28.08.2025, 18:16 ✶
Poszło im naprawdę zadziwiająco sprawnie, szczególnie, że żadne z nich nie miało nic do dodania. Nie były to zresztą nazbyt skomplikowane czynności. Wydawało mu się niemal naturalne i wyjątkowo jasne, że każdy z towarzystwa nakładał podobne zabezpieczenia przynajmniej kilkadziesiąt razy w całym swoim dotychczasowym życiu. Nie było to nic odkrywczego. Ot, prawie całkowicie przezroczysta, lekko skrząca ściana mająca odepchnąć od siebie felernego nieszczęśnika, który by na nią wpadł. Ni mniej, ni więcej. Nie potrzebowali dyskutować na ten temat, mogli od razu ruszyć do działania.
Kończąc stawianie bariery, rozejrzał się dookoła, po czym ruszył w kierunku pozostałych towarzyszy, zatrzymując się na ukos od Benjy'ego. Kiwnął głową, chowając różdżkę nie w zwyczajowe miejsce, jakie miał na nią przeznaczone w rękawie koszuli (teraz podwiniętym), a do kieszeni spodni. Nie było to może nazbyt wygodne, ale nie miał raczej innej opcji.
Wystarczyło jednak, by zrobił kilka ruchów nogą, poruszając nią w miejscu, żeby postanowił zrezygnować z tej opcji. Nie był przyzwyczajony do tego, aby coś opierało mu się w ten sposób o udo, poza tym, po chwili namysłu, doszedł do wniosku, że istniało zdecydowanie zbyt duże ryzyko, aby połamał różdżkę, wdając się w chuj wie, jakie fizyczne przepychanki z Benjym. Ruszył więc w kierunku Yaxleyówny, wyciągając ją w jej stronę.
- Weźmiesz? - Spytał bez większych oporów, oczekując twierdzącej odpowiedzi, nawet jeśli nie miał w zwyczaju ani się rozbrajać, ani tym bardziej przekazywać komukolwiek swojej własności.
Cóż, w tym wypadku było inaczej. Nawet, jeżeli mógł tak po prostu złożyć swoje rzeczy na trawie, raczej nie chciał pilnować, czy w nie nie wpadną, a to była Rina. Nikomu tak bardzo nie ufał w kwestii intencji. Zresztą, nawet swoim komentarzem okazywała im obu ten specyficzny rodzaj troski.
- Całe szczęście, jestem uzdrowicielem - odparł bez zawahania, dosyć gładko zbywając jakiekolwiek obawy o potencjalne konsekwencje ich starcia, może poza urażoną dumą.
Z lekkością wzruszył ramionami, dochodząc do tego prostego wniosku, że przy odsetku magomedyków z własnymi zapasami medykamentów na zwykłych domowników, naprawdę nie istniały żadne powody do zmartwień. Co prawda, raczej nie wszystkie z wykwalifikowanych osób miały przychylnie spojrzeć na to, co działo się w tym momencie w ogrodzie, ale to były już wyłącznie detale. Ot, szczegóły, którymi obecnie nie potrzebowali się przejmować. Należało wreszcie przejść do tego, po co się tu znaleźli, choć na sugestię, by Geraldine ustaliła jakieś zasady, kiwnął głową.
Zagrywka ze strony Benjy'ego była...
...przeurocza. Naprawdę uroczo prowokacyjna. Co prawda, niezbyt ambitna, jednak na cześć ludzi zapewne mogłaby zadziałać. Bez wątpienia istniał jakiś odsetek społeczeństwa, który zareagowałby w tym momencie tak jak tego oczekiwał jego przyjaciel. W teorii był cień szansy na to, że ta technika sprowokowałaby kogoś do chęci przyłożenia brunetowi w twarz. To spojrzenie, ten ton głosu i naprawdę irytujący uśmieszek na twarzy... ...Fenwick wiedział, co robi.
Tyle tylko, że trochę zbyt długo się znali, aby dawać się łapać na sztuczki rodem z piaskownicy. I właśnie dlatego Roise nie pokazał mu języka. Byli raczej na poziomie późnego Hogwartu. A jednak powstrzymał się przed wystrzeleniem w górę środkowego palca. Benjy musiał zatem postarać się chociaż trochę bardziej. Chwilowo otrzymał wyłącznie wyjątkowo pobłażliwe spojrzenie, po którym wzrok Greengrassa przeniósł się na Yaxleyównę.
Jeśli zamierzali uciekać się do ustalania jakichkolwiek reguł czy zasad, to zdecydowanie był odpowiedni moment. Później? Raczej nie zamierzali zatrzymywać się w połowie ruchu, by cokolwiek wyjaśnić.
Kończąc stawianie bariery, rozejrzał się dookoła, po czym ruszył w kierunku pozostałych towarzyszy, zatrzymując się na ukos od Benjy'ego. Kiwnął głową, chowając różdżkę nie w zwyczajowe miejsce, jakie miał na nią przeznaczone w rękawie koszuli (teraz podwiniętym), a do kieszeni spodni. Nie było to może nazbyt wygodne, ale nie miał raczej innej opcji.
Wystarczyło jednak, by zrobił kilka ruchów nogą, poruszając nią w miejscu, żeby postanowił zrezygnować z tej opcji. Nie był przyzwyczajony do tego, aby coś opierało mu się w ten sposób o udo, poza tym, po chwili namysłu, doszedł do wniosku, że istniało zdecydowanie zbyt duże ryzyko, aby połamał różdżkę, wdając się w chuj wie, jakie fizyczne przepychanki z Benjym. Ruszył więc w kierunku Yaxleyówny, wyciągając ją w jej stronę.
- Weźmiesz? - Spytał bez większych oporów, oczekując twierdzącej odpowiedzi, nawet jeśli nie miał w zwyczaju ani się rozbrajać, ani tym bardziej przekazywać komukolwiek swojej własności.
Cóż, w tym wypadku było inaczej. Nawet, jeżeli mógł tak po prostu złożyć swoje rzeczy na trawie, raczej nie chciał pilnować, czy w nie nie wpadną, a to była Rina. Nikomu tak bardzo nie ufał w kwestii intencji. Zresztą, nawet swoim komentarzem okazywała im obu ten specyficzny rodzaj troski.
- Całe szczęście, jestem uzdrowicielem - odparł bez zawahania, dosyć gładko zbywając jakiekolwiek obawy o potencjalne konsekwencje ich starcia, może poza urażoną dumą.
Z lekkością wzruszył ramionami, dochodząc do tego prostego wniosku, że przy odsetku magomedyków z własnymi zapasami medykamentów na zwykłych domowników, naprawdę nie istniały żadne powody do zmartwień. Co prawda, raczej nie wszystkie z wykwalifikowanych osób miały przychylnie spojrzeć na to, co działo się w tym momencie w ogrodzie, ale to były już wyłącznie detale. Ot, szczegóły, którymi obecnie nie potrzebowali się przejmować. Należało wreszcie przejść do tego, po co się tu znaleźli, choć na sugestię, by Geraldine ustaliła jakieś zasady, kiwnął głową.
Zagrywka ze strony Benjy'ego była...
...przeurocza. Naprawdę uroczo prowokacyjna. Co prawda, niezbyt ambitna, jednak na cześć ludzi zapewne mogłaby zadziałać. Bez wątpienia istniał jakiś odsetek społeczeństwa, który zareagowałby w tym momencie tak jak tego oczekiwał jego przyjaciel. W teorii był cień szansy na to, że ta technika sprowokowałaby kogoś do chęci przyłożenia brunetowi w twarz. To spojrzenie, ten ton głosu i naprawdę irytujący uśmieszek na twarzy... ...Fenwick wiedział, co robi.
Tyle tylko, że trochę zbyt długo się znali, aby dawać się łapać na sztuczki rodem z piaskownicy. I właśnie dlatego Roise nie pokazał mu języka. Byli raczej na poziomie późnego Hogwartu. A jednak powstrzymał się przed wystrzeleniem w górę środkowego palca. Benjy musiał zatem postarać się chociaż trochę bardziej. Chwilowo otrzymał wyłącznie wyjątkowo pobłażliwe spojrzenie, po którym wzrok Greengrassa przeniósł się na Yaxleyównę.
Jeśli zamierzali uciekać się do ustalania jakichkolwiek reguł czy zasad, to zdecydowanie był odpowiedni moment. Później? Raczej nie zamierzali zatrzymywać się w połowie ruchu, by cokolwiek wyjaśnić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down