01.09.2025, 11:25 ✶
Kilka dni temu… czy mogło tak być, że był to właśnie ten wieczór, gdy ich ścieżki na nowo się przecięły? Jej śmierć, jego śmierć… jeśli nawet było to kłamstwo — co zdawało mu się nader prawdopodobne — to podobało mu się, i wolał je od brutalnej prawdy, w której najpewniej młódka ciągnęła go za nos, wymuszając ciekawością trwanie przy życiu, aby mógł wysłuchać jej historii. Mogła mu tak kłamać. To było miłe. Miło było jednak żyć, gdy była obok, choć mogło dotyczyć to wrażenie, tylko jednego wieczoru.
Z drugiej strony… Może jednak umarł, a Anioł Śmierci, który po niego przyszedł, postanowił posiedzieć z nim kapkę dłużej? Czy gdy podszedł do okna, widział swój zdewastowany ogród? Może był tu uwięziony, może ten spalony salon to było jego niebo, może to było jego piekło, czyściec, w którym musiał spędzić wieczność, rozmawiając z tą, która przyjęła twarz dawno uratowanej przez niego istoty?
Ta wizja, ta myśl, nie brzmiała tak źle, jak mogłaby brzmieć. Jej słowa. Jej zapach. I krew, którą wciąż czuł w ustach, nie była najgorsza. Tylko ta książka. Jedna na całą wieczność. To mogłoby mu się znudzić.
– Zero dyskrecji. – Powtórzył za nią, z rozmysłem przeciągając zgłoski, nieco wygodniej układając nogi na brudnej podłodze – Zero ogłady. Zero jakiejś przyzwoitości. Cóż, to rzeczywiście brzmi jak ja! Absolutnie, gdybym miał jakkolwiek się opisać osobie postronnej, użyłbym tych właśnie trzech swoich największych przymiotów. – Ironizował, drażnił się z nią, po czym bezczelnie przechylił głowę, tak by złożyć ją na damskich udach i z tej pozycji obserwować śliczną twarz. Zero przyzwoitości zobowiązywało. – Wysoki sądzie, jestem niewinny. Przyznaję się do spożywania z trzech istot magicznych, przy czym dwie były absolutnie skłonne do zaoferowania mi posiłku, a jedna nie ma prawa o nim pamiętać, ażeby to komukolwiek zgłosić. – Językiem przejechał po zębach w zamyśleniu, a tak naprawdę przeciął go kłem, aby ból nie pozwolił mu się zapaść we wspomnienia tamtego przedświtu. Nie musiał o nim myśleć, nie chciał, teraz kiedy był z nią. Nie chciał, ale też trochę nie miał wyjścia…
– Kazał mi wyjechać z Londynu i ja się na to zgodziłem i wyjechałem. Musiałbym… musiałbym z nim porozmawiać, żeby jakoś… – westchnął, odwracając głowę w stronę sufitu, momentalnie czując, że musi wyjechać, bo patrząc na ten sufit, po prostu oszaleje. Zarobi trochę pieniędzy i zrówna ten dom z ziemią. To brzmiało jak plan. Poza tym… jakoś trzeba było sprawdzić teorię życia po śmierci. W sensie… sprawdzić, czy to nie jest właśnie jakiś jego wariant.. – … żeby jakoś załagodzić sprawę na tyle, by nie dostał ataku paniki na mój widok na ulicy, albo widok mój i któregoś z jego powiedzmy chrześniaków czy przyjaciół.
Z drugiej strony… Może jednak umarł, a Anioł Śmierci, który po niego przyszedł, postanowił posiedzieć z nim kapkę dłużej? Czy gdy podszedł do okna, widział swój zdewastowany ogród? Może był tu uwięziony, może ten spalony salon to było jego niebo, może to było jego piekło, czyściec, w którym musiał spędzić wieczność, rozmawiając z tą, która przyjęła twarz dawno uratowanej przez niego istoty?
Ta wizja, ta myśl, nie brzmiała tak źle, jak mogłaby brzmieć. Jej słowa. Jej zapach. I krew, którą wciąż czuł w ustach, nie była najgorsza. Tylko ta książka. Jedna na całą wieczność. To mogłoby mu się znudzić.
– Zero dyskrecji. – Powtórzył za nią, z rozmysłem przeciągając zgłoski, nieco wygodniej układając nogi na brudnej podłodze – Zero ogłady. Zero jakiejś przyzwoitości. Cóż, to rzeczywiście brzmi jak ja! Absolutnie, gdybym miał jakkolwiek się opisać osobie postronnej, użyłbym tych właśnie trzech swoich największych przymiotów. – Ironizował, drażnił się z nią, po czym bezczelnie przechylił głowę, tak by złożyć ją na damskich udach i z tej pozycji obserwować śliczną twarz. Zero przyzwoitości zobowiązywało. – Wysoki sądzie, jestem niewinny. Przyznaję się do spożywania z trzech istot magicznych, przy czym dwie były absolutnie skłonne do zaoferowania mi posiłku, a jedna nie ma prawa o nim pamiętać, ażeby to komukolwiek zgłosić. – Językiem przejechał po zębach w zamyśleniu, a tak naprawdę przeciął go kłem, aby ból nie pozwolił mu się zapaść we wspomnienia tamtego przedświtu. Nie musiał o nim myśleć, nie chciał, teraz kiedy był z nią. Nie chciał, ale też trochę nie miał wyjścia…
– Kazał mi wyjechać z Londynu i ja się na to zgodziłem i wyjechałem. Musiałbym… musiałbym z nim porozmawiać, żeby jakoś… – westchnął, odwracając głowę w stronę sufitu, momentalnie czując, że musi wyjechać, bo patrząc na ten sufit, po prostu oszaleje. Zarobi trochę pieniędzy i zrówna ten dom z ziemią. To brzmiało jak plan. Poza tym… jakoś trzeba było sprawdzić teorię życia po śmierci. W sensie… sprawdzić, czy to nie jest właśnie jakiś jego wariant.. – … żeby jakoś załagodzić sprawę na tyle, by nie dostał ataku paniki na mój widok na ulicy, albo widok mój i któregoś z jego powiedzmy chrześniaków czy przyjaciół.