26.08.2025, 20:13 ✶
Z sędzią Lorien J. Mulciber na balkonie.
Gdyby auror nie znał swojego miejsca w szeregu, nie byłby aurorem. Nie chodziło nawet o szacunek względem autorytetów: Aaron poruszył się nieznacznie u boku Lorien, wyczuwając jej irytację, nie warto, chciał powiedzieć, gdy rzuciła zawoalowanym przytykiem. A bo mało to było w biurze aurorów takich, którzy autorytety mieli w dupie? Niekompetentnych, niezdyscyplinowanych karierowiczów, którzy myśleli tylko o własnych ambicjach? Wystarczyło spojrzeć na tych wymuskanych pizdusiów, którzy w trakcie przedstawienia pilnowali Ministry. Cartwright? Ten to przynajmniej miał gadane, ale pieprzony Goyle? Z każdej interwencji wracał z jakąś kontuzją, a gdy udzielano mu pierwszej pomocy, jęczał jak panienka ze złamanym paznokciem. Wszystko zależało od samodyscypliny. Ci, co wychodzili przed szereg, ulegali podobnemu co banda zgromadzonych na przyjęciu czyściuchów złudzeniu, że coś znaczą. Nazwiska nic nie znaczyły, chyba, że stawały się synonimiczne z funkcją pełnioną przez tego, kto je nosił. W Biurze Aurorów zawsze urzędował przecież jakiś Moody. "Aaron Moody, auror", powiedział Elliott, przedstawiając go swojemu smarkatemu kuzynowi. Powinno być na odwrót, pomyślał Aaron. "Auror, Aaron Moody". Tak, w tej kolejności.
– Zasłoniliby niebo, gdyby jego kolor nie pasował do dress code podanego na zaproszeniu – mruknął Aaron, który opierał się o balustradę balkonu tuż obok spowitej jaśminem Lorien. Przypomniał sobie, że jaśminem miały też wionąć perfumy Kleopatry uwodzącej z pokładu łodzi Marka Antoniusza, wyczekującego jej wizyty w Tarsie. Aaron lubił jaśmin z innego powodu, bardziej praktycznego.
Jego zapach odstraszał komary.
Kiedy powiedział o tym Lorien, ta tylko przewróciła oczami, robiąc minę. Krzew jaśminu miał jednak swoje miejsce na zacienionym balkonie Moody'ego, a choć zdążył zdziczeć, nieregularnie podlewany, jego pnącza wciąż nie dawały za wygraną: wspinały się po prętach barierki, zabezpieczonej przed kotem, zachwycając białym kwieciem.
Ciekawe, co porabiał jego kot.
Bez słowa przyglądał się, jak Lorien zdejmuje z marynarki od munduru aurora szary włos. Pewnie koci, pomyślał Aaron, marszcząc nieznacznie brwi, gdy przypomniał sobie, że przed wyjściem zebrał z siebie przecież sierść zaklęciem... Ale tak to już było, jak mieszkało się z kotem. Chociaż włosy Lorien mogły pod tym względem spokojnie konkurować z kłakami burego sierściucha, bo też zaczynał znajdować je wszędzie. Włosy były nawet na pelerynkach małych dementorków, które zawsze jej towarzyszyły: w trakcie przedstawienia, Moody odkrył, że przemycił jednego z nich w kieszeni marynarki. Zdziwiony, że nie ugryzł go w palec, pozwolił dementorkowi spać dalej. Może powinni ustalić jakieś specjalne zabezpieczenia w jej gabinecie?, dumał tymczasem. Co gdyby ktoś zechciał użyć eliksiru wielosokowego, aby się tam włamać? Zwłaszcza, że Lorien gubiła więcej włosów niż perski kot! Teraz jednak złote spineczki przytrzymywały ciężkie loki, tak długie, że łaskotały wierzch płasko wspartej o balustradę dłoni, którą asekurował jej plecy, żeby nie spadła. Nie, żeby było to możliwe, a jednak... Był tak blisko, że zmuszony był pilnować się, aby nie dotknąć przypadkiem tiulowych zakładeczek sukni, szeleszczących przy każdym ruchu Lorien. Ostentacyjnie na nią nie patrzył, skupiony na obserwacji wejścia na balkon, gotów interweniować, gdyby ktoś próbował naprzykrzać się sędzi. Wolna dłoń jak zawsze czuwała w pobliżu różdżki.
– Bardzo ładnie wyglądasz – powiedział, wciąż na nią nie patrząc.
Wszystko zależało od samodyscypliny.
Gdyby auror nie znał swojego miejsca w szeregu, nie byłby aurorem. Nie chodziło nawet o szacunek względem autorytetów: Aaron poruszył się nieznacznie u boku Lorien, wyczuwając jej irytację, nie warto, chciał powiedzieć, gdy rzuciła zawoalowanym przytykiem. A bo mało to było w biurze aurorów takich, którzy autorytety mieli w dupie? Niekompetentnych, niezdyscyplinowanych karierowiczów, którzy myśleli tylko o własnych ambicjach? Wystarczyło spojrzeć na tych wymuskanych pizdusiów, którzy w trakcie przedstawienia pilnowali Ministry. Cartwright? Ten to przynajmniej miał gadane, ale pieprzony Goyle? Z każdej interwencji wracał z jakąś kontuzją, a gdy udzielano mu pierwszej pomocy, jęczał jak panienka ze złamanym paznokciem. Wszystko zależało od samodyscypliny. Ci, co wychodzili przed szereg, ulegali podobnemu co banda zgromadzonych na przyjęciu czyściuchów złudzeniu, że coś znaczą. Nazwiska nic nie znaczyły, chyba, że stawały się synonimiczne z funkcją pełnioną przez tego, kto je nosił. W Biurze Aurorów zawsze urzędował przecież jakiś Moody. "Aaron Moody, auror", powiedział Elliott, przedstawiając go swojemu smarkatemu kuzynowi. Powinno być na odwrót, pomyślał Aaron. "Auror, Aaron Moody". Tak, w tej kolejności.
Rzut na percepcję na lożę Ministry Magii (na ochronę stołu prezydialnego, Aaron patrzył w jego stronę w drodze na balkon).
Rzut N 1d100 - 41
Slaby sukces...
Slaby sukces...
– Zasłoniliby niebo, gdyby jego kolor nie pasował do dress code podanego na zaproszeniu – mruknął Aaron, który opierał się o balustradę balkonu tuż obok spowitej jaśminem Lorien. Przypomniał sobie, że jaśminem miały też wionąć perfumy Kleopatry uwodzącej z pokładu łodzi Marka Antoniusza, wyczekującego jej wizyty w Tarsie. Aaron lubił jaśmin z innego powodu, bardziej praktycznego.
Jego zapach odstraszał komary.
Kiedy powiedział o tym Lorien, ta tylko przewróciła oczami, robiąc minę. Krzew jaśminu miał jednak swoje miejsce na zacienionym balkonie Moody'ego, a choć zdążył zdziczeć, nieregularnie podlewany, jego pnącza wciąż nie dawały za wygraną: wspinały się po prętach barierki, zabezpieczonej przed kotem, zachwycając białym kwieciem.
Ciekawe, co porabiał jego kot.
Bez słowa przyglądał się, jak Lorien zdejmuje z marynarki od munduru aurora szary włos. Pewnie koci, pomyślał Aaron, marszcząc nieznacznie brwi, gdy przypomniał sobie, że przed wyjściem zebrał z siebie przecież sierść zaklęciem... Ale tak to już było, jak mieszkało się z kotem. Chociaż włosy Lorien mogły pod tym względem spokojnie konkurować z kłakami burego sierściucha, bo też zaczynał znajdować je wszędzie. Włosy były nawet na pelerynkach małych dementorków, które zawsze jej towarzyszyły: w trakcie przedstawienia, Moody odkrył, że przemycił jednego z nich w kieszeni marynarki. Zdziwiony, że nie ugryzł go w palec, pozwolił dementorkowi spać dalej. Może powinni ustalić jakieś specjalne zabezpieczenia w jej gabinecie?, dumał tymczasem. Co gdyby ktoś zechciał użyć eliksiru wielosokowego, aby się tam włamać? Zwłaszcza, że Lorien gubiła więcej włosów niż perski kot! Teraz jednak złote spineczki przytrzymywały ciężkie loki, tak długie, że łaskotały wierzch płasko wspartej o balustradę dłoni, którą asekurował jej plecy, żeby nie spadła. Nie, żeby było to możliwe, a jednak... Był tak blisko, że zmuszony był pilnować się, aby nie dotknąć przypadkiem tiulowych zakładeczek sukni, szeleszczących przy każdym ruchu Lorien. Ostentacyjnie na nią nie patrzył, skupiony na obserwacji wejścia na balkon, gotów interweniować, gdyby ktoś próbował naprzykrzać się sędzi. Wolna dłoń jak zawsze czuwała w pobliżu różdżki.
– Bardzo ładnie wyglądasz – powiedział, wciąż na nią nie patrząc.
Wszystko zależało od samodyscypliny.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.