25.08.2025, 09:46 ✶
Na balkonie z A.A.Moody'm
W pierwszej chwili chciała zaoponować.
Stanowczo odmówić i nałożenia na siebie o wiele za dużej (ale jakże miękkiej i ciepłej) marynarki. Mogła powiedzieć wszystko. Wystarczyłoby proste nie chcę, żeby ją zostawił. Mogłaby mruknąć coś o plotkach, wścibskich spojrzeniach i wizerunku, który oboje mieli do zachowania. Ale nie odezwała się ani słowem. Boleśnie nauczyła się, że bez względu na wszystko - plotki i tak będą. Spotkała się z kimś na Lammas? “To na pewno romans!” Przystanęła na moment, żeby porozmawiać o sprawie Koroleva przy automacie do kawy? “Wdowa po Mulciberze kurwi się na środku korytarza”.
Ciekawe kiedy zaczną plotkować, że ściągnęła sobie do pomocy młodego asystenta z kompletnie innego działu? Albo o jej nieprzyzwoicie zażyłych stosunkach z niektórymi Niewymownymi.
Tak po prawdzie, Lorien była tym po prostu zmęczona. I było jej zimno, a futro z pufków tarantowatych wisiało w szatki teatru. Nie zamierzała się po nie wybierać.
Ale nie usłyszał nawet prostego dziękuję. Zamiast tego spojrzała na niego, przechylając głowę w jednym ze swoich ptasich gestów.
- Zasłonili miasto.- Stwierdziła rzecz tak przecież oczywistą. Każdy głupi widział kwiatki porastające ażurową pergolę. Były na każdym balkonie.
Drgnęła zaskoczona, gdy ją ujął pod boki i posadził na szerokiej, kamiennej barierce. Znów, nie odezwała się ani słowem.
Po jednej stronie on, a po drugiej - podnoszący się powoli z kolan Londyn. A pomiędzy - jaśmin i Lorien. Skrzyżowała nogi w kostkach, ułożyła dłonie na podołku. Kieliszek został odstawiony w bezpiecznej odległości, aby nie mogła go strącić na posadzkę.
Zacisnęła nieco mocniej palce na połach marynarki, chroniąc się przed chłodem wrześniowego wieczoru. A może po prostu lubiła zapach jego wody kolońskiej. Był inny - ostrzejszy, kwaśniejszy, gdy mieszał się z potem i plamił kołnierzyk marynarki; bardziej jednowymiarowy. Zwyczajnie w świecie tani. A przynajmniej tańszy od zapachów używanych przez większość otaczających ją mężczyzn. Chwilę jej zajęło zrozumienie dlaczego jej to nie przeszkadza. Dlaczego lubi sposób, w którym piżmo miesza się z zapachem papierosów i kawy.
Lubiła to, bo Aaron Moody pachniał jak… Ministerstwo Magii.
Zdjęła z marynarki jeden koci włos, który się na niej ostał. Szary, więc musiał być koci, prawda? Nawet jeśli był dziwacznie długi. Zbyła to mentalnym machnięciem ręki. Ich koty miały mnóstwo kłaków, pewnie niejeden z nich był… ponadprzeciętny. Strzepnęła go niefrasobliwie na ziemię. Więcej uwagi poświęciła kwiatom, które zasłaniały jej widok ukochanego, pogrążonego w cichej żałobie miasta. Nienawidziła się za to, że… wcale nie czuła się zdziwiona. Kto by chciał patrzeć na ruiny, kiedy można było oglądać biczujących się dzieciaków, pić drogie wino i plotkować o tym jakie życie jest ostatnio straszliwie ciężkie, bo przez pożary funt spadł na rynku walut. Zerwała jedną gałązkę. Kwiaty były piękne. Adeline zawsze powtarzała, że jaśmin jej pasuje. Symbol wiecznego piękna.
Wpatrywała się przez chwilę w białe płatki nie czując nic innego jak obrzydzenie. Jeszcze nie tak dawno byłyby pokryte popiołem. Jakim prawem były tak czyste?
Westchnęła i… po prostu wsunęła gałązkę do kieszeni marynarki. Przy okazji musiała niechcący dźgnąć skrytego w środku dementorka, który wychylił się wybitnie zaspany, bucząc jak zezłoszczony bąk, potrząsając gniewnie kapturkiem.
W pierwszej chwili chciała zaoponować.
Stanowczo odmówić i nałożenia na siebie o wiele za dużej (ale jakże miękkiej i ciepłej) marynarki. Mogła powiedzieć wszystko. Wystarczyłoby proste nie chcę, żeby ją zostawił. Mogłaby mruknąć coś o plotkach, wścibskich spojrzeniach i wizerunku, który oboje mieli do zachowania. Ale nie odezwała się ani słowem. Boleśnie nauczyła się, że bez względu na wszystko - plotki i tak będą. Spotkała się z kimś na Lammas? “To na pewno romans!” Przystanęła na moment, żeby porozmawiać o sprawie Koroleva przy automacie do kawy? “Wdowa po Mulciberze kurwi się na środku korytarza”.
Ciekawe kiedy zaczną plotkować, że ściągnęła sobie do pomocy młodego asystenta z kompletnie innego działu? Albo o jej nieprzyzwoicie zażyłych stosunkach z niektórymi Niewymownymi.
Tak po prawdzie, Lorien była tym po prostu zmęczona. I było jej zimno, a futro z pufków tarantowatych wisiało w szatki teatru. Nie zamierzała się po nie wybierać.
Ale nie usłyszał nawet prostego dziękuję. Zamiast tego spojrzała na niego, przechylając głowę w jednym ze swoich ptasich gestów.
- Zasłonili miasto.- Stwierdziła rzecz tak przecież oczywistą. Każdy głupi widział kwiatki porastające ażurową pergolę. Były na każdym balkonie.
Drgnęła zaskoczona, gdy ją ujął pod boki i posadził na szerokiej, kamiennej barierce. Znów, nie odezwała się ani słowem.
Po jednej stronie on, a po drugiej - podnoszący się powoli z kolan Londyn. A pomiędzy - jaśmin i Lorien. Skrzyżowała nogi w kostkach, ułożyła dłonie na podołku. Kieliszek został odstawiony w bezpiecznej odległości, aby nie mogła go strącić na posadzkę.
Zacisnęła nieco mocniej palce na połach marynarki, chroniąc się przed chłodem wrześniowego wieczoru. A może po prostu lubiła zapach jego wody kolońskiej. Był inny - ostrzejszy, kwaśniejszy, gdy mieszał się z potem i plamił kołnierzyk marynarki; bardziej jednowymiarowy. Zwyczajnie w świecie tani. A przynajmniej tańszy od zapachów używanych przez większość otaczających ją mężczyzn. Chwilę jej zajęło zrozumienie dlaczego jej to nie przeszkadza. Dlaczego lubi sposób, w którym piżmo miesza się z zapachem papierosów i kawy.
Lubiła to, bo Aaron Moody pachniał jak… Ministerstwo Magii.
Zdjęła z marynarki jeden koci włos, który się na niej ostał. Szary, więc musiał być koci, prawda? Nawet jeśli był dziwacznie długi. Zbyła to mentalnym machnięciem ręki. Ich koty miały mnóstwo kłaków, pewnie niejeden z nich był… ponadprzeciętny. Strzepnęła go niefrasobliwie na ziemię. Więcej uwagi poświęciła kwiatom, które zasłaniały jej widok ukochanego, pogrążonego w cichej żałobie miasta. Nienawidziła się za to, że… wcale nie czuła się zdziwiona. Kto by chciał patrzeć na ruiny, kiedy można było oglądać biczujących się dzieciaków, pić drogie wino i plotkować o tym jakie życie jest ostatnio straszliwie ciężkie, bo przez pożary funt spadł na rynku walut. Zerwała jedną gałązkę. Kwiaty były piękne. Adeline zawsze powtarzała, że jaśmin jej pasuje. Symbol wiecznego piękna.
Wpatrywała się przez chwilę w białe płatki nie czując nic innego jak obrzydzenie. Jeszcze nie tak dawno byłyby pokryte popiołem. Jakim prawem były tak czyste?
Westchnęła i… po prostu wsunęła gałązkę do kieszeni marynarki. Przy okazji musiała niechcący dźgnąć skrytego w środku dementorka, który wychylił się wybitnie zaspany, bucząc jak zezłoszczony bąk, potrząsając gniewnie kapturkiem.