26.08.2025, 21:42 ✶
To Ursula wezwała go do Exmoor. Ursula była tą, która napisała do niego list. Ursula powiedziała mu o zasłabnięciu Geraldine. Najpewniej zatem powinien spodziewać się też tego, że Ursula doskonale wiedziała, co robi. Mimo to, posłał pytające spojrzenie w kierunku Yaxleyówny.
- Dowiedziałaś się tego przy niej? - Spytał, bo raczej czuł się zobligowany, aby to wiedzieć.
Nie to, aby to robiło jakąkolwiek różnicę. W miejscu takim jak rezydencja, w której obecnie mieszkali, ściany i tak miały uszy. Z pewnością niedługo większość z ich bliskich miała wyczuć pismo nosem, o ile nie powiedzą im o tym sami. O tym jednak nie chciał rozmawiać. Jeszcze nie w tej chwili. Musieli najpierw sami, we dwoje przetrawić tę informację, dochodząc do etapu, w którym mogli chcieć dzielić się tym ze światem. Najpierw potrzebowali należytej prywatności. Chwili dla siebie, odrobiny oddechu, który poniekąd już chyba odzyskiwali.
Widział to po Rinie. W sposobie, w jaki wyglądała. Zupełnie tak, jakby kolor zaczął wracać na jej twarz. Była w stanie normalnie na niego patrzeć, nie zaciskać już tak bardzo rąk na kolanach. Ba, nawet to odpyskowywanie uznał za naprawdę dobry omen. Może nie osiągnęli jeszcze normy, on sam wciąż czuł się skołowany, ale sytuacja zaczęła się normować. Nie dało się tego nie dostrzec.
- Wyglądasz za to, jakbyś uwiła tam sobie całkiem wygodne gniazdko - zasugerował, w żadnym razie nie mając wcześniej na myśli tego, że nie mogła chodzić.
To była naprawdę duża nadinterpretacja jego intencji, nawet jeśli był pewien, że celowa i raczej niespecjalnie mająca związek z tym, co naprawdę myślała sobie o tym jego narzeczona. W końcu był chyba ostatnim człowiekiem, który mógłby nagle chcieć odmawiać jej aktywności fizycznej albo nawet jakoś znacząco ograniczać Geraldine w tym, co chciała robić. Co prawda, z pewnością nie miał popierać wszystkiego, co sobie życzyła. Nie był kimś, kto aż tak luźno podchodził do podobnych tematów (nawet jeśli to był jego pierwszy raz w życiu w podobnej sytuacji) i kto zupełnie nie dbał o losy teraz już nie tylko swojej bliskiej, lecz także najbliższych. Zdecydowanie nie zamierzał jednak spychać dziewczyny na kanapę. Był raczej zwolennikiem zdrowego rozsądku, który oboje raczej obecnie starali się odzyskać po dosyć intensywnym okresie.
Przywyknięcie do całkowicie nowej sytuacji z pewnością miało im zająć trochę czasu, ale przecież mieli go jeszcze całkiem sporo. Wedle jego bardzo pobieżnych, dosyć chaotycznych wyliczeń, pozostało im na to przynajmniej kilka miesięcy. Dostatecznie długo, aby przywyknąć i zacząć tworzyć jakieś głębsze, nieco bardziej ustrukturyzowane plany, których w przeszłości dosyć mocno brakowało w ich wspólnym życiu. Dotychczas raczej nie mieli tendencji do tego, żeby rozmawiać o tej naprawdę dalekiej przyszłości. Teraz to powinno ulec zmianie, ale...
...małymi krokami, prawda? Nie mikroskopijnymi, przesadnie zachowawczymi kroczkami. Nie w kilku długich susach. Raczej normalnie. Dokładnie tak, jak Yaxleyówna znalazła się wreszcie na jego kolanach. Objął ją bez chwili zawahania, poprawiając sobie dziewczynę na kolanach i nachylając się, by musnąć wargami jej włosy, gdy oparła głowę o jego ramię.
Nie spodziewał się końca tematu. Prawdę mówiąc, sam zamierzał głębiej poruszyć kilka kwestii, ale gdy Rina otworzyła usta, żeby obdarzyć go kolejnymi słowami, instynktownie zmarszczył brwi. Moment później lekko uśmiechając się pod nosem, bo...
...no cóż. Zazwyczaj to zaczynało się w ten sposób, czyż nie? Od jeszcze jednej sprawy...
- Masz drugiego narzeczonego, o którym zapomniałaś mi wspomnieć? Albo, co lepsze, męża, z którym wypadałoby, byś się najpierw rozwiodła? - Spytał bez mrugnięcia okiem, mimo pełnej świadomości tego, że Yaxley w istocie było jej panieńskim nazwiskiem, więc raczej ta druga opcja nie wchodziła w grę.
Pierwsza też zresztą nie, zdążyli to sobie poniekąd ustalić, dochodząc do informacji, że miał być jedyną osobą nasuwającą kamyk na jej palec, ale w obecnej sytuacji? No cóż. Nie był w stanie powstrzymać się od podrzucenia na głos tych jak najbardziej absurdalnych scenariuszy. Tym bardziej, że cokolwiek miała mu do powiedzenia, raczej nic nie mogło nawet w niewielkim stopniu równać się z wcześniejszym kochanie, musimy porozmawiać. Nie miał pojęcia, czym była ta dodatkowa sprawa, ale raczej był gotowy na wszystko. No, chyba że...
...nie. Tego raczej nie brał pod uwagę, tym bardziej, że sama przyznała mu się do całkowitego zignorowania potrzeby udania się do uzdrowiciela z tymi osłabieniami, więc raczej nie miała możliwości dysponowania taką informacją, choć na tym etapie wszystko było już możliwe. Naprawdę nie byłby już w znacznie głębszym szoku niż obecnie. Mimowolnie przesunął spojrzenie w dół, unosząc brwi.
- Nie każ mi czekać - nie miał, no, nie miał nerwów ze stali, nawet jeśli ich rozmowa odbyła się w całkiem spokojnym tonie, jak na to, czego dotyczyła.
No, ale to nie był koniec świata. Cokolwiek więcej zamierzała mu przekazać, z pewnością też nie były to żadne apokaliptyczne wieści.
- Dowiedziałaś się tego przy niej? - Spytał, bo raczej czuł się zobligowany, aby to wiedzieć.
Nie to, aby to robiło jakąkolwiek różnicę. W miejscu takim jak rezydencja, w której obecnie mieszkali, ściany i tak miały uszy. Z pewnością niedługo większość z ich bliskich miała wyczuć pismo nosem, o ile nie powiedzą im o tym sami. O tym jednak nie chciał rozmawiać. Jeszcze nie w tej chwili. Musieli najpierw sami, we dwoje przetrawić tę informację, dochodząc do etapu, w którym mogli chcieć dzielić się tym ze światem. Najpierw potrzebowali należytej prywatności. Chwili dla siebie, odrobiny oddechu, który poniekąd już chyba odzyskiwali.
Widział to po Rinie. W sposobie, w jaki wyglądała. Zupełnie tak, jakby kolor zaczął wracać na jej twarz. Była w stanie normalnie na niego patrzeć, nie zaciskać już tak bardzo rąk na kolanach. Ba, nawet to odpyskowywanie uznał za naprawdę dobry omen. Może nie osiągnęli jeszcze normy, on sam wciąż czuł się skołowany, ale sytuacja zaczęła się normować. Nie dało się tego nie dostrzec.
- Wyglądasz za to, jakbyś uwiła tam sobie całkiem wygodne gniazdko - zasugerował, w żadnym razie nie mając wcześniej na myśli tego, że nie mogła chodzić.
To była naprawdę duża nadinterpretacja jego intencji, nawet jeśli był pewien, że celowa i raczej niespecjalnie mająca związek z tym, co naprawdę myślała sobie o tym jego narzeczona. W końcu był chyba ostatnim człowiekiem, który mógłby nagle chcieć odmawiać jej aktywności fizycznej albo nawet jakoś znacząco ograniczać Geraldine w tym, co chciała robić. Co prawda, z pewnością nie miał popierać wszystkiego, co sobie życzyła. Nie był kimś, kto aż tak luźno podchodził do podobnych tematów (nawet jeśli to był jego pierwszy raz w życiu w podobnej sytuacji) i kto zupełnie nie dbał o losy teraz już nie tylko swojej bliskiej, lecz także najbliższych. Zdecydowanie nie zamierzał jednak spychać dziewczyny na kanapę. Był raczej zwolennikiem zdrowego rozsądku, który oboje raczej obecnie starali się odzyskać po dosyć intensywnym okresie.
Przywyknięcie do całkowicie nowej sytuacji z pewnością miało im zająć trochę czasu, ale przecież mieli go jeszcze całkiem sporo. Wedle jego bardzo pobieżnych, dosyć chaotycznych wyliczeń, pozostało im na to przynajmniej kilka miesięcy. Dostatecznie długo, aby przywyknąć i zacząć tworzyć jakieś głębsze, nieco bardziej ustrukturyzowane plany, których w przeszłości dosyć mocno brakowało w ich wspólnym życiu. Dotychczas raczej nie mieli tendencji do tego, żeby rozmawiać o tej naprawdę dalekiej przyszłości. Teraz to powinno ulec zmianie, ale...
...małymi krokami, prawda? Nie mikroskopijnymi, przesadnie zachowawczymi kroczkami. Nie w kilku długich susach. Raczej normalnie. Dokładnie tak, jak Yaxleyówna znalazła się wreszcie na jego kolanach. Objął ją bez chwili zawahania, poprawiając sobie dziewczynę na kolanach i nachylając się, by musnąć wargami jej włosy, gdy oparła głowę o jego ramię.
Nie spodziewał się końca tematu. Prawdę mówiąc, sam zamierzał głębiej poruszyć kilka kwestii, ale gdy Rina otworzyła usta, żeby obdarzyć go kolejnymi słowami, instynktownie zmarszczył brwi. Moment później lekko uśmiechając się pod nosem, bo...
...no cóż. Zazwyczaj to zaczynało się w ten sposób, czyż nie? Od jeszcze jednej sprawy...
- Masz drugiego narzeczonego, o którym zapomniałaś mi wspomnieć? Albo, co lepsze, męża, z którym wypadałoby, byś się najpierw rozwiodła? - Spytał bez mrugnięcia okiem, mimo pełnej świadomości tego, że Yaxley w istocie było jej panieńskim nazwiskiem, więc raczej ta druga opcja nie wchodziła w grę.
Pierwsza też zresztą nie, zdążyli to sobie poniekąd ustalić, dochodząc do informacji, że miał być jedyną osobą nasuwającą kamyk na jej palec, ale w obecnej sytuacji? No cóż. Nie był w stanie powstrzymać się od podrzucenia na głos tych jak najbardziej absurdalnych scenariuszy. Tym bardziej, że cokolwiek miała mu do powiedzenia, raczej nic nie mogło nawet w niewielkim stopniu równać się z wcześniejszym kochanie, musimy porozmawiać. Nie miał pojęcia, czym była ta dodatkowa sprawa, ale raczej był gotowy na wszystko. No, chyba że...
...nie. Tego raczej nie brał pod uwagę, tym bardziej, że sama przyznała mu się do całkowitego zignorowania potrzeby udania się do uzdrowiciela z tymi osłabieniami, więc raczej nie miała możliwości dysponowania taką informacją, choć na tym etapie wszystko było już możliwe. Naprawdę nie byłby już w znacznie głębszym szoku niż obecnie. Mimowolnie przesunął spojrzenie w dół, unosząc brwi.
- Nie każ mi czekać - nie miał, no, nie miał nerwów ze stali, nawet jeśli ich rozmowa odbyła się w całkiem spokojnym tonie, jak na to, czego dotyczyła.
No, ale to nie był koniec świata. Cokolwiek więcej zamierzała mu przekazać, z pewnością też nie były to żadne apokaliptyczne wieści.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down