19.02.2023, 00:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2023, 20:35 przez Chester Rookwood.)
Ta ledwie słyszalna, choć dobrze znana mu irytacja zdecydowanie powinna być dla niego wyraźnym sygnałem do tego aby już naprawdę zakończyć tę część ich rozmowy. Łatwo było przekroczyć pewną granicę. Naprawdę nie zamierzał denerwować Roberta. Nie przyszli tutaj w celach towarzyskich. I kiedy była sposobność do toczenia względnie swobodnej konwersacji to mogli sobie na to pozwolić. Ten czas w końcu minął i czekały ich obowiązki względem Czarnego Pana, wobec którego pozostawał bezwzględnie lojalny.
— Wychodzę z tego samego założenia. Niektórych spraw nie powinno pozostawiać komuś innemu — W wielu kwestiach pozostawali naprawdę zgodni, co ułatwiało im współpracę. A ta najpewniej będzie owocna, dopóki ich z jakiegoś powodu szlag nie trafi. O drugim dnie tej sprawy wiedział i nie doświadczył cienia wątpliwości odnośnie winy Jonathana i tego, że zdrajcom krwi należała się śmierć. Jak również szlamom. Gdyby to Robert zdradził Czarnego i jego zwolenników, a tym samym jego też ta zdrada miałaby osobisty wymiar. Musiałby ich zabić. Przez wzgląd na charakter ich relacji i szacunek do tego czarodzieja zrobiłby to szybko, oszczędzając mu tortur których nie uniknąłby każdy inny zdrajca.
— To dobra wiadomość — Odetchnął z ulgą. Zdawał się zawsze zakładać najgorsze. Lepiej było dać się pozytywnie zaskoczyć, niż poważnie się rozczarować. W jego karierze aurorskiej i służbie Czarnemu Panu rozczarowanie było bardziej prawdopodobne. To po prostu specyfika obu tych działalności, które starał się pogodzić ze sobą. Póki co nie musiał wybierać pomiędzy swoją karierą a służbą Lordowi Voldemortowi.
Przekroczywszy próg tego domostwa, docenił przezorność swojego Roberta i rzucone przez niego zaklęcie wygłuszające ślady ich bytności w tym budynku. Przezorny zawsze ubezpieczony. Odrobinę światła się przyda. Dzięki niemu Chester był w stanie dokładniej rozejrzeć się po tym przedsionku. Widywał takie domostwa niejednokrotnie. Aurorzy czasem umieszczali w podobnych budynkach istotnych dla powodzenia prowadzonego dochodzenia ludzi, dla ich bezpieczeństwa rzecz jasna. Były o wiele lepiej zabezpieczone, niż ten w którym przebywali obecnie. Standard był jednak podobny.
— Trzymaj różdżkę w pogotowiu — Zasugerował szeptem swojemu towarzyszowi, jak tylko dostrzegli przykrytą kocem sylwetkę człowieka. Prawdopodobnie śpiącego. — Rozsądniej byłoby się nie rozdzielać. Jednak mogę iść na piętro — Nauczony doświadczeniem wolał mieć wsparcie i wolał nie pozostawiać Roberta bez wsparcia. Szansa, że to była pułapka wydawała się stosunkowo niewielka, ale zawsze należało mieć na uwadze taką możliwość.
— Incarcerous — Wyszeptał formułę tego zaklęcia, kierując różdżkę w stronę sylwetki na kanapie. Z jej końca wystrzeliły liny, które ciasno owinęły się wokół kostek, kolan i tułowia, a także przegubów rąk oraz szyi przykrytej kocem postaci, pozbawiając ją możliwości zaczerpnięcia powietrza. Nie przebierał w środkach, woląc nie dawać tej osobie szans na jakąkolwiek reakcję. Robert mógł odebrać życie tej osobie lub pozostawić ją na tej kanapie do czasu aż się udusi.
— Wychodzę z tego samego założenia. Niektórych spraw nie powinno pozostawiać komuś innemu — W wielu kwestiach pozostawali naprawdę zgodni, co ułatwiało im współpracę. A ta najpewniej będzie owocna, dopóki ich z jakiegoś powodu szlag nie trafi. O drugim dnie tej sprawy wiedział i nie doświadczył cienia wątpliwości odnośnie winy Jonathana i tego, że zdrajcom krwi należała się śmierć. Jak również szlamom. Gdyby to Robert zdradził Czarnego i jego zwolenników, a tym samym jego też ta zdrada miałaby osobisty wymiar. Musiałby ich zabić. Przez wzgląd na charakter ich relacji i szacunek do tego czarodzieja zrobiłby to szybko, oszczędzając mu tortur których nie uniknąłby każdy inny zdrajca.
— To dobra wiadomość — Odetchnął z ulgą. Zdawał się zawsze zakładać najgorsze. Lepiej było dać się pozytywnie zaskoczyć, niż poważnie się rozczarować. W jego karierze aurorskiej i służbie Czarnemu Panu rozczarowanie było bardziej prawdopodobne. To po prostu specyfika obu tych działalności, które starał się pogodzić ze sobą. Póki co nie musiał wybierać pomiędzy swoją karierą a służbą Lordowi Voldemortowi.
Przekroczywszy próg tego domostwa, docenił przezorność swojego Roberta i rzucone przez niego zaklęcie wygłuszające ślady ich bytności w tym budynku. Przezorny zawsze ubezpieczony. Odrobinę światła się przyda. Dzięki niemu Chester był w stanie dokładniej rozejrzeć się po tym przedsionku. Widywał takie domostwa niejednokrotnie. Aurorzy czasem umieszczali w podobnych budynkach istotnych dla powodzenia prowadzonego dochodzenia ludzi, dla ich bezpieczeństwa rzecz jasna. Były o wiele lepiej zabezpieczone, niż ten w którym przebywali obecnie. Standard był jednak podobny.
— Trzymaj różdżkę w pogotowiu — Zasugerował szeptem swojemu towarzyszowi, jak tylko dostrzegli przykrytą kocem sylwetkę człowieka. Prawdopodobnie śpiącego. — Rozsądniej byłoby się nie rozdzielać. Jednak mogę iść na piętro — Nauczony doświadczeniem wolał mieć wsparcie i wolał nie pozostawiać Roberta bez wsparcia. Szansa, że to była pułapka wydawała się stosunkowo niewielka, ale zawsze należało mieć na uwadze taką możliwość.
— Incarcerous — Wyszeptał formułę tego zaklęcia, kierując różdżkę w stronę sylwetki na kanapie. Z jej końca wystrzeliły liny, które ciasno owinęły się wokół kostek, kolan i tułowia, a także przegubów rąk oraz szyi przykrytej kocem postaci, pozbawiając ją możliwości zaczerpnięcia powietrza. Nie przebierał w środkach, woląc nie dawać tej osobie szans na jakąkolwiek reakcję. Robert mógł odebrać życie tej osobie lub pozostawić ją na tej kanapie do czasu aż się udusi.