28.08.2025, 08:14 ✶
Z Lorien Mulciber na balkonie.
Wreszcie na nią spojrzał. Nie wydawał się specjalnie poruszony, a przynajmniej nie dał niczego po sobie poznać. Patrzył przez chwilę tak, jak gdyby szukał czegoś w jej twarzy. Właśnie tak musiał wyglądać na sali przesłuchań, gdy słyszał przyznanie się do winy. Z pociemniałymi nagle oczami, z ustami zaciśniętymi nie w pogardzie, lecz w napięciu: gdy po wielu godzinach przesłuchiwania podejrzanego zamykał za sobą drzwi, wydawał się niemal... Rozbawiony. Aaron Moody był rozbawiony, o ile było to możliwe w przypadku Aarona Moody'ego.
"Co ci się podoba najbardziej?"
Nie poruszył się. Nie musiał. Nie, skoro ona nachyliła się blisko, bliżej. Wcześniej obserwował jak goście mierzą się wzrokiem, oceniając, kto ma lepsze miejsce, z której loży najlepiej widać scenę. Tylko głupiec patrzyłby na scenę, mając u swego boku Lorien Mulciber. Gdy więc ona spojrzała na niego, on już patrzył na nią. Powiódł spojrzeniem wzdłuż jej ciała, wzdłuż szyi, długiej na siedem pocałunków, a może i nawet na dziewięć, jeżeli miał być dokładnym, a przecież Aaron Moody lubił być dokładnym.
Dostała to, czego chciała. Pełnię jego uwagi.
"Co ci się podoba najbardziej?"
– W tym momencie – odpowiedział, równie obojętnym tonem – moja marynarka.
I to, w jaki sposób otulała posesywnie jej drobną postać, niby to przypadkiem odkrywając nagie ramię.
Schylił się, żeby podnieść spinkę, niepomny na jej szept. Bo tak przecież działał świat Lorien Mulciber. Świat, jaki znała i rozumiała, był światem, w którym każdy należał do kogoś. Prawnuczka Philomeny, której imienia nawet nie raczyła wspomnieć stara, niczym nie różniła się bowiem od jednego ze zdobiących jej rękę pierścieni, podążających posłusznie za każdym skinieniem szczupłych palców. Była tylko częścią otaczającego ich blichtru, odblaskiem czegoś większego, jak wszyscy tutaj. Tak samo przystrojona w kosztowności Kleopatra była jedynie odblaskiem pełni bogactw Egiptu, których obietnica miała przekonać rzymskiego generała do pomocy w obronie sukcesji. Ale tak jak on nie był Markiem Antoniuszem, tak ona nie była Kleopatrą. Nie, gdy zamiast kosztowności, zrzucała z siebie pióra, pomyślał, przesunąwszy spojrzeniem po odsłoniętej skórze jej ramienia. Wyprostował się.
– Umiem tylko "do nogi" i "waruj". – Wymowną była cisza między nimi, zanim odwrócił wzrok, skupiając się całkowicie na złotej spince, którą obracał między palcami. Nagle pożałował, że się odezwał, jak zawsze zbyt ostro, zbyt oschle. Nie powinien ciągnąć tego żartu, nie tutaj. Ale przecież miał nie odstępować jej na krok, aby mogła poczuć się na bankiecie bezpiecznie... Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja wydarzeń.
Nie zwrócił jej spinki. Zacisnął na niej pięść, skrywszy błyskotkę we wnętrzu dłoni. Jak gdyby chował narzędzie zbrodni, zacierał ślady. Poszlaki, które mogłyby wskazywać, że jego i Lorien łączy coś ponad zwykłe stosunki służbowe. A może wręcz przeciwnie, katalogował jej występki tej nocy, gotów wyliczyć wszystkie, ledwie wrócą z przyjęcia? Z nieprzeniknioną twarzą kolekcjonował materiał dowodowy przeciwko Lorien, budując sprawę w oparciu o ewidencję spojrzeń posłanych mu ponad ramieniem. W oparciu o słowa, które padły, jak i te, które nie zostały wypowiedziane. Któreś z nich musiało się w końcu pilnować, pomyślał Aaron, mniej zdroworozsądkowe myśli jak zawsze spychając z premedytacją pod osłonę oklumencji.
Wreszcie na nią spojrzał. Nie wydawał się specjalnie poruszony, a przynajmniej nie dał niczego po sobie poznać. Patrzył przez chwilę tak, jak gdyby szukał czegoś w jej twarzy. Właśnie tak musiał wyglądać na sali przesłuchań, gdy słyszał przyznanie się do winy. Z pociemniałymi nagle oczami, z ustami zaciśniętymi nie w pogardzie, lecz w napięciu: gdy po wielu godzinach przesłuchiwania podejrzanego zamykał za sobą drzwi, wydawał się niemal... Rozbawiony. Aaron Moody był rozbawiony, o ile było to możliwe w przypadku Aarona Moody'ego.
"Co ci się podoba najbardziej?"
Nie poruszył się. Nie musiał. Nie, skoro ona nachyliła się blisko, bliżej. Wcześniej obserwował jak goście mierzą się wzrokiem, oceniając, kto ma lepsze miejsce, z której loży najlepiej widać scenę. Tylko głupiec patrzyłby na scenę, mając u swego boku Lorien Mulciber. Gdy więc ona spojrzała na niego, on już patrzył na nią. Powiódł spojrzeniem wzdłuż jej ciała, wzdłuż szyi, długiej na siedem pocałunków, a może i nawet na dziewięć, jeżeli miał być dokładnym, a przecież Aaron Moody lubił być dokładnym.
Dostała to, czego chciała. Pełnię jego uwagi.
"Co ci się podoba najbardziej?"
– W tym momencie – odpowiedział, równie obojętnym tonem – moja marynarka.
I to, w jaki sposób otulała posesywnie jej drobną postać, niby to przypadkiem odkrywając nagie ramię.
Schylił się, żeby podnieść spinkę, niepomny na jej szept. Bo tak przecież działał świat Lorien Mulciber. Świat, jaki znała i rozumiała, był światem, w którym każdy należał do kogoś. Prawnuczka Philomeny, której imienia nawet nie raczyła wspomnieć stara, niczym nie różniła się bowiem od jednego ze zdobiących jej rękę pierścieni, podążających posłusznie za każdym skinieniem szczupłych palców. Była tylko częścią otaczającego ich blichtru, odblaskiem czegoś większego, jak wszyscy tutaj. Tak samo przystrojona w kosztowności Kleopatra była jedynie odblaskiem pełni bogactw Egiptu, których obietnica miała przekonać rzymskiego generała do pomocy w obronie sukcesji. Ale tak jak on nie był Markiem Antoniuszem, tak ona nie była Kleopatrą. Nie, gdy zamiast kosztowności, zrzucała z siebie pióra, pomyślał, przesunąwszy spojrzeniem po odsłoniętej skórze jej ramienia. Wyprostował się.
– Umiem tylko "do nogi" i "waruj". – Wymowną była cisza między nimi, zanim odwrócił wzrok, skupiając się całkowicie na złotej spince, którą obracał między palcami. Nagle pożałował, że się odezwał, jak zawsze zbyt ostro, zbyt oschle. Nie powinien ciągnąć tego żartu, nie tutaj. Ale przecież miał nie odstępować jej na krok, aby mogła poczuć się na bankiecie bezpiecznie... Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja wydarzeń.
Nie zwrócił jej spinki. Zacisnął na niej pięść, skrywszy błyskotkę we wnętrzu dłoni. Jak gdyby chował narzędzie zbrodni, zacierał ślady. Poszlaki, które mogłyby wskazywać, że jego i Lorien łączy coś ponad zwykłe stosunki służbowe. A może wręcz przeciwnie, katalogował jej występki tej nocy, gotów wyliczyć wszystkie, ledwie wrócą z przyjęcia? Z nieprzeniknioną twarzą kolekcjonował materiał dowodowy przeciwko Lorien, budując sprawę w oparciu o ewidencję spojrzeń posłanych mu ponad ramieniem. W oparciu o słowa, które padły, jak i te, które nie zostały wypowiedziane. Któreś z nich musiało się w końcu pilnować, pomyślał Aaron, mniej zdroworozsądkowe myśli jak zawsze spychając z premedytacją pod osłonę oklumencji.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.