30.08.2025, 10:21 ✶
Z Aaronem A. Moody’m - wciąż na balkonie (suprise suprise)
Było coś w jego spojrzeniu, co łamało ludzi. Coś co sprawiało, że czułeś się obnażony ze wszelkich grzechów i przewinień.
Co znalazł w lekko drżących od wręcz dziewczęcego rozbawienia, kącikach ust, intensywnie barwionych jej ulubioną czerwienią? Czarne pudełeczko ze szminką, zdobione logiem Diora zapewne spoczywało bezpiecznie w kopertówce na kolanach. Podobnie zresztą jak dwukierunkowe lusterko, które wrzuciła od niechcenia “bo przecież nigdy nie można być zbyt ostrożnym”, jakaś maleńka fiolka eliksiru uspokajającego, różdżka i książeczka czekowa, aby uraczyć teatr sowitym datkiem.
Złapała go spojrzeniem. Złapała i nie wypuściła póki nie musiała, bo jakkolwiek onieśmielające i kruszejące mury było spojrzenie Aarona, tak i ona nie pozostawała dłużna. Mówiło się, że w oczach sędzi Mulciber można było dostrzec swój los. Nie chodziło tu jednak o jakieś pierdolenie wróżbitów, ale o wyrok - im cięższy, dłuższy, tym głębszy i piękniejszy stawał się kobalt jej tęczówek. Dziś Aaron mógł wyczytać z nich dożywocie.
- Podzielam Pana osąd, panie Moody. Jak to dobrze, że ktoś zalecił Panu włożenie dziś munduru galowego. Myślę, że powinien Pan na jego dłonie złożyć szczere podziękowania.
Prześlizgnęła palcami po srebrnych zapięciach marynarki, jej surowych w prostocie wykonania szwach. Paznokciem podważyła wpiętą weń żeliwną, choć misternie wykonaną broszkę do spięcia szaty wierzchniej z mundurem. Przypominała jej o kiermaszu w Lammas, gdzie zresztą ją kupiła. Cóż. Przy mundurze prezentowała się znacznie lepiej niż przy golfie, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
Nie wyciągnęła dłoni po spinkę, ale zdjęła z dłoni rękawiczki. Zwykle zdobione drogimi pierścieniami dłonie dziś pozostawały dziwnie nagie. Ułożyła sobie dementorka na kolanach, pomagając mu rozprostować płaszczyk i uspokoić się po wybudzeniu ze snu.
Jej spojrzenie nadal błądziło jednak po sylwetce aurora, gdy schylił się, żeby podnieść zgubę. Westchnęła cicho żegnając się na kolejne parę godzin ze złotą ozdobą. Nie szkodzi. Odzyska ją później. Ją i nie tylko to.
- Wiem. Ale ojciec zawsze powtarzał, że stare psy uczą się nowych sztuczek najszybciej, gdy mają swoją nagrodę blisko… W zasięgu wzroku i zębisk.- Powiedziała, zniżając głos do tak niewinnego szeptu, jakby naprawdę mówiła o ulubionych wyżłach Philipa Croucha. Któreś rzeczywiście powinno zachować samokontrolę, szkoda, że to drugie wcale nie planowało tego ułatwić.
Dementorek wreszcie przestał się boczyć na cały świat. Chyba nawet rozważał samotną podróż w nieznane, ale tak szybko jak odleciał kawałek, tak szybko wrócił. Sala była zbyt jasna, pełna ludzi i straszna. Więc zamiast tego, wtulił się w szyję opiekunki, patrząc na Moody’ego… wręcz wyzywająco. O ile można powiedzieć, że te małe chochliki mogły na cokolwiek patrzeć. Lorien nie drgnęła nawet, gdy ostre, kościste pazurki wbiły się w jej skórę. To był jej świat. Tak bliski, a tak daleki socjecie, której przecież była częścią.
Czym tak naprawdę różniła się Lorien Mulciber obleczona w drogi materiał sukni wieczorowej siedząca pod firmamentem z kwiatów i gwiazd nad głową, od tej w szatach sędziowskich skrytej w cieniu sal Wizengmotu i tej w o wiele za dużej flanelowej koszuli w kratę mieszającej różdżką w kubku z kawą o drugiej nocy?
Wszystkim. A może kompletnie niczym.
Było coś w jego spojrzeniu, co łamało ludzi. Coś co sprawiało, że czułeś się obnażony ze wszelkich grzechów i przewinień.
Co znalazł w lekko drżących od wręcz dziewczęcego rozbawienia, kącikach ust, intensywnie barwionych jej ulubioną czerwienią? Czarne pudełeczko ze szminką, zdobione logiem Diora zapewne spoczywało bezpiecznie w kopertówce na kolanach. Podobnie zresztą jak dwukierunkowe lusterko, które wrzuciła od niechcenia “bo przecież nigdy nie można być zbyt ostrożnym”, jakaś maleńka fiolka eliksiru uspokajającego, różdżka i książeczka czekowa, aby uraczyć teatr sowitym datkiem.
Złapała go spojrzeniem. Złapała i nie wypuściła póki nie musiała, bo jakkolwiek onieśmielające i kruszejące mury było spojrzenie Aarona, tak i ona nie pozostawała dłużna. Mówiło się, że w oczach sędzi Mulciber można było dostrzec swój los. Nie chodziło tu jednak o jakieś pierdolenie wróżbitów, ale o wyrok - im cięższy, dłuższy, tym głębszy i piękniejszy stawał się kobalt jej tęczówek. Dziś Aaron mógł wyczytać z nich dożywocie.
- Podzielam Pana osąd, panie Moody. Jak to dobrze, że ktoś zalecił Panu włożenie dziś munduru galowego. Myślę, że powinien Pan na jego dłonie złożyć szczere podziękowania.
Prześlizgnęła palcami po srebrnych zapięciach marynarki, jej surowych w prostocie wykonania szwach. Paznokciem podważyła wpiętą weń żeliwną, choć misternie wykonaną broszkę do spięcia szaty wierzchniej z mundurem. Przypominała jej o kiermaszu w Lammas, gdzie zresztą ją kupiła. Cóż. Przy mundurze prezentowała się znacznie lepiej niż przy golfie, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
Nie wyciągnęła dłoni po spinkę, ale zdjęła z dłoni rękawiczki. Zwykle zdobione drogimi pierścieniami dłonie dziś pozostawały dziwnie nagie. Ułożyła sobie dementorka na kolanach, pomagając mu rozprostować płaszczyk i uspokoić się po wybudzeniu ze snu.
Jej spojrzenie nadal błądziło jednak po sylwetce aurora, gdy schylił się, żeby podnieść zgubę. Westchnęła cicho żegnając się na kolejne parę godzin ze złotą ozdobą. Nie szkodzi. Odzyska ją później. Ją i nie tylko to.
- Wiem. Ale ojciec zawsze powtarzał, że stare psy uczą się nowych sztuczek najszybciej, gdy mają swoją nagrodę blisko… W zasięgu wzroku i zębisk.- Powiedziała, zniżając głos do tak niewinnego szeptu, jakby naprawdę mówiła o ulubionych wyżłach Philipa Croucha. Któreś rzeczywiście powinno zachować samokontrolę, szkoda, że to drugie wcale nie planowało tego ułatwić.
Dementorek wreszcie przestał się boczyć na cały świat. Chyba nawet rozważał samotną podróż w nieznane, ale tak szybko jak odleciał kawałek, tak szybko wrócił. Sala była zbyt jasna, pełna ludzi i straszna. Więc zamiast tego, wtulił się w szyję opiekunki, patrząc na Moody’ego… wręcz wyzywająco. O ile można powiedzieć, że te małe chochliki mogły na cokolwiek patrzeć. Lorien nie drgnęła nawet, gdy ostre, kościste pazurki wbiły się w jej skórę. To był jej świat. Tak bliski, a tak daleki socjecie, której przecież była częścią.
Czym tak naprawdę różniła się Lorien Mulciber obleczona w drogi materiał sukni wieczorowej siedząca pod firmamentem z kwiatów i gwiazd nad głową, od tej w szatach sędziowskich skrytej w cieniu sal Wizengmotu i tej w o wiele za dużej flanelowej koszuli w kratę mieszającej różdżką w kubku z kawą o drugiej nocy?
Wszystkim. A może kompletnie niczym.