29.08.2025, 10:47 ✶
Nie planowałem tego - nie miałem żadnego scenariusza w głowie, kiedy przekroczyłem próg. Zajęcie się oknami przyszło mi raczej bezmyślnie, odruchowo, gdy zobaczyłem stan mieszkania. Niby nigdy nie posiadałem własnego lokum, więc ciężko mi mówić, jak to jest, ale wiedziałem jedno - gdyby moje, nawet wynajęte, przetrwało pożar, a potem zalałby je zwyczajny deszcz, czułbym się jak skończony idiota. To byłoby głupie. Najpierw ogień, dym, huk, a potem… Deszcz? Śmieszne i żałosne zarazem. A przecież dało się temu zapobiec. Właśnie dlatego od razu wziąłem się do roboty - tym bardziej, że byłem tu znacząco wcześniej po to, żeby skontrolować, jak wygląda sytuacja. Nawet jeśli nie była tragiczna, to przecież zupełnie nielogiczne byłoby teraz spocząć na laurach. Spotykaliśmy się, i to, że nasz związek nie przypominał niczego logicznego, długofalowego ani standardowego, nie miało większego znaczenia. Skoro byłem jej facetem, w tej czy innej formie, miałem też swoje obowiązki, to akurat mówiło samo za siebie.
Zabezpieczyłem więc okna - nie wyglądało to pięknie, ale przynajmniej nie groziło, że pierwsza większa ulewa spłucze mieszkanie, jak starą wannę. Trochę desek, trochę plastikowej płachty, kilka pasków taśmy - improwizacja, ale działała. Potem pobieżnie starłem pył, przesunąłem jakąś doniczkę, zgarnąłem szkło, żeby nie wbijało się w buty. Byłem niedospany, trochę na rauszu, bo wczorajszy wieczór nie należał do najtrzeźwiejszych, ale efekt ostateczny wcale nie był taki zły.
Stanąłem na środku i westchnąłem ciężko. „Może być.” Stwierdziłem wewnętrznie, jakbym sam siebie chciał przekonać, że to rzeczywiście wystarczy. W innym wypadku zacząłbym kombinować dalej, a tego już nie miałem siły robić. Padłem na kanapę. Właściwie nie było to planowane - normalnie nie usnąłbym tak szybko i na pewno nie spuściłbym gardy, nie w cudzym mieszkaniu, w mieście, które wciąż pachniało dymem i emanowało strachem. Nie wiedziałem, czemu to zrobiłem. Może czułem, że akurat tutaj mogę sobie pozwolić na to luksusowe rozluźnienie, może klucz w kieszeni robił różnicę, q może byłem po prostu za bardzo zmęczony, żeby jeszcze udawać czujnego, oczy same mi się przymknęły. Ostatnie, co pamiętałem, to ciężar własnych rąk, ciemna plama kurzu na dłoni i wrażenie, że klucz wbija mi się w udo.
I wtedy poczułem, że nie jestem sam - nie było w tym żadnego gwałtownego dreszczu ani paniki. Po prostu świadomość, że powietrze w pokoju drgnęło inaczej. Nie ruszyłem się od razu, nie było powodu - zdążyłem poznać te kroki - drobne, szybkie, z lekkim przyspieszeniem, jakby ich wykonawca zawsze trochę się spieszył, a trochę potykał o własne myśli. Rozpoznałbym je wszędzie. Leżałem więc dalej, pozwalając, żeby wrażenie narastało. Powieki uchyliłem dopiero wtedy, gdy miałem pewność, że to odpowiedni moment, i rzeczywiście jest ku temu okazja. Przesunąłem się na kanapie, unosząc jedno ramię w zapraszającym geście, chociaż moje oczy wciąż pozostawały zamknięte.
- No cześć. - Mruknąłem cicho, mój głos zabrzmiał, jakby należał do kogoś innego - był trochę zachrypnięty od snu. Nie otwierałem oczu całkiem. Nie musiałem.
Zabezpieczyłem więc okna - nie wyglądało to pięknie, ale przynajmniej nie groziło, że pierwsza większa ulewa spłucze mieszkanie, jak starą wannę. Trochę desek, trochę plastikowej płachty, kilka pasków taśmy - improwizacja, ale działała. Potem pobieżnie starłem pył, przesunąłem jakąś doniczkę, zgarnąłem szkło, żeby nie wbijało się w buty. Byłem niedospany, trochę na rauszu, bo wczorajszy wieczór nie należał do najtrzeźwiejszych, ale efekt ostateczny wcale nie był taki zły.
Stanąłem na środku i westchnąłem ciężko. „Może być.” Stwierdziłem wewnętrznie, jakbym sam siebie chciał przekonać, że to rzeczywiście wystarczy. W innym wypadku zacząłbym kombinować dalej, a tego już nie miałem siły robić. Padłem na kanapę. Właściwie nie było to planowane - normalnie nie usnąłbym tak szybko i na pewno nie spuściłbym gardy, nie w cudzym mieszkaniu, w mieście, które wciąż pachniało dymem i emanowało strachem. Nie wiedziałem, czemu to zrobiłem. Może czułem, że akurat tutaj mogę sobie pozwolić na to luksusowe rozluźnienie, może klucz w kieszeni robił różnicę, q może byłem po prostu za bardzo zmęczony, żeby jeszcze udawać czujnego, oczy same mi się przymknęły. Ostatnie, co pamiętałem, to ciężar własnych rąk, ciemna plama kurzu na dłoni i wrażenie, że klucz wbija mi się w udo.
I wtedy poczułem, że nie jestem sam - nie było w tym żadnego gwałtownego dreszczu ani paniki. Po prostu świadomość, że powietrze w pokoju drgnęło inaczej. Nie ruszyłem się od razu, nie było powodu - zdążyłem poznać te kroki - drobne, szybkie, z lekkim przyspieszeniem, jakby ich wykonawca zawsze trochę się spieszył, a trochę potykał o własne myśli. Rozpoznałbym je wszędzie. Leżałem więc dalej, pozwalając, żeby wrażenie narastało. Powieki uchyliłem dopiero wtedy, gdy miałem pewność, że to odpowiedni moment, i rzeczywiście jest ku temu okazja. Przesunąłem się na kanapie, unosząc jedno ramię w zapraszającym geście, chociaż moje oczy wciąż pozostawały zamknięte.
- No cześć. - Mruknąłem cicho, mój głos zabrzmiał, jakby należał do kogoś innego - był trochę zachrypnięty od snu. Nie otwierałem oczu całkiem. Nie musiałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)