26.08.2025, 13:52 ✶
Spalona Noc nie oszczędzała jak widać nikogo. Hannibalowi przeszło przez myśl, że podejrzanie wielu jego czystokrwistych znajomych padło ofiarami napaści.
Czy faktycznie coś jest w tych wszystkich zarzutach, że mugolacy są dla nas zagrożeniem?
Westchnął. Wiele osób mógłby podejrzewać o nierozważne wpakowanie się w kłopoty tamtej nocy, ze sobą samym na czele, ale jakoś nie wyobrażał sobie, czemu niby mogła być winna Lyssa.
- Oh nie! Ale ktoś ci coś zrobił? Czy tylko gadał bzdury? - zapytał zaniepokojony - Mnie też zaatakowano, na szczęście szybko dostałem pomoc - mimochodem potarł palcami miejsce, gdzie brzeg wyciętej koszuli spotykał się z jego obojczykiem. Oparzenie jeszcze trochę swędziało, ale bąble znikły - Uzdrowiciele mówią, że nie będzie blizn.
Odpowiedział uśmiechem na gratulacje i zamyślony patrzył, jak rozpakowuje swoje rzeczy. Ulubiona scena… Biczowanie było oczywistym wyborem, może wręcz zbyt oczywistym. Hannibal świetnie się bawił odgrywając kontrowersyjną scenę, ale taka naprawdę ulubiona... Pomyślał o partiach tanecznych. Tak, taniec jest dużo subtelniejszy, niż te wszystkie monologi. Kto chciałby malować aktora wygłaszającego monolog? Może finałowa walka między Merlinem i Morganą, a Ekstazą i Ambicją? Tam było dużo ruchu i kolorów… ale sam Hannibal nie miał tam wiele do grania, to tancerki błyszczały w tej scenie. Lepiej…
- Hmmm… przegrany pojedynek z Morganą to jest moment, kiedy Merlin orientuje się, że nie da rady pogodzić oczekiwań wszystkich, że będzie musiał wybrać. To jest mocne, punkt zwrotny sztuki, naprawdę emocjonalna chwila - stanął na środku sceny i opowiadał, ilustrując gestami - Ciemna scena, tylko jeden reflektor. I Merlin, sam, pokonany - stanął w dramatycznej pozie przytłoczonego, rozdartego czarodzieja, z głową zwróconą w bok i połową twarzy zasłoniętą dłonią z rozczapierzonymi palcami. Na widocznej części malowało się niewysłowione cierpienie. Na próbę zacisnął powieki, a potem otworzył oczy i łypnął spomiędzy palców spojrzeniem, w którym czaił się obłęd. Jeszcze nie zdecydował, który wyraz twarzy będzie lepszy.
- Albo moje pojednanie z Laurettą… to znaczy Ekstazą. To jest scena baletowa - ton jego głosu ożywił się, a ruchy nabrały tanecznej zamaszystości, kiedy spacerował po niewielkim kawałku sceny między stoliczkiem Lyssy a tłem - Ekstaza przerywa biczującemu się Merlinowi, zaprasza go do tańca, trochę z takim przesłaniem, że to jest właściwsza forma oddawania jej czci, niż zadawanie sobie bólu. Szybka, dynamiczna choreografia, dużo podnoszenia, jesteśmy właściwie cały czas razem. Ma to obrazować uwielbienie i oddanie się Merlina nauce magii, marzeniom, które pociągały go od zawsze, wielkim celom, do jakich został stworzony - odruchowo odtworzył kilka kroków swojej sekwencji, porwany opowieścią, a potem zrobił taki ruch, jakby chciał zakręcić się w obrocie… ale powstrzymał się i zastygł wpół kroku, spoglądając na Lyssę.
- Jak myślisz? I co właściwie powiedziało szefostwo? - zapytał stając przed artystką. Miał nadzieję, że nie obstawali przy jakiejś nadętej, sztywnej scenie.
Czy faktycznie coś jest w tych wszystkich zarzutach, że mugolacy są dla nas zagrożeniem?
Westchnął. Wiele osób mógłby podejrzewać o nierozważne wpakowanie się w kłopoty tamtej nocy, ze sobą samym na czele, ale jakoś nie wyobrażał sobie, czemu niby mogła być winna Lyssa.
- Oh nie! Ale ktoś ci coś zrobił? Czy tylko gadał bzdury? - zapytał zaniepokojony - Mnie też zaatakowano, na szczęście szybko dostałem pomoc - mimochodem potarł palcami miejsce, gdzie brzeg wyciętej koszuli spotykał się z jego obojczykiem. Oparzenie jeszcze trochę swędziało, ale bąble znikły - Uzdrowiciele mówią, że nie będzie blizn.
Odpowiedział uśmiechem na gratulacje i zamyślony patrzył, jak rozpakowuje swoje rzeczy. Ulubiona scena… Biczowanie było oczywistym wyborem, może wręcz zbyt oczywistym. Hannibal świetnie się bawił odgrywając kontrowersyjną scenę, ale taka naprawdę ulubiona... Pomyślał o partiach tanecznych. Tak, taniec jest dużo subtelniejszy, niż te wszystkie monologi. Kto chciałby malować aktora wygłaszającego monolog? Może finałowa walka między Merlinem i Morganą, a Ekstazą i Ambicją? Tam było dużo ruchu i kolorów… ale sam Hannibal nie miał tam wiele do grania, to tancerki błyszczały w tej scenie. Lepiej…
- Hmmm… przegrany pojedynek z Morganą to jest moment, kiedy Merlin orientuje się, że nie da rady pogodzić oczekiwań wszystkich, że będzie musiał wybrać. To jest mocne, punkt zwrotny sztuki, naprawdę emocjonalna chwila - stanął na środku sceny i opowiadał, ilustrując gestami - Ciemna scena, tylko jeden reflektor. I Merlin, sam, pokonany - stanął w dramatycznej pozie przytłoczonego, rozdartego czarodzieja, z głową zwróconą w bok i połową twarzy zasłoniętą dłonią z rozczapierzonymi palcami. Na widocznej części malowało się niewysłowione cierpienie. Na próbę zacisnął powieki, a potem otworzył oczy i łypnął spomiędzy palców spojrzeniem, w którym czaił się obłęd. Jeszcze nie zdecydował, który wyraz twarzy będzie lepszy.
- Albo moje pojednanie z Laurettą… to znaczy Ekstazą. To jest scena baletowa - ton jego głosu ożywił się, a ruchy nabrały tanecznej zamaszystości, kiedy spacerował po niewielkim kawałku sceny między stoliczkiem Lyssy a tłem - Ekstaza przerywa biczującemu się Merlinowi, zaprasza go do tańca, trochę z takim przesłaniem, że to jest właściwsza forma oddawania jej czci, niż zadawanie sobie bólu. Szybka, dynamiczna choreografia, dużo podnoszenia, jesteśmy właściwie cały czas razem. Ma to obrazować uwielbienie i oddanie się Merlina nauce magii, marzeniom, które pociągały go od zawsze, wielkim celom, do jakich został stworzony - odruchowo odtworzył kilka kroków swojej sekwencji, porwany opowieścią, a potem zrobił taki ruch, jakby chciał zakręcić się w obrocie… ale powstrzymał się i zastygł wpół kroku, spoglądając na Lyssę.
- Jak myślisz? I co właściwie powiedziało szefostwo? - zapytał stając przed artystką. Miał nadzieję, że nie obstawali przy jakiejś nadętej, sztywnej scenie.