29.08.2025, 19:07 ✶
Chaos, jaki tej nocy ogarnął Londyn nie przypominał niczego, z czym kiedykolwiek miał okazję się mierzyć. Żadne z dotychczasowych klęsk żywiołowych, ataków terrorystycznych, plag chorobowych, wydarzeń masowych czy jakichkolwiek innych sytuacji nie rysowały się tak tragicznie jak ten jeden wieczór. A przecież nic nie zwiastowało tego, co rozpętało się w przeciągu zaledwie kilku chwil. Wystarczyło niespełna parę godzin, aby ulice stolicy stały się jednym wielkim labiryntem wypełnionym ogniem i spanikowanym i ludźmi.
Mogłoby zdawać się, że w okolicach północy ktokolwiek z sił porządkowych podejmie jakiekolwiek skutecznie zakończone próby zapanowania nad sytuacją. Owszem, Ambroise nie mógł już dłużej żywić wątpliwości, czy Ministerstwo w ogóle posłało swoich ludzi w teren. Zaledwie kilkanaście minut wcześniej był bowiem świadkiem gaszenia pożaru jednej z kamienic przez młodą brygadzistkę. Tyle tylko, że po całkiem udanej akcji, niemal sama skończyła fatalnie, stratowana przez tłum ludzi, nad których ewakuacją nikt nie panował. Traf chciał, że wyczołgała się spod butów pogorzelców, a on był na miejscu, aby pomóc jej z doznanymi obrażeniami, ale...
...no właśnie. O tej godzinie tłum na ulicach powinien być już mniejszy, bardziej kontrolowany. Jeśli jednak ktokolwiek podejmował wysiłki związane z odsyłaniem ludzi z Londynu, były one dosyć marne. Mogłoby się bowiem zdawać, że tłok wcale nie malał. Nie rósł już aż tak bardzo jak na początku nocy, gdy kolejni czarodzieje w popłochu opuszczali kamienice, ale przeciskanie się do przodu wciąż nie należało do zbyt łatwych zadań.
Nawet on miał problem z poruszaniem się w mrowiu ludzi, a przecież nie należał do najmniejszych i najbardziej chuchrowatych osób. Wielogodzinne przebywanie w dymie, wdychanie popiołu i walka z wszechobecym gorącem znacząco nadwyrężyła jego siły. Był też zdecydowanie bardziej rozstrojony, rozproszony, czując się coraz bardziej tak, jakby ktoś nałożył mu wiadro na głowę, na której miał tylko kaptur i chustkę, którą zasłaniał dolną połowę twarzy, by ograniczyć wdychanie oparów. Dostatecznie nawciągał się tego syfu z początkiem wieczoru.
Mimo to, pomimo swojego znacznie gorszego stanu skupienia, nie potrzebował zbyt wiele czasu, aby zwrócić uwagę na nagłe wrzaski ze strony jednego ze stojących niedaleko czarodziejów, moment później dochodząc do tego, ku komu były skierowane. Roselyn. Powinno momentalnie ulżyć mu na jej widok, jednak w tym momencie nie mógł pozwolić sobie na przypływ szczęścia. Nie w tej sytuacji. Zamiast tego przyspieszył kroku, teraz już dosłownie przepychając się do przodu. Niemal fizycznie czuł, jak się w nim gotuje. To nie było już tylko zewnętrzne gorąco. Teraz poczuł również wewnętrzną falę narastającej frustracji.
- Hej - w tym momencie z jego ust zdecydowanie powinno wydostać się warknięcie, jednak przez spieczone, obolałe gardło zamiast tego wydostało się coś w rodzaju głośnego szczeknięcia. - Odpierdol się - potrzebował jeszcze zaledwie kawałek, kilka metrów, mijając ostatnie osoby i odruchowo zaciskając dłonie w pięść.
Nie zamierzał czekać na odpowiedź, tolerował wyłącznie jedną możliwą reakcję, jaką było spierdolenie w podskokach. W innym razie nie zamierzał ostrzegać ponownie. Nie, bo chodziło o coś, co miało dla niego znaczenie. To nie było jego dobre imię, nie było to jego bezpieczeństwo. W tym wypadku nie zamierzał tolerować słownych przepychanek. Zresztą nie zwykł bawić się w półśrodki. Ten wieczór był zupełnie inny niż wszystkie, ale to nie uległo zmianie.
Korzystam ze statystyki Aktywność Fizyczna (◉◉◉○○) - skracam sobie drogę, przepychając się przez skupiska ludzi.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) (obniżona koncentracja, chaotyczne myśli, rozedrganie emocjonalne, etc.) po wydarzeniach z początku pożaru.
Mogłoby zdawać się, że w okolicach północy ktokolwiek z sił porządkowych podejmie jakiekolwiek skutecznie zakończone próby zapanowania nad sytuacją. Owszem, Ambroise nie mógł już dłużej żywić wątpliwości, czy Ministerstwo w ogóle posłało swoich ludzi w teren. Zaledwie kilkanaście minut wcześniej był bowiem świadkiem gaszenia pożaru jednej z kamienic przez młodą brygadzistkę. Tyle tylko, że po całkiem udanej akcji, niemal sama skończyła fatalnie, stratowana przez tłum ludzi, nad których ewakuacją nikt nie panował. Traf chciał, że wyczołgała się spod butów pogorzelców, a on był na miejscu, aby pomóc jej z doznanymi obrażeniami, ale...
...no właśnie. O tej godzinie tłum na ulicach powinien być już mniejszy, bardziej kontrolowany. Jeśli jednak ktokolwiek podejmował wysiłki związane z odsyłaniem ludzi z Londynu, były one dosyć marne. Mogłoby się bowiem zdawać, że tłok wcale nie malał. Nie rósł już aż tak bardzo jak na początku nocy, gdy kolejni czarodzieje w popłochu opuszczali kamienice, ale przeciskanie się do przodu wciąż nie należało do zbyt łatwych zadań.
Nawet on miał problem z poruszaniem się w mrowiu ludzi, a przecież nie należał do najmniejszych i najbardziej chuchrowatych osób. Wielogodzinne przebywanie w dymie, wdychanie popiołu i walka z wszechobecym gorącem znacząco nadwyrężyła jego siły. Był też zdecydowanie bardziej rozstrojony, rozproszony, czując się coraz bardziej tak, jakby ktoś nałożył mu wiadro na głowę, na której miał tylko kaptur i chustkę, którą zasłaniał dolną połowę twarzy, by ograniczyć wdychanie oparów. Dostatecznie nawciągał się tego syfu z początkiem wieczoru.
Mimo to, pomimo swojego znacznie gorszego stanu skupienia, nie potrzebował zbyt wiele czasu, aby zwrócić uwagę na nagłe wrzaski ze strony jednego ze stojących niedaleko czarodziejów, moment później dochodząc do tego, ku komu były skierowane. Roselyn. Powinno momentalnie ulżyć mu na jej widok, jednak w tym momencie nie mógł pozwolić sobie na przypływ szczęścia. Nie w tej sytuacji. Zamiast tego przyspieszył kroku, teraz już dosłownie przepychając się do przodu. Niemal fizycznie czuł, jak się w nim gotuje. To nie było już tylko zewnętrzne gorąco. Teraz poczuł również wewnętrzną falę narastającej frustracji.
- Hej - w tym momencie z jego ust zdecydowanie powinno wydostać się warknięcie, jednak przez spieczone, obolałe gardło zamiast tego wydostało się coś w rodzaju głośnego szczeknięcia. - Odpierdol się - potrzebował jeszcze zaledwie kawałek, kilka metrów, mijając ostatnie osoby i odruchowo zaciskając dłonie w pięść.
Nie zamierzał czekać na odpowiedź, tolerował wyłącznie jedną możliwą reakcję, jaką było spierdolenie w podskokach. W innym razie nie zamierzał ostrzegać ponownie. Nie, bo chodziło o coś, co miało dla niego znaczenie. To nie było jego dobre imię, nie było to jego bezpieczeństwo. W tym wypadku nie zamierzał tolerować słownych przepychanek. Zresztą nie zwykł bawić się w półśrodki. Ten wieczór był zupełnie inny niż wszystkie, ale to nie uległo zmianie.
Korzystam ze statystyki Aktywność Fizyczna (◉◉◉○○) - skracam sobie drogę, przepychając się przez skupiska ludzi.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) (obniżona koncentracja, chaotyczne myśli, rozedrganie emocjonalne, etc.) po wydarzeniach z początku pożaru.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down