29.08.2025, 21:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2025, 21:59 przez Elliott Malfoy.)
Wydawało mu się, że wszyscy prawnicy dzielili tę samą cechę - pogoń za sprawiedliwością. Różniły ich charaktery, cele i kompasy moralne, więc to, co uważali za 'fair' bywało różnie postrzegane, ale w ostatecznym rozrachunku silna potrzeba rozdzielenia 'po równo' była mocno kojarzona z legalnymi profesjami; Elliott nie mógł zrozumieć jakim cudem jego matka, jako radca prawny, nie potrafiła poświęcić mu tyle samo uwagi ile dawała Eden, ale może waśnie z tego powodu kobieta zdecydowała się nie praktykować, a być błyszczącą ozdobą Fortinbrasa.
- Ślub, tak? Gratulację, ja swój pamiętam jakby był wczoraj, moja żona jest z Grecji, piliśmy cały weekend, cała rodzina się zjechała. Zapakuję, skoro wszystko się zgadza - rozmarzył się sprzedawca, słysząc wpierw od Elliotta, a potem Roberta o nadchodzącej uroczystości.
- Już w ogóle? A co jak jakiś lepszy, nowszy model wyjdzie w następnym sezonie? - zapytał przekornie, co spotkało się również z krótkim śmiechem ze strony właściciela sklepu - Daj spokój, kupisz mi coś. Cokolwiek, ale jak nadarzy się okazja. Nie chcę, aby była to wymiana waluty, po to mogę iść do kantoru. To jest prezent który chcesz, który ma cię cieszyć. Nie wiem co by mnie ucieszyło w takim samym stopniu, ale na pewno kiedyś się znajdzie. Znam prawnicze skrzywienie zawodowe zbyt dobrze, więc nie będę się bawił w odmowę - widok radości na twarzach bliskich osób było dla niego wystarczającą 'zapłatą'. Nie przykładał uwagi do wartości pieniądza; hojność nabyta podczas lat spędzonych z dziadkiem wypełniała pustkę, ozdabiała czerń wewnętrznej apatii gwiazdozbiorem cudzych uśmiechów.
Postanowił wypisać czek, co wydawało się w kontekście kwoty jak i lokalizacji najlepszą oraz najsprawniejszą metodą płatności. Skupiony dotychczas na zapakowwywaniu zakupionego przedmiotu właściciel, dopiero po chwili sięgnął po zapisany kawałek pergaminu, jego ciemnobrązowe oczy nie wyrażały zbyt wiele, choć skupił je na wypisanych liczbach zbyt długo.
Elliott spojrzał na Roberta znacząco, chcąc przekazać kuzynowi swoje zdziwienie nagłą ciszą ze strony Włocha.
- Coś nie tak ? - miękkość słów nie zgrywała się z ostrością tonu podszewki pytania. Elliott nie był w nastroju na wykłócanie się o prawdziwość podpisanego dokumentu.
- No, no, wszystko w porządku - zaprzeczył starszy mężczyzna, energicznie machając dłonią - Znam Pana nazwisko - odparł, wahając się czy powinien kontynuować. Po twarzy Elliotta nie przebiegła żadna emocja, nie był pewien czego spodziewać się w dalszej części wypowiedzi - Znałem pańskiego dziadka, niesamowity człowiek, bardzo hojny, widzę, że to rodzinna cecha. Proszę przekazać mu moje najserdeczniejsze pozdrowienia.
Rodzinna cecha, pomyślał Malfoy z nieograniczoną dozą jadu - jego mieli w rodzinie pod dostatkiem.
Chęć wydostania się z małego pomieszczenia, którego metraż zmniejszyły przygniatające emocje przyniesione przez niepozorną wypowiedź właściciela, pozwoliła Elliottowi otworzyć usta nim zrobił to jego kuzyn. Nie potrzebował czuć, mógł ukrywać się w nieskończoność, wychodzić z pomieszczeń i obdarowywać innych tym, czego oczekiwali. Wtedy nikt nie zwracał uwagi na to, co faktycznie działo się w jego wnętrzu, jak zacięcie odpychał każdą możliwość wypuszczenia na światło dzienne obrzydliwych słabości.
- Zawsze miło słyszeć, że dziadek zjednywał sobie ludzi w każdym zakątku świata. Na pewno przekażę. Dziękuję - uśmiechnął się, choć jego kompan mógł z łatwością stwierdzić, iż wyraz twarzy nie odzwierciedlał niczego innego, jak wymuszoną grzeczność. Nie trzeba było mieć polityka za ojca, aby dostrzegać sztuczność cudzych uśmiechów, ale definitywnie taki się przydawał, jeżeli miało się do czynienia z osobą nakładającą maski całe swoje życie; Robert i Elliott mieli ze sobą wiele wspólnego, mimo dzielących ich cech.
Przedwczesna śmierć Septimusa Malfoya odbiła się na Elliocie bardzo mocno, ale nie zamierzał dzielić się swoim życiem wewnętrznym z przypadkowo napotkanym właścicielem sklepu sportowego w Milanie. Opuścili sklep w dobrej atmosferze i dopiero powiew miejskiego powietrza zsunął z twarzy blondyna wysublimowany uśmiech pozytywnego zakłamania.
- Co powiesz na obiad? Aperitivo? Cokolwiek, co ma w sobie alkohol? - zaproponował, licząc, że Crouch zrozumie przekaz. Garnitur był ich priorytetem, ale po to przyjechali tu dłużej niż na jeden dzień, jakby poszukiwania nie okazały się owocne w pierwszych paru godzinach.
Pomimo wewnętrznego sprzeciwu, potrzebował wsparcia emocjonalnego. Nie był pewien czy powinien po nie sięgać, ale potrzeba kontroli nad sytuacją nie pozwalała czekać, aż ktoś rzuci w jego stronę koło ratunkowe; lęk przed premedytacyjnym odrzuceniem pomocnej dłoni, wypalonym w zmysłach nawyku. Tak bardzo nie miał siły na własne myśli, że chwilowe odurzenie zmysłów wydawało się jedyną opcją.
- Ślub, tak? Gratulację, ja swój pamiętam jakby był wczoraj, moja żona jest z Grecji, piliśmy cały weekend, cała rodzina się zjechała. Zapakuję, skoro wszystko się zgadza - rozmarzył się sprzedawca, słysząc wpierw od Elliotta, a potem Roberta o nadchodzącej uroczystości.
- Już w ogóle? A co jak jakiś lepszy, nowszy model wyjdzie w następnym sezonie? - zapytał przekornie, co spotkało się również z krótkim śmiechem ze strony właściciela sklepu - Daj spokój, kupisz mi coś. Cokolwiek, ale jak nadarzy się okazja. Nie chcę, aby była to wymiana waluty, po to mogę iść do kantoru. To jest prezent który chcesz, który ma cię cieszyć. Nie wiem co by mnie ucieszyło w takim samym stopniu, ale na pewno kiedyś się znajdzie. Znam prawnicze skrzywienie zawodowe zbyt dobrze, więc nie będę się bawił w odmowę - widok radości na twarzach bliskich osób było dla niego wystarczającą 'zapłatą'. Nie przykładał uwagi do wartości pieniądza; hojność nabyta podczas lat spędzonych z dziadkiem wypełniała pustkę, ozdabiała czerń wewnętrznej apatii gwiazdozbiorem cudzych uśmiechów.
Postanowił wypisać czek, co wydawało się w kontekście kwoty jak i lokalizacji najlepszą oraz najsprawniejszą metodą płatności. Skupiony dotychczas na zapakowwywaniu zakupionego przedmiotu właściciel, dopiero po chwili sięgnął po zapisany kawałek pergaminu, jego ciemnobrązowe oczy nie wyrażały zbyt wiele, choć skupił je na wypisanych liczbach zbyt długo.
Elliott spojrzał na Roberta znacząco, chcąc przekazać kuzynowi swoje zdziwienie nagłą ciszą ze strony Włocha.
- Coś nie tak ? - miękkość słów nie zgrywała się z ostrością tonu podszewki pytania. Elliott nie był w nastroju na wykłócanie się o prawdziwość podpisanego dokumentu.
- No, no, wszystko w porządku - zaprzeczył starszy mężczyzna, energicznie machając dłonią - Znam Pana nazwisko - odparł, wahając się czy powinien kontynuować. Po twarzy Elliotta nie przebiegła żadna emocja, nie był pewien czego spodziewać się w dalszej części wypowiedzi - Znałem pańskiego dziadka, niesamowity człowiek, bardzo hojny, widzę, że to rodzinna cecha. Proszę przekazać mu moje najserdeczniejsze pozdrowienia.
Rodzinna cecha, pomyślał Malfoy z nieograniczoną dozą jadu - jego mieli w rodzinie pod dostatkiem.
Chęć wydostania się z małego pomieszczenia, którego metraż zmniejszyły przygniatające emocje przyniesione przez niepozorną wypowiedź właściciela, pozwoliła Elliottowi otworzyć usta nim zrobił to jego kuzyn. Nie potrzebował czuć, mógł ukrywać się w nieskończoność, wychodzić z pomieszczeń i obdarowywać innych tym, czego oczekiwali. Wtedy nikt nie zwracał uwagi na to, co faktycznie działo się w jego wnętrzu, jak zacięcie odpychał każdą możliwość wypuszczenia na światło dzienne obrzydliwych słabości.
- Zawsze miło słyszeć, że dziadek zjednywał sobie ludzi w każdym zakątku świata. Na pewno przekażę. Dziękuję - uśmiechnął się, choć jego kompan mógł z łatwością stwierdzić, iż wyraz twarzy nie odzwierciedlał niczego innego, jak wymuszoną grzeczność. Nie trzeba było mieć polityka za ojca, aby dostrzegać sztuczność cudzych uśmiechów, ale definitywnie taki się przydawał, jeżeli miało się do czynienia z osobą nakładającą maski całe swoje życie; Robert i Elliott mieli ze sobą wiele wspólnego, mimo dzielących ich cech.
Przedwczesna śmierć Septimusa Malfoya odbiła się na Elliocie bardzo mocno, ale nie zamierzał dzielić się swoim życiem wewnętrznym z przypadkowo napotkanym właścicielem sklepu sportowego w Milanie. Opuścili sklep w dobrej atmosferze i dopiero powiew miejskiego powietrza zsunął z twarzy blondyna wysublimowany uśmiech pozytywnego zakłamania.
- Co powiesz na obiad? Aperitivo? Cokolwiek, co ma w sobie alkohol? - zaproponował, licząc, że Crouch zrozumie przekaz. Garnitur był ich priorytetem, ale po to przyjechali tu dłużej niż na jeden dzień, jakby poszukiwania nie okazały się owocne w pierwszych paru godzinach.
Pomimo wewnętrznego sprzeciwu, potrzebował wsparcia emocjonalnego. Nie był pewien czy powinien po nie sięgać, ale potrzeba kontroli nad sytuacją nie pozwalała czekać, aż ktoś rzuci w jego stronę koło ratunkowe; lęk przed premedytacyjnym odrzuceniem pomocnej dłoni, wypalonym w zmysłach nawyku. Tak bardzo nie miał siły na własne myśli, że chwilowe odurzenie zmysłów wydawało się jedyną opcją.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦