27.08.2025, 09:58 ✶
Nie zamierzał ukrywać spojrzenia, jakim otwarcie obdarzył Rinę, gdy poinformowała go o spektakularności jej omdlenia przy Ursuli. Był zaniepokojony. Oczywiście, że musiał być zaniepokojony. Nie mogła mieć mu tego za złe, czyż nie? Szczególnie, że jak do tej pory, nie zrobił jeszcze nic w celu zbadania stanu zdrowia Yaxleyówny. Nie rwał się do tego tak nadgorliwie jak mógłby postępować, jako uzdrowiciel, chwilowo dawał jej jeszcze złapać oddech po tym, co potrzebowała mu przekazać. Oboje zdecydowanie musieli to zrobić. Ochłonąć.
- Benjym - powtórzył powoli, nie próbując ukrywać niedowierzania, jakie pojawiło się w jego głosie.
Sam nie wiedział, czy powinien chcieć pytać ją o dalsze szczegóły dotyczące tego, w jakich okolicznościach jego przyjaciel dowiedział się o ciąży. Ambroise nie był ślepy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ta dwójka być może nieco ustabilizowała swoje relacje, jednak w dalszym ciągu nie pałała do siebie nawzajem zbyt wielką sympatią. A jednak jakimś cudem to Fenwick był ewidentnie pierwszą osobą, która dowiedziała się o ich nowej sytuacji. Lestrange...
...cóż. Geraldine mówiła, że nic nie wiedziała. Nie zamierzał zatem tego kwestionować, nawet jeśli był świadomy tego, jak czujne oko miała ciotka. Nie wiedział jednak, ile czasu minęło od momentu, w którym Rina spektakularnie zemdlała, ale domyślał się, że Ursula musiała wysłać list stosunku szybko po fakcie. Inaczej najpewniej nie dotarłby do nich jeszcze tego samego dnia. To natomiast oznaczało, że musiała mieć ku temu powody. Dalej jednak nie zamierzał podążać w swoim rozumowaniu, zdecydowanie nie potrzebował wybiegać w nim aż tak daleko, szczególnie że wolał poinformować najbliższych o wszystkim na ich własnych zasadach.
Dokładnie tak jak zawsze preferowali postępować. Mieli swoje własne, wypracowane przez lata schematy postępowania. Wystarczyło, by znalazła się bliżej niego, moszcząc się na jego kolanach, nie na fotelu naprzeciwko, aby zrobiło się lepiej, by atmosfera zelżała a powietrze stało się mniej gęste.
- Na pewno? - Spytał, przekrzywiając głowę w bok i badawczo przypatrując się dziewczynie.
No tak, niby teoretycznie mieli to ustalone. W praktyce również, więc ani przez chwilę tak naprawdę nie wątpił w to, że podsunięte przez niego scenariusze są zupełnie abstrakcyjne. Zresztą, szczerze podejrzewał, że jeśli miałby rzeczywisty powód, by niepokoić się czyjąś bliskością z Geraldine, byłby to faktycznie Erik Longbottom, którego już stosunkowo dawno wykluczyli z grona miłosnych zainteresowań jego dziewczyny narzeczonej. Nikt inny natomiast nie wzbudzał w nim jakichkolwiek powodów do zaniepokojenia. Po prawdzie mówiąc, nie mógłby nawet podsunąć żadnej innej opcji zapasowej, choćby nawet chciał to zrobić.
Mimo to, jeszcze przez kilkanaście sekund spoglądał na Yaxleyównę, lekko mrużąc przy tym oczy, zanim wreszcie kiwnął głową, wzruszając przy tym ramionami. W porządku, nie był to może najbardziej ekscytujący ani nawet kontrowersyjny strzał. Nie był zbyt sensacyjny, nie był odkrywczy, ale z drugiej strony? Wcale nie miał taki być. Jego zadanie było zgoła inne. Miał sprawić, że Rina dosyć swobodnie przejdzie do rzeczy, dochodząc do wniosku, że cokolwiek miała powiedzieć, raczej nic nie będzie w stanie przebić którejkolwiek ze wspomnianych rewelacji.
To nie była wina Greengrassa, że sama tak wysoko postawiła poprzeczkę. W głębi duszy podejrzewał, że jeszcze przez co najmniej kilka najbliższych godzin miał się czuć dokładnie tak jak w tym momencie. Może już nie tak bardzo skołowany i rozchwiany jak jeszcze przed kilkoma minutami, ale z pewnością w dalszym ciągu nie do końca swój. To w żadnym wypadku nie był jakikolwiek koniec świata, nic wyjątkowo przytłaczającego, ale zdecydowanie się tego nie spodziewał, nie dało się tego ukryć. Potrzebował to przetrawić. Równie dobrze mógł zrobić to ze wszystkim, o czym jeszcze musiała z nim porozmawiać.
- Pozytywnie nastawiona? - Powtórzył kolejny raz tego wieczoru, nie ukrywając uśmieszku rysującego mu się pod nosem. - Miałaś na myśli najwyższa pora, droga Geraldine? - Naprawdę próbował jak najlepiej odwzorować dosyć charakterystyczny ton, jakim zwykła wypowiadać się ich szanowna gospodyni; po prawdzie mówiąc, był całkiem zadowolony z tego, w jaki sposób to wyszło, nawet jeśli jednocześnie nie mógł na tym poprzestać. - Ursula lubi być zapobiegawcza - skwitował krótko, jednocześnie na moment odsuwając policzek od włosów dziewczyny, aby spojrzeć na nią z otwartym pytaniem wymalowanym na twarzy, szczególnie w oczach. - No, dobrze. Na czym wtedy stanęło? - całkowicie celowo podkreślił to jedno, niezmiernie istotne słowo; wtedy, nie aktualnie, bo jak sama wspomniała, okoliczności uległy dosyć mocnej zmianie w przeciągu zaledwie kilku godzin.
A najwyraźniej to także nie było ostatnie, co Rina miała mu do powiedzenia. W pierwszej chwili wyłącznie kiwnął głową, otwierając usta, aby bąknąć coś niezobowiązującego. W kolejnej zamrugał już nie raz, a dwukrotnie, kolejny raz zwracając wzrok na narzeczoną.
- Psa - stwierdził zupełnie tak, jakby się przesłyszał.
Bo musiał, prawda?
Nie było go tylko kilkanaście godzin.
- Benjym - powtórzył powoli, nie próbując ukrywać niedowierzania, jakie pojawiło się w jego głosie.
Sam nie wiedział, czy powinien chcieć pytać ją o dalsze szczegóły dotyczące tego, w jakich okolicznościach jego przyjaciel dowiedział się o ciąży. Ambroise nie był ślepy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ta dwójka być może nieco ustabilizowała swoje relacje, jednak w dalszym ciągu nie pałała do siebie nawzajem zbyt wielką sympatią. A jednak jakimś cudem to Fenwick był ewidentnie pierwszą osobą, która dowiedziała się o ich nowej sytuacji. Lestrange...
...cóż. Geraldine mówiła, że nic nie wiedziała. Nie zamierzał zatem tego kwestionować, nawet jeśli był świadomy tego, jak czujne oko miała ciotka. Nie wiedział jednak, ile czasu minęło od momentu, w którym Rina spektakularnie zemdlała, ale domyślał się, że Ursula musiała wysłać list stosunku szybko po fakcie. Inaczej najpewniej nie dotarłby do nich jeszcze tego samego dnia. To natomiast oznaczało, że musiała mieć ku temu powody. Dalej jednak nie zamierzał podążać w swoim rozumowaniu, zdecydowanie nie potrzebował wybiegać w nim aż tak daleko, szczególnie że wolał poinformować najbliższych o wszystkim na ich własnych zasadach.
Dokładnie tak jak zawsze preferowali postępować. Mieli swoje własne, wypracowane przez lata schematy postępowania. Wystarczyło, by znalazła się bliżej niego, moszcząc się na jego kolanach, nie na fotelu naprzeciwko, aby zrobiło się lepiej, by atmosfera zelżała a powietrze stało się mniej gęste.
- Na pewno? - Spytał, przekrzywiając głowę w bok i badawczo przypatrując się dziewczynie.
No tak, niby teoretycznie mieli to ustalone. W praktyce również, więc ani przez chwilę tak naprawdę nie wątpił w to, że podsunięte przez niego scenariusze są zupełnie abstrakcyjne. Zresztą, szczerze podejrzewał, że jeśli miałby rzeczywisty powód, by niepokoić się czyjąś bliskością z Geraldine, byłby to faktycznie Erik Longbottom, którego już stosunkowo dawno wykluczyli z grona miłosnych zainteresowań jego dziewczyny narzeczonej. Nikt inny natomiast nie wzbudzał w nim jakichkolwiek powodów do zaniepokojenia. Po prawdzie mówiąc, nie mógłby nawet podsunąć żadnej innej opcji zapasowej, choćby nawet chciał to zrobić.
Mimo to, jeszcze przez kilkanaście sekund spoglądał na Yaxleyównę, lekko mrużąc przy tym oczy, zanim wreszcie kiwnął głową, wzruszając przy tym ramionami. W porządku, nie był to może najbardziej ekscytujący ani nawet kontrowersyjny strzał. Nie był zbyt sensacyjny, nie był odkrywczy, ale z drugiej strony? Wcale nie miał taki być. Jego zadanie było zgoła inne. Miał sprawić, że Rina dosyć swobodnie przejdzie do rzeczy, dochodząc do wniosku, że cokolwiek miała powiedzieć, raczej nic nie będzie w stanie przebić którejkolwiek ze wspomnianych rewelacji.
To nie była wina Greengrassa, że sama tak wysoko postawiła poprzeczkę. W głębi duszy podejrzewał, że jeszcze przez co najmniej kilka najbliższych godzin miał się czuć dokładnie tak jak w tym momencie. Może już nie tak bardzo skołowany i rozchwiany jak jeszcze przed kilkoma minutami, ale z pewnością w dalszym ciągu nie do końca swój. To w żadnym wypadku nie był jakikolwiek koniec świata, nic wyjątkowo przytłaczającego, ale zdecydowanie się tego nie spodziewał, nie dało się tego ukryć. Potrzebował to przetrawić. Równie dobrze mógł zrobić to ze wszystkim, o czym jeszcze musiała z nim porozmawiać.
- Pozytywnie nastawiona? - Powtórzył kolejny raz tego wieczoru, nie ukrywając uśmieszku rysującego mu się pod nosem. - Miałaś na myśli najwyższa pora, droga Geraldine? - Naprawdę próbował jak najlepiej odwzorować dosyć charakterystyczny ton, jakim zwykła wypowiadać się ich szanowna gospodyni; po prawdzie mówiąc, był całkiem zadowolony z tego, w jaki sposób to wyszło, nawet jeśli jednocześnie nie mógł na tym poprzestać. - Ursula lubi być zapobiegawcza - skwitował krótko, jednocześnie na moment odsuwając policzek od włosów dziewczyny, aby spojrzeć na nią z otwartym pytaniem wymalowanym na twarzy, szczególnie w oczach. - No, dobrze. Na czym wtedy stanęło? - całkowicie celowo podkreślił to jedno, niezmiernie istotne słowo; wtedy, nie aktualnie, bo jak sama wspomniała, okoliczności uległy dosyć mocnej zmianie w przeciągu zaledwie kilku godzin.
A najwyraźniej to także nie było ostatnie, co Rina miała mu do powiedzenia. W pierwszej chwili wyłącznie kiwnął głową, otwierając usta, aby bąknąć coś niezobowiązującego. W kolejnej zamrugał już nie raz, a dwukrotnie, kolejny raz zwracając wzrok na narzeczoną.
- Psa - stwierdził zupełnie tak, jakby się przesłyszał.
Bo musiał, prawda?
Nie było go tylko kilkanaście godzin.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down