01.09.2025, 12:38 ✶
Z dużym prawdopodobieństwem to on powinien być pierwszą osobą, która wysłałaby list do Gerarda Yaxleya. Po prawdzie mówiąc, gdyby całkowicie trzymał się konwenansów, powinien był postąpić dokładnie tak jak to zamierzał zrobić przed laty i już wiele tygodni wcześniej odwiedzić jego potencjalnego teścia. Dwa lata wcześniej faktycznie byli zresztą umówieni na rozmowę, bo Roise zamierzał trzymać się etykiety, nawet jeśli ostatecznie i tak zamierzał zrobić to, co chciał uczynić, niezależnie od przebiegu tamtego spotkania. Mimo to, chciał postąpić elegancko. I na co mu to było? Jak mi to wyszło?
No właśnie. Do wizyty nie doszło. Życie miało zupełnie inne plany, los ostatecznie także pchnął ich na znacznie bardziej skomplikowaną ścieżkę. Teraz nie stał tu już sam. Nie on napisał prośbę o spotkanie ani nie zamierzał pytać o zgodę na coś, co już się wydarzyło. To nie było standardowe postępowanie, ale mimo to czuł się całkiem pewnie. Ich sytuacja była bardziej skomplikowana niż mogliby przewidzieć na początku tego tygodnia, ale jednocześnie malowała się całkowicie jasno. Musieli ją jeszcze tylko odpowiednio przedstawić pozostałym zainteresowanym.
Niespecjalnie się tym jednak stresował. Mimo bycia raczej dosyć mocno prywatną osobą, niezbyt chętnie dzielącą się szczegółami z życia uznawanymi przez niego za w jakikolwiek sposób intymne, Ambroise uważał się raczej za kogoś, kto umie odpowiadać na trudne pytania. Przez lata nauczył się zresztą nie oczekiwać cudów. Zarówno w domu rodzinnym, jak i w pracy miał okazję poruszać najdziwniejsze, najbardziej absurdalne tematy. Ten nie był aż tak oryginalny.
- Doskonale - odpowiedział zanim znaleźli się we wnętrzu budynku.
Kiwnął głową na powitanie w kierunku skrzatki, odwzajemniając uścisk dłoni narzeczonej, na której rękę spojrzał przelotnie, zanim ruszyli dalej wgłąb domu. Wiedział, w którą stronę należy iść, gdy tylko Triss powiedziała im, dokąd powinni się udać. Być może nie znał wszystkich miejsc w dosyć sporej rezydencji przyszłych teściów, ale w tym konkretnym bywał wcześniej naprawdę wiele razy. Paradoksalnie, nawet znacznie częściej niż kiedykolwiek mógłby przewidywać zaczynając pracę dla Yaxleyów.
Z początku bywał tu wyłącznie formalnie, nawet jeśli nie w gabinetach i w miejscach typowych dla interakcji biznesowych, bowiem praca uzdrowiciela wymagała od niego raczej poznawania domostw od zaplecza. Prywatnych pokojów i sypialni, nie salonów czy bibliotek. Później paradoksalnie wcale nie zmienił nawyków aż tak bardzo, wyłącznie dodając kilka nowych doświadczeń. Za każdym razem dosyć intensywnych, szczególnie gdy zostawali na dłużej niż kilka godzin. Wcześniej raczej odmawiał jedzenia obiadów czy kolacji u swoich klientów, później w tym konkretnym przypadku spędzał niezliczone godziny na piciu czy ucztowaniu. Aż nazbyt dobrze poznał lokalne zwyczaje dotyczące świętowania, cóż, praktycznie każdej możliwej okazji. Zawsze się jakaś znalazła.
A dzisiaj? Dzisiaj to oni mieli ją stworzyć.
- Domyślają się - zawyrokował cicho, przeznaczając te słowa wyłącznie do uszu Geraldine.
Nie miał pojęcia, co Rina napisała w swoim liście do ojca. No, prócz tego, o czym sama mu powiedziała, co najprawdopodobniej było wszystkim zawartym w wiadomości. Mimo to, gdy pojawili się tu oboje wspólnie za pierwszym razem, na samym początku związku, w ramach oficjalnego przywitania go w roli jej chłopaka, nie zostali od razu przyjęci w jadalni. Wpierw trafili do salonu. Obiad dopiero szykowano.
Prawdę mówiąc, nie pamiętał żadnej okazji, w której pojawiliby się na czas i zostaliby już na samym początku wysłani do wspólnego stołu. Zawsze, za każdym razem, nawet przy weekendach czy sabatach, było coś wcześniej. To była bardzo oficjalnie brzmiąca odmiana. Prowadziło go to do jednego wniosku. Starzy Geraldine wyczuli pismo nosem.
- Upiekł świniaka? - Dorzucił jeszcze ciszej, tłumiąc uśmieszek pod nosem.
Oczywiście, że świniak musiał zostać upieczony. Przedstawienie dopiero należało zacząć.
No właśnie. Do wizyty nie doszło. Życie miało zupełnie inne plany, los ostatecznie także pchnął ich na znacznie bardziej skomplikowaną ścieżkę. Teraz nie stał tu już sam. Nie on napisał prośbę o spotkanie ani nie zamierzał pytać o zgodę na coś, co już się wydarzyło. To nie było standardowe postępowanie, ale mimo to czuł się całkiem pewnie. Ich sytuacja była bardziej skomplikowana niż mogliby przewidzieć na początku tego tygodnia, ale jednocześnie malowała się całkowicie jasno. Musieli ją jeszcze tylko odpowiednio przedstawić pozostałym zainteresowanym.
Niespecjalnie się tym jednak stresował. Mimo bycia raczej dosyć mocno prywatną osobą, niezbyt chętnie dzielącą się szczegółami z życia uznawanymi przez niego za w jakikolwiek sposób intymne, Ambroise uważał się raczej za kogoś, kto umie odpowiadać na trudne pytania. Przez lata nauczył się zresztą nie oczekiwać cudów. Zarówno w domu rodzinnym, jak i w pracy miał okazję poruszać najdziwniejsze, najbardziej absurdalne tematy. Ten nie był aż tak oryginalny.
- Doskonale - odpowiedział zanim znaleźli się we wnętrzu budynku.
Kiwnął głową na powitanie w kierunku skrzatki, odwzajemniając uścisk dłoni narzeczonej, na której rękę spojrzał przelotnie, zanim ruszyli dalej wgłąb domu. Wiedział, w którą stronę należy iść, gdy tylko Triss powiedziała im, dokąd powinni się udać. Być może nie znał wszystkich miejsc w dosyć sporej rezydencji przyszłych teściów, ale w tym konkretnym bywał wcześniej naprawdę wiele razy. Paradoksalnie, nawet znacznie częściej niż kiedykolwiek mógłby przewidywać zaczynając pracę dla Yaxleyów.
Z początku bywał tu wyłącznie formalnie, nawet jeśli nie w gabinetach i w miejscach typowych dla interakcji biznesowych, bowiem praca uzdrowiciela wymagała od niego raczej poznawania domostw od zaplecza. Prywatnych pokojów i sypialni, nie salonów czy bibliotek. Później paradoksalnie wcale nie zmienił nawyków aż tak bardzo, wyłącznie dodając kilka nowych doświadczeń. Za każdym razem dosyć intensywnych, szczególnie gdy zostawali na dłużej niż kilka godzin. Wcześniej raczej odmawiał jedzenia obiadów czy kolacji u swoich klientów, później w tym konkretnym przypadku spędzał niezliczone godziny na piciu czy ucztowaniu. Aż nazbyt dobrze poznał lokalne zwyczaje dotyczące świętowania, cóż, praktycznie każdej możliwej okazji. Zawsze się jakaś znalazła.
A dzisiaj? Dzisiaj to oni mieli ją stworzyć.
- Domyślają się - zawyrokował cicho, przeznaczając te słowa wyłącznie do uszu Geraldine.
Nie miał pojęcia, co Rina napisała w swoim liście do ojca. No, prócz tego, o czym sama mu powiedziała, co najprawdopodobniej było wszystkim zawartym w wiadomości. Mimo to, gdy pojawili się tu oboje wspólnie za pierwszym razem, na samym początku związku, w ramach oficjalnego przywitania go w roli jej chłopaka, nie zostali od razu przyjęci w jadalni. Wpierw trafili do salonu. Obiad dopiero szykowano.
Prawdę mówiąc, nie pamiętał żadnej okazji, w której pojawiliby się na czas i zostaliby już na samym początku wysłani do wspólnego stołu. Zawsze, za każdym razem, nawet przy weekendach czy sabatach, było coś wcześniej. To była bardzo oficjalnie brzmiąca odmiana. Prowadziło go to do jednego wniosku. Starzy Geraldine wyczuli pismo nosem.
- Upiekł świniaka? - Dorzucił jeszcze ciszej, tłumiąc uśmieszek pod nosem.
Oczywiście, że świniak musiał zostać upieczony. Przedstawienie dopiero należało zacząć.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down