrasa Malfoya, Ministra Magii. Sam Aaron pamiętał, jak na samym początku jego ministerialnej kariery, starsi stażem aurorzy zwracali się do niego imieniem jego ojca, poprawiając się w tej samej chwili, w której podnosili wzrok na jego twarz. Przyzwyczajenie podobne do tego, z jakim ręka sięgała po różdżkę w chwili zagrożenia. Wyuczone na pamięć manewry, ruchy, w które wpasował się tak szybko, jak gdyby zawsze należały do niego. Teraz on łapał się na tym, że zwraca się do synów imionami ojców. Zastanawiał się, czy i jego syna nazywali jego imieniem. Może dlatego nigdy nie ułatwiał niczego Alkowi: nie chciał, żeby wstydził się, gdy będą ich ze sobą mylić. A jak przestaną, będzie wiedział, że sam na to zapracował. Każdy ojciec chce przecież, żeby jego syn go przewyższył. Alastor przerósł go zanim jeszcze skończył Hogwart, ale Aaron wciąż patrzył na niego z góry.
Gdyby auror nie znał swojego miejsca w szeregu, nie byłby aurorem.
W rysach Elliotta nie trzeba było długo doszukiwać się podobieństwa do Fortinbrasa. A jednak, różnił się od swojego ojca. Nie miał pustki w oczach. Przeżarta spaczeniem dusza nie dogorywała na peryferiach jego spojrzenia, przesuwającego się filuternie po twarzach gości, tak jak w przypadku wiekowej madame Mulciber. Moody'emu zadrżały lekko skrzydełka nosa, gdy wciągnął przez nozdrza perfumowane powietrze, przesycone nadgniłą słodyczą: przyzwyczajony był do otaczającego Lorien zapachu jaśminu, liczył więc, że wyczuje zapach spaczenia... A jednak nic nie wyczuł.
Poczuł się niemal zawiedziony.
Powiódł wzrokiem wzdłuż baru, z niezadowoleniem stwierdziwszy, że wszystkie miejsca siedzące były wciąż zajęte. Chociaż opierająca się o jego ramię Lorien nie dawała tego po sobie poznać, wiedział, jak bardzo musi być zmęczona. Niektóre ptaki musiały pozostawać bez przerwy w locie, inaczej ginęły – stworzone, aby bujać w powietrzu, na ziemi wydawały się niezgrabnymi. Jerzyki spędzały w locie całe swoje życie, lądując tylko po to, aby uwić sobie gniazda. Kolibry nie potrafiły chodzić wcale. Wilgowrony... Aaron pochylił głowę w stronę Lorien w tym samym momencie, w którym poruszyła się, aby pochwycić jego spojrzenie. Wilgowrony były bardzo towarzyskimi, coby nie powiedzieć: bardzo próżnymi ptaszkami. Latały nisko nad ziemią, aby inni mogli podziwiać mieniące się pióra, tak jak Lorien mieniła się w świetle załamującym się na kryształach żyrandoli... Nawet jej uśmiech odbijał się w połyskliwym szkle kieliszka, który wzniosła wcześniej w niemym toaście. Przyjemnie było patrzeć jak rozkłada skrzydła i szybuje wdzięcznie ponad rozmowami, czasem popisując się słodkim trelem komplementu, a czasem – ostrą drwiną dzioba.
To był jej świat, pomyślał, żegnając towarzystwo skinieniem głowy.
Świat pięknych kłamstw przesłaniających brzydką prawdę, podobnie jak kwiaty na balkonie przesłaniały widok na spalone ulice Londynu. Odsłonił zwieszającą się z góry kwietną girlandę, aby nie zaplątała się we włosy Lorien, która oparła się o kamienną balustradę. Bez słowa zdjął galową marynarkę, przykrywając ramiona kobiety, aby nie odczuła zimna kamienia, gdy pomógł jej przysiąść wreszcie na otoczonej pergolą barierce.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.